Twoja wyszukiwarka

MARCIN RYSZKIEWICZ
PRZODKOWIE
Wiedza i Życie nr 2/1996
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 2/1996

Jeśli jesteś, Czytelniku, białym Polakiem, jesteś bliskim krewnym królowej brytyjskiej, z którą dzieliłeś wspólnych przodkówprzed kilkunastoma pokoleniami.Twoje pokrewieństwo z byłym cesarzemHajle Selassje jest nieco odleglejsze,ale też sięga w stosunkowo bliskie czasyhistoryczne. W poszukiwaniu swych najwcześniejszych przodków powinieneś się jednak udać do Afryki Południowej.

Ludzie zawsze wykazywali prawdziwą obsesję na punkcie pokrewieństwa - "poziomego" i "pionowego". To pierwsze przejawia się zainteresowaniem bliższą i dalszą rodziną, i - w skrajnym przypadku - prowadzi do nepotyzmu. To drugie odpowiedzialne jest za popularność wszelkiego rodzaju herbarzy, drzew genealogicznych, usług heraldycznych.

Nasza potrzeba posiadania przodków ma swe niewątpliwe korzenie biologiczne ("rozpoznawanie krewnego" jest rozpowszechnione w przyrodzie, także wśród roślin, i ma za zadanie faworyzowanie własnych a nie obcych genów), lecz u ludzi obrosła dodatkowo gęstą siecią mitów, podań i racjonalizacji. "Dobre urodzenie" ma dla nas zasadnicze znaczenie, choć rzadko kto zdaje sobie sprawę jak blisko wszyscy jesteśmy spokrewnieni. Odtwarzając swą genealogię nie potrafimy bowiem sięgnąć odpowiednio głęboko wstecz. Brakuje świadectw historycznych, dokumentów, brakuje też najdrobniejszych choćby szczątków samych przodków, którzy dawno już "w proch się obrócili".

Ryc. 1. Spośród wszystkich terapsydów najwięcej cech ssaczych znajdujemy u cynodontów - "psiozębnych". Te przeważnie drapieżne formy stanowiły grupę wyjściową, z której pod koniec triasu rozwinęły się pierwsze prawdziwe ssaki. Widocznego tu trinaksodona uznać możemy za naszego bezpośredniego, choć bardzo odległego przodka. Wydatne kły i dużo mniejsze zęby policzkowe nadają czaszce tego zwierzęcia wyraźnie "psi" wygląd

Dlatego możliwość spojrzenia na długi ciąg naszych historycznych i biologicznych przodków oraz kuzynów, ich realnych szczątków i prawdziwych wytworów ich "rąk i umysłów" to rzadka i fascynująca przygoda. Taką przygodą była wystawa "Najdawniejsi przodkowie, najstarsza sztuka" przywieziona do Polski z Afryki Południowej i pokazywana na przełomie lipca i sierpnia ubiegłego roku w Muzeum Ziemi w Warszawie. Chciałbym ją tutaj przypomnieć, prezentując i omawiając najciekawsze okazy. Warto, by taki ślad po niej pozostał.

Dlaczego Afryka Południowa? Ten kraj jest prawdziwą skarbnicą kopalnych szczątków wszystkich naszych przodków - tych najbliższych, którzy pozostawili po sobie wspaniałe przykłady sztuki naskalnej, tych starszych - pierwszych przedstawicieli rodziny człowiekowatych sprzed paru milionów lat, i tych najstarszych, sprzed z górą 200 milionów lat, którzy są tyleż naszymi przodkami, co i przodkami wszystkich pozostałych ssaków.

PRZED SSAKAMI

Ssaki pojawiły się na Ziemi ok. 200 milionów lat temu, pod koniec okresu triasowego, niemal równocześnie, lub nieco później niż dinozaury. W ewolucji ssaków wyodrębnia się wyraźnie dwa okresy - pierwszy, trwający do końca ery mezozoicznej (a więc niespełna 140 milionów lat), podczas którego dzieliły Ziemię z dinozaurami i innymi gadami lądowymi, i drugi, który nastąpił po wielkim wymieraniu późnokredowym (65 milionów lat temu). Podczas pierwszego okresu swych dziejów ssaki, choć liczne, pozostawały - bez wyjątku - małymi istotami, o wadze ciała nie dochodzącej do kilograma (a zwykle liczonej w gramach) i diecie złożonej bądź to z owadów, bądź z nasion. Prowadziły też, zapewne, nocny tryb życia, unikając najwyraźniej kontaktów ze znacznie większymi i "dziennymi" dinozaurami. Pobieżny obserwator Ziemi w tym okresie mógłby w ogóle przeoczyć ich istnienie.

