Twoja wyszukiwarka

STEFAN BRATKOWSKI
DZIEŃ, W KTÓRYM PRZYSZEDŁ KAPITALIZM
Wiedza i Życie nr 2/1996
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 2/1996

Przeżywając podczas lekcji szkolnych tragedię rozbiorów Polski, rzadko podejmujemy temat odrodzenia naszego państwa - właśnie w epoce przedrozbiorowej. Wszystko wtedy rozkwitało; dla elity naszego kraju nawet pierwszy rozbiór był potężnym zastrzykiem dopingującym ruch odrodzenia. Wtedy też pojawiły się pierwsze prawdziwe polskie banki.

Jeśli nasza znakomita aktorka, Joanna Szczepkowska, mogła obwieścić z ekranu telewizyjnego, że pewnego określonego dnia, czyli 4 czerwca 1989 roku, skończył się w Polsce komunizm, tak samo jest w naszej historii pewnien konkretny dzień, o którym można mówić jako o dniu początku kapitalizmu w Polsce: 13 kwietnia 1775 roku Sejm Rzeczypospolitej uchwalił "konstytucję" sejmową z tytułem "Ustanowienie prawa wekslowego".

Weksle kursowały już w Polsce. To nie była pierwsza regulacja wekslowa na naszym terenie. Wcześniejsze jednak miały charakter lokalny, tak, jak lokalne w Polsce XVIII stulecia były zarodki kapitalizmu. W 1701 roku uchwalił swoją ustawę Gdańsk (skorygował ją w 1747 roku), a w połowie stulecia, za panowania ostatniego Sasa, w 1758 roku uchwalił własną Elbląg. Nie nadało to wekslom - poza Gdańskiem i Elblągiem - skuteczności. Znaczyły tyle, co zwykłe szlacheckie skrypty dłużne do egzekwowania przez sąd. Potrzebna była więc regulacja ogólnopaństwowa. Sejm Rzeczypospolitej oparł się na tym, co uznał za sprawdzone i najlepsze, nie wymyślał niczego na nowo, inaczej niż my to robimy dzisiaj. W sprawach wątpliwych odsyłał do dzieła Elementa juris cambialis z roku 1742, pióra największego autorytetu Europy Środkowej, Johanna Gottlieba Heinekcjusza, który wydał je, oczywiście, w Amsterdamie.

Heinekcjusza cechował umysł wybitny i samodzielny. Nie szedł za interpretacją francuską. Weksel w jego ujęciu nie stanowił tylko wykonania zawartej poprzednio umowy, lecz sam był umową samoistną, niepodobną do żadnej z umów prawa rzymskiego. Heinekcjusz zalecał przy tym egzekwowanie zobowiązania objętego wekslem z całą surowością prawa, aż po areszt osobisty dłużnika! Kapitalizm należało traktować serio...

O tej naszej ustawie wekslowej z 1775 roku prof. Bogusław Leśnodorski w II tomie Historii państwa i prawa Polski napisał, że prawo to dostosowano do reguł obowiązujących w krajach sąsiednich. Otóż nie całkiem tak. Inicjatywa polska wybiegała naprzód - w ówczesnych państewkach niemieckich i miastach panowały najrozmaitsze ustawy i zamęt w pojęciach; nikt nie wiedział dobrze, co gdzie obowiązuje, czy znajdujący się w obiegu weksel jest aktem z punktu widzenia prawa ważnym i co zeń wynika dla osób, których podpisy na nim widnieją. Heinekcjusz polską decyzją zdobywał po raz pierwszy moc prawa dla terenu wielkiego państwa z milionami poddanych.

Ta ustawa była pierwszą polską powszechną regulacją prawną. Powszechną, czyli taką, która nie ograniczała się do stanu szlacheckiego i dotyczyła wszystkich, mogących brać udział w obrocie wekslowym. Zmiana to iście rewolucyjna; z pośród naszych historyków jej znaczenie pierwszy docenił po stu latach Tadeusz Korzon. Nadawała zobowiązaniu wekslowemu szybką i rygorystyczną egzekucję, na całym majątku dłużnika. Teraz mieszczanin, Ormianin polski Paschalis Jakubowicz, jeden z pierwszych polskich przemysłowców, mógł na sześć lat zająć kasztelanowi mazowieckiemu za długi miasteczko Głowno z przyległościami i nikt ani okiem nie mrugnął!

