Twoja wyszukiwarka

JERZY OSIŃSKI
GADAJĄCE DELFINY
Wiedza i Życie nr 2/1996
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 2/1996

Delfiny to jedne z najbardziej inteligentnych zwierząt.Czy można je nauczyć ludzkiej mowy?A może mają swój własny język?

- O, my, papugi znamy dwa języki: mowę ludzką i mowę ptasią - odparła Polinezja dumnie. - Gdy mówię: Poly chce biszkopta, to rozumiesz mnie. Ale teraz posłuchaj: Ke-ke-ci-i, fi-fi.
- O, na Boga! - wykrzyknął doktor. - Co to ma znaczyć?
- To znaczy po ptasiemu: Czy kaszka jest już gorąca?
- Wielki Boże! To chyba żarty! Nigdy dotąd nie mówiłaś tak do mnie! - zawołał doktor.... I w ten sposób doktor dowiedział się, że ptaki mają własny język i mogą ze sobą rozmawiać. Po pewnym czasie wyuczył się doktor z pomocą papugi tak dobrze języka zwierząt, że sam mógł z nimi rozmawiać i rozumiał wszystko, co mówiły.
Hugh Lofting, Dr Dolittle i jego zwierzęta

Doświadczenia sympatycznego przyjaciela zwierząt, doktora Dolittle, pryskają w konfrontacji z rzeczywistością. Nikomu jeszcze nie udało się nauczyć zwierzęcej mowy i mało kto wierzy w jej istnienie. Ci którzy wierzą, a są tacy, także wśród przyrodników, w najlepszym razie uchodzą za niepoprawnych marzycieli. Jednak pragnienie rozmowy ze zwierzętami nie wygasa i sprawia, że badacze starają się nauczyć je języka ludzkiego. Książka o doktorze Dolittle wyprzedziła zaledwie o kilkanaście lat pierwsze próby, podejmowane w latach trzydziestych.

Lingwistyczne zdolności zwierząt szczególnie intensywnie badano w latach siedemdziesiątych. Lubiący skróty Amerykanie opatrzyli owe prace nazwą ALR (Animals Language Research). Ich obiektem, czy raczej partnerem w "rozmowie", był przede wszystkim szympans. Niemałą estymą cieszyły się też, z racji swej wysokiej inteligencji, delfiny, głównie delfin butelkonosy. Badania ich zdolności językowych zapoczątkował amerykański neurofizjolog John Cummingham Lilly. Można rzec, że odkrył delfina dla szerokiej opinii publicznej, a jego nazwisko, jak żadne inne, kojarzy się z tymi sympatycznymi ssakami.

Na początku lat sześćdziesiątych Lilly postanowił nauczyć delfiny języka angielskiego. Uważał, że są w stanie nie tylko rozumieć, co się do nich mówi, ale też mogą czynnie posługiwać się tym językiem. Wybór delfina na bohatera swego przedsięwzięcia motywował następująco. Po pierwsze, delfiny pod względem inteligencji zajmują jedno z pierwszych miejsc w świecie zwierząt. Imponujących rozmiarów mózg, często cięższy od ludzkiego, z silnie pofałdowaną korą, potwierdza tę wysoką pozycję. Po drugie, zachowania społeczne delfinów są bardzo bogate - na przykład współdziałanie. Wystarczy wymienić udzielanie pomocy rannym osobnikom czy grupową obronę przed rekinami. Pośrednio może to dowodzić istnienia rozwiniętego systemu komunikacji, który obserwujemy w postaci, niezrozumiałych dla nas, zróżnicowanych świstów. Po trzecie wreszcie, butlonosy żywią wobec człowieka wyrażną sympatię, a być może czynią nawet próby nawiązania dialogu.

Lilly'emu zarzucano, że przecenia inteligencję delfinów. Obiektywnie rzecz biorąc zachowanie delfinów nie daje podstaw do żywionych przezeń przekonań. Również anatomiczne cechy mózgu tych zwierząt nie mogą być tu argumentem, ponieważ wysoki wskaźnik encefalizacji (wyrażający proporcję wagi mózgu do wagi ciała) nie jest bezpośrednim dowodem wysokiej inteligencji. Lilly jednak wierzył, że butlonosy mają własny język, równie złożony jak ludzki. Podobnie jak ludzie miały sobie przekazywać, z pokolenia na pokolenie, legendy i sagi. Perspektywa ich poznania rozpalała wyobraźnię badacza. Przystąpił więc do pracy, a NASA wsparła go kwotą 80 tys. dolarów. Od początku dostarczał prasie sensacji. W 1961 roku tajemniczo zapowiedział, że w ciągu najbliższej dekady lub dwóch, człowiek nawiąże dialog z gatunkiem obcych, zapewne nielądowych, istot. Jeszcze bardziej intrygująco zabrzmiały słowa: "Delfiny są obok, czekają aż dorośniemy, by odbyć dojrzałą rozmowę". Lilly zdecydował, że łatwiej będzie nauczyć butlonosa języka angielskiego, niż rozszyfrować język delfinich świstów. Wydawało się to tym bardziej prawdopodobne, że butlonosy potrafią nieźle naśladować różne dźwięki, również dźwięki ludzkiej mowy, choć te ostatnie przypominają w ich wykonaniu głos dziecka.