Ryc. 2. Jedną z najważniejszych linii wśród permskich terapsydów były dinocefale, czyli "strasznogłowe". Spotykamy wśród nich zarówno roślinożerców, o spłaszczonych zębach, jak i drapieżniki o szczękach zaopatrzonych w ostre, niekiedy "szablaste" zęby. Widoczny na zdjęciu Anteosaurus sprzed ok. 250 milionów lat z niecki Karoo ma czaszkę o długość 63 cm. Charakterystyczne zgrubienia kości czaszek u dinocefali mogły stanowić przystosowanie do toczenia wewnątrzgatunkowych walk rytualnych

Po górnokredowym wymieraniu wszystko uległo zmianie. W krótkim czasie ssaki wyjrzały na światło dzienne i osiągnęły znaczne, a później wręcz gigantyczne rozmiary, zajmując wiele nisz ekologicznych, w których "rezydowały" przedtem dinozaury i inne gady - w tym także nisze powietrzne (nietoperze) i morskie (walenie, foki, syreny). Opanowały też nowe, zapewne "puste" wcześniejsze siedliska, w tym zwłaszcza nisze nadrzewne, które odegrały tak wielką rolę w naszych ludzkich dziejach.

Historia ssaków zaczęła się jednak jeszcze przed ich powstaniem. Pojęcie "ssak" jest nieostre, a grupa ta nie tyle powstała (pod koniec triasu), co powstawała (od połowy permu) nabierając z czasem coraz więcej ssaczych cech. Proces ten zachodził głównie w dwóch miejscach na Ziemi - w dzisiejszej północnej Rosji i na południu Afryki. Właśnie z RPA mamy najwięcej i najlepiej zachowanych szczątków ilustrujących proces przeistaczania się gadów w ssaki.

Nie ma pojedynczej cechy odróżniającej ssaki od gadów. Dla wygody za taką cechę uznaje się przejście dwóch kości gadziego stawu szczękowego (kwadratowej i stawowej) w kosteczki ucha środkowego (młoteczek i kowadełko), a jest to - nawiasem mówiąc - standardowy przykład tzw. przeniesienia funkcji w ewolucji. Ostateczna zamiana gadziego ucha i stawu szczękowego w ssaczy zaszła w jednej z linii gadów ssakokształtnych, pod koniec triasu - i właśnie dlatego, formalnie biorąc, ssaki wtedy zjawiają się na świecie (rzecz ciekawa, że z Afryki Południowej znamy też gatunki, u których funkcjonowały jednocześnie oba stawy szczękowe - koronny przykład form przejściowych w ewolucji). Jednak typowo ssacze cechy powstawały dużo wcześniej.

Ryc. 3. Jednym z nielicznych rodzajów terapsydów, którym udało się przeżyć wielkie wymieranie z przełomu permu i triasu były hipopotamokształtne lystrozaury, należące do grupy dicynodontów. Ich bezzębne rogowe szczęki zaopatrzone tylko w parę "kłów" służyły do pobierania materiału roślinnego, zapewne miękkiego. Lystrosaurus to rodzaj spotykany na całym niemal obszarze ówczesnej Gondwany i dzisiejszej Rosji. Być może tak wielkie rozprzestrzenienie pozwoliło mu przetrwać największy w dziejach świata kryzys biosfery. Ostatnio w RPA znaleziono skamieniałości śladowe w postaci naturalnych odlewów nor kopanych przez terapsydy; ich "autorstwo" przypisuje się dicynodontom, których potężne "kły" mogły służyć jako narzędzia do grzebania w ziemi. Długość czaszki widocznego na zdjęciu lystrozaura wynosi 14 cm

