Twoja wyszukiwarka

JAN NIELUBOWICZ
TAK TO SIĘ ZACZĘŁO
Wiedza i Życie nr 1/1996
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 1/1996

Trzydzieści lat temu wykonano pierwsze w Polsce udane przeszczepienie nerki

Kiedy po raz pierwszy w Polsce zdecydowaliśmy się na przeszczepienie nerki, na świecie przeprowadzono już ponad 800 tego typu operacji. Kilka lat wcześniej opracowano test zgodności tkankowej, stosowano też leki immunosupresyjne. Wiedzieliśmy o tym wszystkim nie tylko z literatury, ale również z bezpośrednich kontaktów z pionierami transplantologii, bowiem dzięki różnym stypendiom wielu z nas - chirurgów i nefrologów - odbyło staż w słynnym Peter Bent Brigham Hospital oraz Massachusetts General Hospital w Bostonie. Mieliśmy ponadto własne doświadczenia - wiele lat prób na zwierzętach oraz wiele lat dializowania najciężej chorych. Mimo tak starannego przygotowania w chwili pierwszego przeszczepu u człowieka nie opuszczały nas wahania i wątpliwości.

Szansę na przeżycie dało im przeszczepienie nerki - pierwsi pacjenci I Kliniki Chirurgicznej Akademii Medycznej w Warszawie

Przeszczep wykonaliśmy nocą 26 stycznia 1966 roku w I Klinice Chirurgicznej Akademii Medycznej w Warszawie po wielogodzinnych wyczerpujących przygotowaniach. Dawcą nerki był chory po ciężkim wypadku. Wiedzieliśmy, że człowiek ten nie ma szans na przeżycie, ale zgodnie z obowiązującym u nas ówcześnie sposobem postępowania, na pobranie narządu musieliśmy czekać aż jego serce przestanie pracować. Kiedy to nastąpiło podjęliśmy jeszcze próbę reanimacji - otworzyłem klatkę piersiową chorego, zastosowałem bezpośredni masaż serca i dopiero kiedy ta próba się nie powiodła zespół chirurgów przystąpił do pobrania narządu. Tak w przypadku pierwszego przeszczepu jak i wielu następnych, na pobranie każdej nerki ze zwłok musieliśmy zawczasu uzyskać zgodę prokuratora, bowiem życie wyprzedziło uregulowania prawne.

Biorczynią nerki była młoda pielęgniarka, którą przygotowano do przeszczepu i leczono potem w Klinice Nefrologicznej Akademii Medycznej w Warszawie, kierowanej przez prof. Tadeusza Orłowskiego. Pamiętam uczucie ulgi, kiedy w kilka godzin po przeszczepie nerka zaczęła wydzielać mocz. Wiadomo przecież, że z chwilą ustania krążenia w organizmie człowieka następują nieodwracalne zmiany, a zatem nerka pobrana dopiero po zatrzymaniu pracy serca jest już częściowo uszkodzona. Nie sposób było ocenić jak bardzo uszkodzona, mogło się więc zdarzyć, że w ogóle nie podejmie działania. Na szczęście w tym przypadku wszystko skończyło się dobrze, ale ten sam problem mieliśmy jeszcze przez wiele lat, do czasu aż powszechnie zaakceptowano, że człowiek umiera wtedy, kiedy umiera jego mózg. W tych latach sukces nie byłby możliwy gdyby nie dializowanie chorych, doprowadzone do perfekcji przez prof. Tadeusza Orłowskiego i dr Joannę Klepacką ze wspomnianej Kliniki Nefrologicznej. Dzięki dializom trwającym nieraz dwa tygodnie wiele przeszczepionych nerek podejmowało działanie.

Problemy, z którymi zetknęliśmy się w pierwszych latach naszej pracy były dla chirurga zupełnie nowe. Przeszczep należało wykonać u chorych wyniszczonych chorobą, w złym stanie ogólnym. Dawniej nikt nie podejmował się operować chorych w takim stanie, teraz jednak musieliśmy stawić czoła nowemu wyzwaniu. Musieliśmy też zmienić sposób operowania. Skończyła się chirurgia toreadora. Zamiast szybko, śmiało i efektownie, co uważano dotąd za ideał - trzeba było operować powoli, z największą dokładnością, możliwie bezkrwawo. Każde niedociągnięcie mogło bowiem bardzo wiele kosztować. Na przykład, pozostawiona w ranie nawet niewielka ilości krwi, która w normalnych warunkach ulega wchłonięciu, mogła stać się źródłem zakażenia, szczególnie groźnego u chorych poddanych immunosupresji. Inny przykład - moczowód zaopatrywany jest w krew tylko przez jedną tętniczkę, a jej uszkodzenie, o co bardzo łatwo w trakcie pobierania nerki, może spowodować jego martwicę. W sumie, w pierwszym okresie przeszczepiania narządów w Polsce notowaliśmy sporo powikłań pooperacyjnych, czasem konieczna była nawet powtórna operacja, co dawniej byłoby równoznaczne z przyznaniem się chirurga do popełnienia błędu. Wszystko to tworzyło barierę psychiczną bardzo trudną do pokonania.

Chciałbym jednak bardzo mocno podkreślić, że obecnie nasze wyniki - i te bezpośrednie, czyli powodzenie operacji, i te odległe, czyli długość przeżycia chorych z przeszczepioną nerką - nie są gorsze od przodujących w świecie ośrodków transplantacyjnych. Po trzydziestu latach mogę śmiało powiedzieć, że zawdzięczamy to, niezwykłej w polskich warunkach, długotrwałej, zgodnej współpracy dwóch dużych zespołów z Kliniki Nefrologicznej i I Kliniki Chirurgicznej Akademii Medycznej w Warszawie, które dla dobra chorych wyzbyły się animozji i nadmiernego indywidualizmu.

Pierwsza chora z przeszczepioną nerką żyła osiem miesięcy. Zmarła w wyniku ostrej martwicy trzustki. Najdłuższy okres przeżycia pacjenta naszej kliniki wynosi ponad osiemnaście lat. Kiedy przeprowadzaliśmy pierwszą transplantację nie wyobrażałem sobie, że rozwój tej dziedziny chirurgii będzie tak imponujący. Mimo to lekarze nie mogą uratować życia tylu chorym ilu mogliby, po prostu brakuje narządów do przeszczepienia. Tak jest we wszystkich krajach, które przeprowadzają transplantacje. Dlatego uważam, że przyszłość transplantologii zależeć powinna od skonstruowania sztucznych narządów.

O podobnych zagadnieniach przeczytasz w artykułach:
Serce na dłoni
Śmierć mózgu, śmierć człowieka
Dar życia
Nie ma jak rodzina
Cudze jak własne
Z cudzym sercem