W laboratorium Lilly'ego na wyspie St. Thomas w archipelagu Wysp Dziewiczych przebywało kilka delfinów. Największy rozgłos zyskał Elvar, uznany przez Lilly'ego za najzdolniejszego z uczniów. Początkowo trenowała go, współpracująca z Lillym, Alice Miller. Gdy Lilly przejął pałeczkę, poczynił zabawne spostrzeżenie; delfin obniżył częstotliwość wydawanych dźwięków, jakby przestawiając się z głosu kobiecego na męski. Elvar, wielokrotnie zresztą, udowadniał swój imitatorski talent. Perfekcyjnie naśladował, na przykład, huczenie transformatora lub szum kamery filmowej. Delfina bombardowano angielszczyzną licząc, że wykaże minimum dobrej woli i zainteresuje się nią. Skutek był mizerny. Elvar rzeczywiście spontanicznie powtarzał różne słowa, na przykład stop, bye-bye, Elvar. Po kilkunastu miesiącach pracy znał ich kilkanaście, lecz wątpiono, czy rozumie znaczenie tych dźwięków. Rezultat nie był imponujący w porównaniu z innymi "dźwiękonaśladowczymi" stworzeniami. Lilly nie tylko nie tracił wiary w inteligencję butlonosów, ale umacniał się w swych przekonaniach. Nie był jednak w stanie okazać żadnych obiektywnych dowodów potwierdzających wybitne zdolności delfinów. Pozostając wiernym swej idei, traktował je prawdziwie po partnersku. W jednej ze swych publikacji na łamach "Science" dziękował Elvarowi za współpracę.

W 1965 roku Lilly zaaranżował eksperyment mający zbliżyć do siebie człowieka i delfina. Jego współpracownica Margaret Howe przez dwa miesiące, po 24 godziny dziennie, przebywała w pobliżu butlonosa Petera. Peter towarzyszył dziewczynie w pracy, zabawie, posiłkach, a Margaret mogła drobiazgowo śledzić jego tryb życia. Rodzące się w efekcie częstych kontaktów uczucie przywiązania i poczucie wspólnoty miały ułatwić delfinowi naukę języka. Ale i ta próba zakończyła się fiaskiem. W 1969 roku Lilly zamknął laboratorium mówiąc, że nie może dłużej prowadzić obozu koncentracyjnego dla swych przyjaciół. Sceptycy doszukiwali się przyczyny tego kroku w zwątpieniu, jakie miało ogarnąć Lilly'ego co do inteligencji jego podopiecznych. Chyba nie mieli racji. Niepowodzenia nie mogły zmienić jego stosunku do delfinów, bo w końcu on sam również nie nauczył się ich języka. A i jego istnienia ani Lilly'emu, ani nikomu innemu nie udało się do tej pory potwierdzić.

Wiadomo, że w aktywności dźwiękowej delfinów można wyróżnić dwie kategorie - echolokacyjną i komunikacyjną. Sygnałów komunikacyjnych naliczono u butlonosa około dwudziestu. Delfinie dzieci posługują się tylko kilkoma, ale za to znacznie częściej niż osobniki dorosłe. Sygnały te charakteryzując się indywidualnymi cechami, stanowią pewien dowód tożsamości. Delfiny rozpoznają się między innymi po głosie. Ich sygnały wyrażają przede wszystkim emocje. W sytuacji pobudzenia, na przykład w czasie poznawania nowego środowiska, dominują świsty i piski. Prawdopodobnie są wezwaniem do tworzenia grupy i podtrzymują więzi stadne. Dźwięki przypominające szczekanie towarzyszą spożywaniu pokarmu, także godom i kopulacji. Coś w rodzaju wycia wiąże się, według niektórych autorów, ze stanem prostego zadowolenia z życia, na przykład w czasie zabawy. Bardzo charakterystyczny jest sygnał odstraszania, słyszany jako kłapanie, choć jego źródłem wcale nie jest poruszanie szczękami. Ów dźwięk wydają osobniki dominujące, ostrzegając słabsze, by ustąpiły im z drogi. Z przeżywaniem strachu wiąże się dźwięk jakby uderzenia w twardy przedmiot. (Zdarzyło się, że odgłosy prac remontowych przyprawiały delfiny w oceanarium o wrzody żołądka.) Najbardziej spektakularny efekt wywołuje sygnał "na ratunek". Przeciągłe świsty poszkodowanego butlonosa sprawiają, że każdy współplemieniec, do którego dotrą, spieszy z pomocą.