Spróbujmy przyjrzeć się tym cechom. Wiele z nich wydaje się znacznie ważniejszych od budowy szczęk czy ucha środkowego. A więc ssaki są stałocieplne, żyworodne, pokryte futrem, odżywiają młode mlekiem (i ogólnie dłużej się nimi opiekują), mają zróżnicowane zęby (siekacze, kły, trzonowe - lub ich odpowiedniki). Żebra nie sięgają w rejon krzyżowy kręgosłupa, stanowiąc osłonę dla płuc i serca, a dalej znajduje się przepona, za nią zaś pomieszczenie na większą część przewodu pokarmowego - trzewia (to dlatego ssaki mają "klatkę piersiową" i "miękkie brzuchy", a gady nie). Nie wszystkie z tych cech zachowały się (lub powstały) u wszystkich ssaków, niektóre uległy modyfikacji, czasem wracając jak gdyby (choć niedokładnie) do wcześniejszych gadzich standardów. Ewolucja nie zawsze jest "postępowa", a i samo przejście gadów w ssaki nie musi być postrzegane w kategoriach postępu. Przede wszystkim zaś ewolucja nie jest kierunkowa, a wszelkie jej wynalazki pojawiały się, zwykle niezależnie, w niezliczonych liniach i wariantach (zmysł wzroku - "oczy" - pojawił się w kilkudziesięciu odrębnych liniach, aktywny lot - w czterech, wykorzystanie bakterii do trawienia celulozy w żołądkach trawożernych zwierząt - w kilkunastu, sonar - co najmniej w dwóch). Otóż ze "ssaczością" było podobnie. Od połowy permu do końca triasu wśród wielu linii tzw. ssakokształtnych gadów - terapsydów - pojawiły się, niezależnie od siebie, różne z "typowo ssaczych" atrybutów, tak że trudno byłoby powiedzieć, które z tych "prób" były bardziej, a które mniej udane. Tylko jedna linia przeszła, w końcu, przez etap przebudowy gadziego stawu szczękowego w ssaczy - ale dlaczego miałoby to być ważniejsze od takich wydarzeń, jak powstanie laktacji (karmienia mlekiem), czy okrycie ciała futrem? Dlatego nie brak autorów, którzy chcieliby wszystkie terapsydy włączyć po prostu do ssaków, przedłużając tym samym historię tej grupy o dobrych 50 milionów lat i dodając do niej wielką epopeję zdobywania polarnych rejonów przez pierwsze stałocieplne zwierzęta.

Ryc. 4. "Chłopiec z Taung" (z lewej czaszka, z prawej - naturalny odlew mózgu, u dołu - żuchwa), pierwsza i najlepiej zachowana skamieniałość Australopithecus africanus. Ten okaz znaleziony w 1925 roku przez Darta na skraju pustyni Kalahari stał się przedmiotem ożywionej dyskusji nad miejscem australopiteków w ewolucji człowieka

Właśnie - stałocieplne. Wielu badaczy uważa, że istnieją wystarczające powody, by uznać, że wielka radiacja terapsydów, która zaczęła się w połowie permu wraz z ekspansją kręgowców na dwa zimne w tym czasie obszary Ziemi (odpowiednio: północny - Rosja i południowy - RPA) związana była z tym kluczowym i przełomowym wynalazkiem, jaki dokonał się po raz pierwszy na Ziemi - powstaniem zwierząt o "ogrzewaniu wewnętrznym", w dużej mierze izolowanych od wpływów zewnętrznego klimatu. Nawiasem mówiąc i ten wynalazek, endotermii, pojawił się w ewolucji w kilku niezależnych liniach, których ukoronowaniem są dwie, do dziś żyjące, grupy endotermicznych kręgowców - ptaki i ssaki. Najbardziej znaną ze wszystkich skamieniałości terapsydów na świecie jest okaz trinaksodona (ryc. 1), małego, "psiokształtnego" drapieżnika, którego odnaleziono w pozycji zwiniętej, jakby skulonego z zimna (gady nigdy tak się nie kulą, ani z zimna, ani w momencie pośmiertnego stężenia mięśni). Trinaksodon należał do cynodontów ("psiozębnych"), grupy najbardziej zaawansowanej wśród terapsydów, przynajmniej w tym sensie, że to z niej właśnie wyłoniły się pierwsze "prawdziwe" ssaki (być może patrząc na ten niezwykły okaz istotnie widzimy jednego z naszych bardzo odległych, bezpośrednich przodków). Trinaksodon miał wiele bardzo zaawansowanych cech. Miał zróżnicowane zęby (niezwykle podobne do ssaczych), wyodrębnioną klatkę piersiową, a także podsunięte pod tułów kończyny, dzięki którym mógł się poruszać szybciej od typowych gadów. Na miękkich wargach, nieznanych u gadów urosły mu włoski czuciowe, podobne do kocich czy psich "wąsów" (wskazują na to drobne zagłębienia w kościach obu szczęk, mieszczące za życia zwierzęcia cebulki włosowe). A jeśli tak, to bardzo możliwe, że i całe ciało pokryte miał typowo ssaczym futrem. Jeszcze inną, może najbardziej znaczącą ssaczą cechę odkryto nie w samym okazie, ale niejako obok niego. Była to czaszka drugiego, znacznie mniejszego trinaksodona. Przypadkowe pogrzebanie, w jednym miejscu i czasie, dwóch osobników jednego gatunku różniących się wiekiem jest bardzo mało prawdopodobne. Przyjęło się więc uważać, że to matka z dzieckiem, które wspólnie znalazły śmierć, a wcześniej przez długi czas żyły blisko siebie. Tak znaczny zakres opieki rodzicielskiej nie jest wśród gadów praktykowany - łączono go, w przypadku trinaksodona, z koniecznością przekazywania dziecku ciepła i mleka. A przynajmniej jest to jedna z możliwych interpretacji.