Weksel jest karta ręczna tak zwana, przez którą dłużnik obowiązuje się swemu kredytorowi wypłacić pewną sumę za pewien czas albo za pokazaniem tej karty - głosiła ustawa. Ta "karta ręczna" otworzyła normalny obrót wekslowy, umożliwiła normalny kredyt handlowy, a tym samym zrobiła miejsce dla narodzin pierwszej polskiej bankowości. Ściślej - otworzyła pole działania domom bankowym, ponieważ, jak wszędzie, pierwsze banki u nas były domami handlowymi, które swe interesy kupieckie uzupełniały interesami bankowymi.

Oczywiście, sam weksel nie wystarczyłby dla początków kapitalizmu. Potrzebny był najpierw pieniądz. Polska Sasów praktycznie swojego pieniądza nie miała. Krążyło po Polsce wszystko, co do niej napływało; nie tylko bite w mennicy saskiej kiepskiej próby monety z wizerunkiem króla Polski, nie tylko inne monety niemieckie, nie tylko austriackie czy francuskie, ale i moskiewskie, hiszpańskie, ba, nawet - tureckie.

Polska padała też ofiarą swoistych "agresji monetarnych". Fryderyk Drugi, cyniczny kanciarz, zająwszy podczas Wojny Siedmioletniej (1756-1763) Saksonię "naszego" Augusta III, oddał jego mennicę swojemu człowiekowi w dzierżawę i pozwolił mu - jeśli nie wręcz kazał! - bić, ile wlezie, spodlonej, czyli, po prostu, fałszywej monety. Głównie - tej Augusta III, "polskiej" i dla Polski, ale również własnej, pruskiej, i sąsiednich krajów niemieckich.

Fałszywymi talarami omal nie doprowadził do załamania Banku Hamburskiego, najpoważniejszego banku Niemiec. Spekulanci rychło zwietrzyli szansę i rozwinęła się w Niemczech istna gorączka kantów wekslowych; wiele firm hamburskich, a i holenderskich uwikłało się we wzajemne poręczenia. Zakończywszy wojnę 15 lutego 1763 pokojem w Hubertsburgu, Fryderyk zarządził powrót do właściwej stopy menniczej i wtedy zaczęto w całych Niemczech fałszywe monety przetapiać. Gotówki nagle zrobiło się za mało, wystawcy spekulacyjnych weksli okazali się niewypłacalni, ci, co im weksle indosowali, także, i w rezultacie padło 95 hamburskich domów handlowych! Załamał się też w Amsterdamie potężny dom braci Neufville'ów.

W Polsce podrabiana, fałszywa moneta wywoływała na targach i w miastach konflikty i bójki, dochodziło do dramatycznych procesów o oszustwa. A kiedy Gdańsk na swojej komorze celnej zatrzymał sto baryłek fałszywej monety pruskiej z Królewca, Fryderyk wysłał na Żuławy swoje wojsko i wycofał je dopiero po zwolnieniu przesyłki, wziąwszy jeszcze 25 tysięcy dukatów odszkodowania!

Bezwładna Rzeczpospolita była wobec niego bezsilna. Podskarbi wielki koronny Teodor Wessel, w 1761 roku ogłosił uniwersał ostrzegawczy (bezcenny dziś dla numizmatyków całej Europy), oznaczający właściwą cenę dla krążących monet, z nazwami, cenami i... rysunkami wszystkich monet - żeby się nikomu nie myliło. Ale zaradzić nieszczęściu mogła tylko zasadnicza reforma.

Stanisława Augusta nienawidzi część historyków polskich za jego, w wieku podeszłym, słabość wobec zaborców i brak charakteru. Obejmował on też w 1764 roku tron dzięki poparciu władców Prus i Rosji, ufnych, że dzięki temu do żadnych reform w Polsce nie dojdzie. Aliści właśnie imć stolnik litewski nie tylko należał do "zmowy oświeconych", ale był w niej jednym z głównych architektów reform.

Mieli oni, co dzisiaj, obserwując naszych polityków, trudno sobie wyobrazić, z góry przygotowany, i to niesłychanie szeroki program reform. Co więcej, król, mimo wszelkich przeciwności i pierwszego rozbioru, konsekwentnie go realizował.