To co wiadomo na temat komunikacji delfinów nie potwierdza hipotezy Lilly'ego. Co więcej, pod względem liczby sygnałów delfiny ustępują pawianom oraz małpom człekokształtnym. Z drugiej strony kilkakrotnie obserwowano u delfinów coś, co do złudzenia przypominało wymianę informacji: w trakcie "przemowy" jednego osobnika drugi zachowywał milczenie, potem następowała zmiana itd. Za pomocą radia umożliwiono nawet wymianę sygnałów delfinom oddalonym o 8 tys. km - "jeden z rozmówców" przebywał w oceanarium na Florydzie, drugi - na Hawajach. Trwa dyskusja nad tym jak bardzo złożona jest komunikacja delfinów, ale co do jednego opinie są zgodne: Bardzo daleko jej do ludzkiego języka.

Chociaż Lilly nie zrealizował swych marzeń, niewątpliwie wywarł wpływ na stosunek rodaków do delfinów i waleni. Stany Zjednoczone opanowała prawdziwa delfinomania. Ówczesny klimat ilustruje zdanie jednego z badaczy, według którego człowiek twierdzący, że delfin jest mniej inteligentny od człowieka ryzykuje złamany nos. Stale możemy spotkać przejawy delfinomanii. Jednym z bohaterów serialu "Sea Quest" jest zwykły delfin, którego świsty komputer tłumaczy na angielski. W subtelniejszej formie obecność tych zwierząt zaznacza się w filmie "Wielki błękit" Bessona. Podobno uczestniczący w powstaniu tego filmu nurek Jacques Mayol zdolność wstrzymywania oddechu na 4 minuty zawdzięcza właśnie kontaktom z delfinami. Aktualna fala delfinomanii ma trochę mistyczny charakter i typowe są dla niej stwierdzenia w rodzaju: "delfiny kierują się miłością" albo "delfiny porozumiewają się telepatycznie".

Po porażce Lilly'ego lingwistyczne uzdolnienia delfinów próbowano badać w inny sposób. Dr Louis Herman z Uniwersytetu Hawajskiego zainteresował się delfinami w połowie lat siedemdziesiątych, gdy prace z udziałem szympansów posuwały się pełną parą. Porównanie wyników pracy nad tak różnymi zwierzętami wydawało mu się niezwykle intrygujące. Skrytykował metody Lilly'ego - słabą dokumentację i dowolność interpretacji. Jak większość badaczy, sceptycznie odnosił się do hipotezy o istnieniu delfiniego języka. Uważał, że nie ma sensu mówić o języku na zasadzie "wszystko albo nic". Krótko mówiąc zwierzęta nie posiadające języka mogą mieć pewne zdolności niezbędne do jego wykształcenia.

Herman był przekonany, że takimi przedjęzykowymi zdolnościami są obdarzone delfiny. Skoncentrował się na "ukrytej wiedzy o regułach składni". Właściwie chodziło nie tyle o wiedzę, co o zdolność do przyswojenia tych reguł. Na potrzeby eksperymentu Herman zaprojektował prosty język dźwięków. Znakami - jakby słowami, były tu świsty generowane przez komputer. Język dawał możliwość wydawania krótkich poleceń zawierających dwa, trzy znaki. O sensie polecenia decydował rodzaj świstów, a także szyk. Herman odnotował pewne sukcesy w nauczaniu butlonosów. Ale jego badania zostały nieoczekiwanie przerwane. Pewnego ranka stwierdził, że basen zamieszkiwany przez delfiny jest pusty. Otóż dwaj młodzi pracownicy laboratorium uznali, że delfiny były sfrustrowane ciągłymi eksperymentami i cierpiały pod opieką badacza. W nocy wywieźli zwierzęta ciężarówką i wypuścili do oceanu.

Herman oczywiście nie podzielał ich zdania. Twierdził, że cały zespół dbał o zapewnienie podopiecznym zdrowego, stymulującego fizycznie i psychicznie środowiska. Obawiał się, że uwolnienie zwierząt, przebywających od ośmiu lat w basenie i karmionych z ręki to dla nich wyrok śmierci. Istniały niewielkie szanse, że zostaną zaakceptowane przez lokalne butlonosy, ponieważ pochodziły z Atlantyku. Pozbawione ochrony stada mogły paść ofiarą rekinów.