Wśród pokazanych na wystawie okazów zwracają też uwagę dwie pięknie zachowane czaszki - wielkiego, strasznego drapieżnika z rodzaju Anteosoaurus (ryc. 2) - strasznego, bo należącego do rodziny dinocefali, czyli strasznogłowych i łagodnego roślinożercy z rodzaju Lystrosaurus (ryc. 3).

Dinocefale były bardzo rozrośniętą grupą zwierząt, a cechą charakterystyczną, która dała nazwę całej grupie, były zgrubiałe kości na czaszce, układające się w wydatne wały, guzki czy nawet formy przypominające rogi. Sugeruje to przystosowanie do toczenia rytualnych walk godowych, podobnych pojedynkom jeleniowatych, kozic czy baranów, a nie jest to, jak widać, zachowanie typowe dla ociężałych "zimnokrwistych" gadów.

Ryc. 5. "Pani Ples". Znaleziony w 1947 roku kompletny okaz czaszki samicy Australopithecus africanus (opisany początkowo jako Plesianthropus transvaalensis). Wiek ok. 2.5 milionów lat. Dzięki dobremu zachowaniu mózgoczaszki udało się ocenić pojemność mózgu - ok. 500 cm3 (nieco więcej niż u szympansa, 3 razy mniej niż u Homo sapiens). Umiejscowienie otworu wielkiego u podstawy czaszki sugerowało pełną pionizację ciała. Z prawej - "Pani Ples", z lewej - autor

Obecność lystrozaura jest ważna z innego powodu. Zwierzęta te przypominające wyglądem i - zapewne - sposobem życia hipopotamy (choć znacznie od nich mniejsze) odkryto na wszystkich lądach półkuli południowej, a także na Półwyspie Indyjskim. Występowanie tego samego zwierzęcia, niezdolnego do pokonania bariery jaką był ocean, na tylu tak bardzo oddalonych dziś od siebie lądach, stanowiło jeden z najsilniejszych argumentów na rzecz tezy, że wszystkie te lądy na przełomie paleozoiku i mezozoiku połączone były w jeden wielki kontynent Gondwany. Wraz z sugestią, poświadczoną przez pokrewne formy terapsydów z terenów Rosji i RPA, iż również kontynenty Północy (Laurazja) miały łączność z Gondwaną, dawało to mocny argument na rzecz tezy, że w permie wszystkie w ogóle masy lądowe Ziemi połączyły się w jeden globalny ląd zwany Pangeą.