Już sejm tzw. konwokacyjny, zwoływany podczas bezkrólewia, zalecił uchwałą z dnia 7 maja 1764 roku "O mennicy i monecie" przygotowanie reformy monetarnej. Sejm elekcyjny, który wybrał Stanisława Augusta, powołał do życia pierwsze ministerstwa skarbu, czyli komisje skarbowe, koronną i litewską; miały się one zająć całością spraw gospodarki, od pieniądza aż po budowę portów i kanałów.

Wprowadzono jednolitą dla wszystkich, bez przywilejów dla szlachty i duchowieństwa, taryfę celną - "cło generalne" (niestety, po dwóch latach szlachta i duchowieństwo wywalczyły sobie zwolnienie od niego!).

Zniesiono wszystkie wewnętrzne cła i myta - co udrożniło rzeki i wręcz od razu zwiększyło polski eksport przez Gdańsk.

Zarządzono reformę podatków i utworzono komisję długów państwowych, która miała zbadać, co się komu naprawdę należy (a pretensje sięgały jeszcze wieku XVII!), i podjąć spłatę rzeczywistych zobowiązań.

Króla upoważniono do uruchomienia mennicy. Po to, by pod dozorem i sub responsione (przy odpowiedzialności) komisji skarbowej dla wygody publicznej pieniądze dobre w mennicy naszej były bite. W ten sposób po 134 latach korona polska odzyskała prawo bicia monety.

Porządek monetarny wcale nie tak łatwe przedstawiał sobą zadanie.

W styczniu 1765 roku sejm powołał komisję menniczą pod przewodnictwem obu kanclerzy, koronnego, czyli Jędrzeja Zamoyskiego, wielkiego promotora reform, i litewskiego, czyli Michała Czartoryskiego, członka "familii", rodzinnego ugrupowania zwolenników zmian. Po wielu miesiącach komisja ustaliła 14 grudnia 1765 roku, jaka będzie obowiązywała w Polsce stopa mennicza, czyli zawartość kruszcu w emitowanej monecie.

Zamoyski prezentował sejmowi królewski wniosek. Nowa stopa pokrywała się z przyjętą w Cesarstwie Niemieckim i opierała się nie na używanej do tej pory grzywnie krakowskiej, lecz na kolońskiej, o wadze 233.812 gramów, która stanowiła podstawę krążącego w Polsce masowo "cesarskiego" talara.

3 stycznia 1766 roku komisja mennicza podpisała kontrakt na prowadzenie mennicy z Piotrem Gartenbergiem, saskim... Duńczykiem. (Człek to był pełen inicjatywy; już w lutym przedstawił królowi program uprzemysłowienia Polski, a w kwietniu uzyskał zgodę na... szukanie wszędzie węgla kamienistego, po niemiecku Steinkohle - zaczęto kopać go w Szczakowej - będzie więc w 1996 roku 230 lat górnictwa węglowego w Polsce).

Mennica "srebrna" ruszyła w Warszawie - na posesji ofiarowanej przez króla, przy ulicy Bielańskiej. Sprowadzony z zagranicy mincerz Fryderyk Sylm, zapewnił jej wysoką klasę fachową. I tak "złoty polski", do tej pory waluta jedynie teoretyczna, rozliczeniowa, umowna, po 264 latach pojawił się w namacalnej, "twardej" postaci! W roku 1996 powinniśmy więc obchodzić i 230-lecie polskiego złotego...

Zamoyski rokował mu piękną przyszłość. Proporcja między złotem a srebrem jest zachowana tak dalece, że kupcom będzie za jedno: czyli złotem, czyli srebrem za nasze płacić towary, a tak na obydwóch metalach nam zbywać nie będzie, mówił sejmowi. Aliści w praktyce wyszło, że naszego złotego pierwsi jego projektanci - przeszacowali. 80 złotych z jednej grzywny kolońskiej srebra to było za dobrze w stosunku do "czerwonego" złotego, złotego ze złota, czyli dukata, opartego na próbie i wadze holenderskiej. Kurs dukata musiał spaść z 18 złp., czyli złotych polskich, do 16 i trzech czwartych złp.

W efekcie - polski srebrny złoty i odpowiadające mu 4 grosze srebrne zaczęły odpływać z kraju; Polska straciła na tym, jak się ocenia, około 40 milionów wywiezionych za granicę złotych polskich (proszę przeliczyć, ile to srebra). Dopiero w 1786 roku sejm obniżył wagę i wartość złotego, tak, by przywrócić poprzednią relację wobec dukata (odtąd bito z jednej grzywny 83 i pół złotego).