Kenneth LeVasseur, jeden ze sprawców zamieszania, przypłacił swój czyn, uznany za kradzież, sześcioma miesiącami więzienia. Nie żałował. Zresztą trzeba przyznać, że kierowały nim szlachetne pobudki. Mówił: "Daliśmy im to, na co zasługuje każde zwierzę i człowiek - wolność". LeVasseur wstąpił w szeregi organizacji FREED - Foundation for the Release of Every Enslaved Dolphin. W owym czasie Greenpeace wydała Deklarację Praw Delfina, przyznającą tym zwierzętom, między innymi, prawo do wolności. Obrońcy owych praw starali się pozyskać dla sprawy autorytet Lilly'ego. Ten jednak okazał się tym razem ostrożny w wyrażaniu opinii i stwierdził, że zakaz przetrzymywania delfinów w oceanariach położy kres potrzebnym, jego zdaniem, badaniom. Stwierdził, że "bez oceanariów nic nie wiedzielibyśmy o delfinach". Sugerował jednak, by pobyt w niewoli ograniczyć najwyżej do roku. Szczęśliwie dla biologów zamach "zielonych" na akwaria morskie nie powiódł się.

Louis Herman nie odzyskał utraconych zwierząt. Po krótkiej przerwie przystąpił do pracy z nowymi delfinami. Oprócz wcześniejszego języka świstów zastosował język gestów. Uczyła się go samica Akeakamai (co po hawajsku oznacza miłośniczka mądrości). Tworzenie poleceń w tym języku odbywało się następująco: najpierw jeden lub dwa gesty kodujące obiekt, potem gest oznaczający czynność. Na przykład "piłka, dotknąć" znaczyło oczywiście - dotknij piłki. Jeśli w poleceniu występowały dwa obiekty, drugi z nich był przedmiotem czynności. "Kosz piłka, włóż" znaczyło więc - włóż piłkę do kosza, a "fajka, piłka, nieść" - zanieś piłkę do fajki. Zmiana szyku polecenia zmieniała jego sens: "piłka, fajka nieść" oznaczało - zanieś fajkę do piłki. Wydający polecenia trener stał na brzegu basenu, zawsze zakładał ciemne okulary, by niczego nie sugerować Akeakamai wzrokiem i wykonywał ustalone gesty. Za poprawne wykonanie komendy nagradzano delfina śledziem i pochwałą. Po 6 latach treningu "słownik" Ake (bo tak pieszczotliwie nazywano delfinicę) zawierał 11 obiektów, 9 czynności oraz gesty oznaczające stronę lewą i prawą. Najdłuższe polecenie rozumiane przez Ake składało się z czterech elementów, na przykład "fajka, prawy, piłka, nieść" oznaczało - zanieś piłkę, tę na prawo od ciebie, do fajki. Słownik delfina był raczej ubogi, ale nie jego wielkość była istotna. Herman uważał, że z czasem można go będzie łatwo rozbudować do pięćdziesięciu znaków.

Najważniejsze, że Ake przyswoiła sobie strukturę gramatyczną, a dwadzieścia znaków wystarczało do tworzenia dużej liczby kombinacji. Delfinica potrafiła rozpoznawać różniące się tylko szykiem komendy. Poprawnie wykonywała także zupełnie nowe, nie trenowane, kombinacje znaków. Wszystko to dowodziło, że opanowała wymyśloną przez Hermana gramatykę. Najostrożniej mówiąc, wykazała się czymś więcej niż podatnością na tresurę, a zdaniem Hermana udowodniła wrażliwość na składnię języka.

Louis Herman nie uniknął krytyki. Dotyczyła ona przeważnie stosowanej terminologii. Uważano, że popełnia nadużycie mówiąc o gramatyce, o składni (w końcu sam twierdził, że bada zdolności przedjęzykowe). Posługując się lingwistycznymi terminami w omawianiu swych badań obdarzał delfiny zdolnościami językowymi i traktował język na zasadzie - "wszystko albo nic". Pojawiały się także głosy, że osiągnięcie Ake można tłumaczyć nie odwołując się do zdolności związanych z językiem. Były to jednak opinie odosobnione.

Herman przystąpił do planowania drugiego etapu badań, którego celem jest dialog z delfinem. Wymieniał wiele korzyści, jakie mogą płynąć z takiego dialogu, przede wszystkim przy okazji prac dotyczących dna morskiego. Bardziej od praktycznych zastosowań interesuje go jednak odpowiedź na pytanie, "co to znaczy być delfinem?". Być może nigdy tego nie zrozumiemy. Ich świat jest tak różny od naszego.

JERZY TOMASZ OSIŃSKI jest studentem IV roku Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego; pracuje w Zakładzie Psychologii Zwierząt.

O podobnych zagadnieniach przeczytasz w artykule:
Rozmyślania o rozumie