PIERWSZE CZŁOWIEKOWATE - AUSTRALOPITEKI

O tym, że kolebką człowieka (a raczej całej linii człowiekowatych) jest Afryka, a nie - jak pierwotnie sądzono - Azja, wielokrotnie pisał Charles Darwin. Swe przekonanie opierał na fakcie, że na tym kontynencie żyją dziś najbliżsi ze zwierzęcych kuzynów naszego gatunku - szympansy i goryle. W XIX wieku była to teza niepopularna - głównie dlatego, że upalny i wilgotny ("malaryczny") klimat Afryki wydawał się bardzo nieodpowiedni (żeby nie powiedzieć - niestosowny) dla powstania tak doskonałej istoty jak człowiek (Murzynów uważano za zdegenerowaną, właśnie przez klimat, wersję doskonalszych ludów "kaukaskich"). Odkrycie pierwszych, wyraźnie prymitywnych szczątków praludzkich, jakiego dokonano pod koniec XIX wieku na Jawie (pitekantrop, czyli Homo erectus) zdawało się potwierdzać, że ludzie pojawili się w Azji. W roku 1925 Raymond Dart odkrył w RPA pierwszą niemal kompletną czaszkę tzw. dziecka z Taung (ryc. 4), istoty, która nie była ani małpą, ani człowiekiem, a łączyła cechy jednych i drugich. Nazwał ją Australopithecus africanus - i choć długo jeszcze trwały spory co do prawdziwego miejsca tej formy wśród naczelnych (spory wzmocnione przez słynną w swoim czasie aferę "człowieka z Piltdown" - spreparowane szczątki "małpoluda" z Anglii, które wykazać miały europejski, a raczej angielski, rodowód naszego gatunku), to okazało się wreszcie, że Darwin miał jednak rację - człowiek narodził się w Afryce. I to nie raz, a dwa razy. Dowody znaleziono właśnie w RPA.

Dart opisał coś więcej niż tylko czaszki australopiteków. Odkrył, że wiele kości, znajdowanych w namuliskach jaskiń należało do dużych zwierząt roślinożernych żyjących na pobliskich sawannach. Liczne z owych kości miały uszkodzenia wskazujące, że ktoś chciał dostać się do ich wnętrza, by wyjeść szpik. Podobne uszkodzenia wykazywały też kości samych australopiteków, w tym także ich czaszki - czyżby tajemniczy napastnik chciał dostać się do mózgów tych istot? Część znalezionych kości (i zębów) znakomicie nadawała się do wykorzystania jako narzędzia lub broń (do kopania w ziemi i zabijania zwierząt). Dart uznał, że jedynymi istotami zdolnymi do wykonywania i używania narzędzi były australopiteki - istoty dzikie, krwiożercze i agresywne, polujące na grubego zwierza i na siebie nawzajem.

Ryc. 6. Czaszka Australopithecus robustus, masywnej formy australopiteka. Najbardziej kompletny okaz tego gatunku. Wiek - ok. 1.5 miliona lat. Widać potężne wały nadoczodołowe, bardzo niskie czoło i grzebień strzałkowy na sklepieniu czaszki. W jaskini Swartkrans w Transwaalu znaleziono ślady współwystępowania Australopithecus robustus i Homo erectus, a więc formy skrajnie roślinożernej i - zapewne - drapieżnej. Oryginał w Transvaal Museum, Pretoria

Tak, wraz z koncepcją kultury osteodontokeratycznej, (czyli kultury kości, zębów i rogów) zrodziła się też koncepcja praczłowieka - agresywnego mięsożercy, niejednokrotnie potem popularyzowana i utrwalona w powszechnej świadomości na długie dziesięciolecia. (Małpy na ogół nie są mięsożerne i zapach świeżej krwi nie zagrzewa ich do mordu). Tak dramatyczna zmiana w kulinarnych upodobaniach naszych przodków musiała też wywołać gruntowną przebudowę osobowości, skażając niejako całą naszą historię tym, jak pisał Dart, "piętnem Kainowym": zamiłowaniem do mordów, rzezi, wojen i gwałtów. Stosy trupów zaścielających naszą drogę przez dzieje byłyby więc rezultatem "grzechu pierworodnego" jakim było pierwsze skosztowanie świeżego mięsa.

Kariera australopiteka-mięsożercy, która zaczęła się w RPA, tam również znalazła swój kres. Robert Brain, który raz jeszcze przeanalizował materiał Darta i wiele nowych okazów, ustalił niedawno, że owe ślady działalności drapieżników wskazują na zupełnie innych agresorów - wielkie drapieżne koty, typu lampartów lub, wymarłych już, tygrysów szablozębnych. Australopiteki to raczej ofiary tych mordów, a nie ich sprawcy. Mięsożerność i łowiectwo przyjść miały znacznie później (zapewne u Homo erectus) i nigdy nie była to wyłączna, ani obowiązująca metoda zdobywania pożywienia. Naszej agresji, skądinąd niewątpliwej, nie da się raczej tłumaczyć względami kulinarnymi.

Już wczesne badania australopiteków w RPA pokazały, że na każdym etapie ich dziejów współwystępowały ze sobą co najmniej dwa odrębne gatunki, różniące się dietą, obyczajami, a pewnie i stopniem rozwoju umysłowego. W jednej z jaskiń znaleziono jednoczesne ślady człowieka wyprostowanego (Homo erectus) i australopiteka. Fakt współżycia prawdziwych (choć nie współczesnych) ludzi i australopiteków jest bardzo znaczący. Przywykliśmy przecież sądzić, że wszyscy ludzie na Ziemi stanowią jeden gatunek i możliwość współżycia dwu lub więcej gatunków ludzkich, w dodatku na różnym poziomie rozwoju, ma bardzo poważne konsekwencje światopoglądowe i rodzi wiele trudnych dylematów nie tylko biologicznej, ale także filozoficznej i teologicznej natury.

Ryc. 7. Archaiczny Homo sapiens, najstarsze na świecie szczątki należące bezsprzecznie do naszego gatunku. Z lewej - masywna czaszka z Florisba (oryginał w National Museum, Bloemfontein), z prawej - żuchwa z Klasies River Mouth (oryginał w South African Museum, Kapsztad)

Australopiteki niemal na pewno wyłoniły się w Afryce (choć ich bezpośredni przodkowie są nieznani) i w tym sensie wszyscy ludzie pochodzą z tego kontynentu. Potomkowie australopiteków - przed ok. dwoma milionami lat - opuścili jednak Afrykę, kolonizując południe Europy, Azję i wyspy malajskie. Czy znaczy to, że z tych właśnie pierwszych kolonistów wyłonił się człowiek współczesny (myślący), na każdym z kontynentów Starego Świata dokonując swego własnego, niezależnego "uczłowieczenia"? Jest to możliwe - wówczas każda z wielkich "ras" świata miałaby własny rodowód, zamazany dziś co najwyżej w wyniku późniejszej metysyzacji. Jest to tzw. hipoteza kandelabra - ze wspólnej jego podstawy (gatunku Homo erectus) wyłonić się miały równolegle niezależne od siebie linie, które wspólnie - choć niekoniecznie równocześnie - przekroczyły "próg" naszego gatunku. W myśl tej koncepcji pokrewieństwo między wszystkimi ludźmi bywa niekiedy bardzo odległe, a i powszechna równość wszystkich ludzi nie musi być oczywistym rezultatem naszych rodowych dziejów.

POWTÓRNE NARODZINY CZŁOWIEKA

Hipoteza kandelabra nie jest dziś zbyt popularna. Badania molekularne (przede wszystkim sekwencji DNA w mitochondriach) pokazały nadzwyczajną biologiczną jedność naszego gatunku. Pokrewieństwo wszystkich ludzi na świecie zdaje się być tak wielkie, że wyklucza długotrwałą niezależną ewolucję; wszyscy pochodzimy raczej od niedawnego wspólnego przodka, który żył przed ok. dwustu tysiącami lat, i który - znów - pochodzić musiał z Afryki, którą opuścił niedawno. To tzw. model "pożegnania z Afryką", spopularyzowany ostatnio fascynującą koncepcją "Ewy mitochondrialnej". Jeśli jest ona prawdziwa, to wcześniejsza ekspansja Homo erectus nie ma z naszym pochodzeniem większego związku: dzisiejsi mieszkańcy Europy, Azji czy Australii nie wyłonili się z lokalnych populacji pitekantropów. W tym ujęciu Afryka byłaby naszą podwójną kolebką i na tym kontynencie powinniśmy szukać bezpośrednich przodków wszystkich współczesnych ludzi.

I tu znów wykopaliska z RPA okazały się decydujące. W jaskiniach z Klassies River Mouth (ryc. 7) odkryto niedawno dobrze zachowane szczątki istoty bezsprzecznie ludzkiej, praktycznie nieodróżnialne od kości współczesnego człowieka, a datowane na ponad 100 tysięcy lat: wyraźnie więc starsze od tzw. człowieka z Cro Magnon w Europie. Stanowi to mocny argument na rzecz koncepcji pożegnania z Afryką.

NASKALNE GALERIE

Zupełnie szczególnym rodzajem "skamieniałości" pozostawionych przez człowieka prehistorycznego są zachowane na skałach wytwory jego artystycznych skłonności (ryc. 8 i 9). Sztuka naskalna znana jest z wielu stanowisk na świecie (Francja, północna Afryka, Ameryka Południowa, Australia). Ta najstarsza zachować się mogła w większej liczbie tylko tam, gdzie nie została usunięta przez erozję: w jaskiniach, na obszarach pustynnych, na osłoniętych fragmentach ścian skalnych. I pod tym względem RPA znajduje się wśród rekordzistów - liczba, jakość, stan zachowania oraz wiek rytów i malowideł naskalnych czynią z tego kraju prawdziwe El Dorado prehistorii sztuki. I jeśli nawet Lascaux, Altamira czy Tassili to nazwy daleko bardziej znane niż Wonderwerk czy Sehonghong to tylko dlatego, że na temat prehistorycznej sztuki Afryki Południowej prawie nic w Europie nie wiemy.

Ryc. 8. Wizerunek na poły antylopy na poły człowieka pochodzi z jaskini Apollo 11 w Namibii; znaleziony w 1969 roku liczy co najmniej 26 tysięcy lat. Jest to najstarszy, jak dotąd, okaz sztuki naskalnej na tych terenach, o ponad 10 tysięcy lat starszy od słynnych "galerii" w Lascaux czy Altamirze. Tego typu przedstawienia chimerycznych istot są typowe dla stanów transu osiąganych przez czarowników. Inne z typowo "wizyjnych" obrazów reprezentowane są przez licznie pojawiające się figury geometryczne

A szkoda - bo jeśli pod względem stylistycznym czy tematycznym są to często obiekty porównywalne (mimo 10 tysięcy kilometrów dystansu między nimi), to przynajmniej dla jednego powodu znaleziska południowoafrykańskie są zupełnie wyjątkowe i mają kapitalne znaczenie przy próbach zrozumienia przesłania, jakie ta prehistoryczna sztuka niesie. Otóż w południowej Europie między sztuką naskalną a późniejszymi przejawami artystycznymi, istnieje przepaść czasowa: luka obejmująca kilkanaście tysięcy lat. Nie wiemy dlaczego ta prawdziwa erupcja artystycznej działalności, która zaczęła się wraz z przybyciem człowieka z Cro Magnon do Europy przed 35 tysiącami lat tak nagle się załamała, ani dlaczego tak długo trzeba było czekać na nowe przejawy malarskiej i rzeźbiarskiej wrażliwości. Jedno tylko jest pewne - ciągłość duchowa między magdaleńskimi łowcami a późniejszymi mieszkańcami Europy została zerwana, a przesłanie zawarte we wspaniałych freskach jaskiń południowej Europy jest dla nas zupełnie nieczytelne. A sztuka ta jest nie tylko piękna, jest też niewątpliwie nośnikiem całego kodu znaczeń, którego złamanie pozwoliłoby nam przeniknąć umysłowość naszych odległych paleolitycznych przodków.

Ryc. 9. Zwierzęta to najczęstszy motyw sztuki naskalnej. W RPA najpospolitszym bohaterem tych malowideł jest, widoczna na zdjęciu, antylopa eland. Buszmeni wierzą do dziś, że eland to źródło potężnej siły duchowej. Biała figurka ludzka z lewej strony oznaczać może szamana, który wchodzi w kontakt z duchem umierającej antylopy; z prawej - myśliwi

Otóż w Afryce Południowej - i to jest tu najbardziej niezwykłe - ta ciągłość nie została nigdy zerwana. Kiedy w początkach wieku odkrywano pierwsze malowidła i ryty naskalne żyli jeszcze ludzie, dla których ta sztuka była czymś żywym i zrozumiałym, a nawet ludzie, którzy takie same rysunki wykonywali na skałach.

Byli to Buszmeni (zwani inaczej San), których artyści bywali równocześnie szamanami (czarownikami). Ich malowidła odzwierciedlają często wizje uzyskiwane podczas narkotycznego czy tanecznego transu. Te wizje są przepełnione symboliką sięgającą do najgłębszych pokładów ludzkiej osobowości. Tę symbolikę zaczynamy z wolna poznawać, a nawet czasem na nowo sięgamy do tych archetypowych, dawno zapomnianych obrazów. Dlatego spojrzenie na wspaniałe przykłady sztuki naskalnej z Afryki Południowej może być nie tylko artystycznym, ale wręcz metafizycznym doznaniem: możemy próbować przeniknąć do najgłębszych pokładów podświadomości artysty sprzed tysięcy lat. Na wystawie poświęconej poznaniu naszych przodków największym przeżyciem jest możliwość tak intymnego z nimi kontaktu.

Zdjęcia: Leszek Dwornik