Kłopotów zresztą nie brakowało od początku. Podskarbi wielki Korony, nadal Teodor Wessel, ogłaszając uniwersałem z 10 lutego 1766 roku nowy system pieniężny, zapowiedział, że z dniem 31 sierpnia tracą ważność wszelkie obiegające w kraju monety. Skarb miał je wykupić, jednak nie wedle nominałów, a wedle rzeczywistej zawartości kruszcu (podanej przez urząd podskarbiego w specjalnych tabelach). Wessel przesadził, na odmianę, ze skąpstwem: monety nie napływały do kantorów skarbowych, bo cenę skupu wyznaczył zbyt niską, 76 złp. za grzywnę. I w listopadzie 1766 roku o dwa złote ją podniósł.

Co więcej, Gdańsk, Toruń i Elbląg, które na podstawie starych układów (jeszcze z XVII w.), biły swoje własne monety wedle własnej stopy, nie zamierzały wyrzec się tego prawa i płynących stąd dochodów. Odwołały się do interwencji... Prus, do Fryderyka Drugiego. Wmieszała się do sporu, biorąc stronę miast, również Rosja. Jednakże podskarbiemu koronnemu udało się przekonać miasta o konieczności zamknięcia ich mennic; Toruń zamknął swoją już w roku 1766.

W Krakowie na Wawelu nowa mennica "miedziana" biła monetę zdawkową - grosze miedziane; 120 z jednego kolońskiego funta miedzi (467 gramów). Trzydzieści tych miedzianych groszy równało się jednemu złotemu. Na potrzeby najdrobniejszych rachunków bito i "szelągi", wartości jednej trzeciej miedzianego grosza. Te, notabene, w rachunkach skarbowych zapisywano jeszcze jako "denary" (szeląg jako sześć denarów). Zapamiętajmy te szelągi; spotkamy się z nimi w następnym odcinku jako podstawą systemu oprocentowania kredytu w pewnej specyficznej bankowości polskiej XVIII wieku.

Mennica "miedziana" utrzymała się w Krakowie niedługo. W 1768 roku zajęli Kraków konfederaci barscy. Ci szlachetni rzekomo awanturnicy, którzy - poza Pułaskim - nie umieli dać rady byle oddziałowi zawodowych żołdaków carskich, zrabowali znajdujące się w mennicy blisko trzy tysiące złotych w srebrze, a z zapasów miedzi wybili monet na sumę ponad 150 tysięcy złp. - na swój użytek, nie na użytek Korony.

Po ich odejściu cały sprzęt menniczy załadowano na szkuty i przetransportowano do Warszawy.

Nie brakowało kłopotów i z wekslami. Oto miast wspomagać obroty handlowe, wspomagały one szlachecką rozrzutność.

Dochody płynęły do Polski olbrzymie; w latach po Wojnie Siedmioletniej, w okresie 1763-1770, szło z Polski rocznie ponad 50 tysięcy łasztów zboża, i to łasztów o pojemności, ustalonej dla Polski przez sejm w roku 1764, 3636.31 litrów, czyli ponad 120 tysięcy ton. W samym roku 1770 dotarło tylko do Gdańska prawie dwa tysiące statków wiślanych! A przecież już w 1765 roku Prusacy ustanowili nad Wisłą, w swoim Kwidzynie, komorę celną, zagarniającą 10 procent wartości przewożonego towaru!

Potem, po pierwszym rozbiorze, uruchomili następną - w zajętym przez siebie Fordonie koło Bydgoszczy. Co gorsza kolejną - także u wyjścia Wisły z polskiego Gdańska na Bałtyk! A traktat, który narzucili Polsce w owym roku 1775, dał im prawo dowolnego w praktyce ściągania opłat. Formalnie mieli brać po 12 procent, od towarów potrzebnych Prusom 30 procent, ale od przywożonych francuskich win zdzierali 112 procent, zaś od wywożonego drzewa masztowego - nawet podwójną jego wartość!

Eksport polski spadał teraz, rzecz jasna. Mimo to aż po ostatni rozbiór Polski nigdy nie spadł poniżej 20 tysięcy łasztów zboża rocznie, a szło też nadal drewno, smoła, potaż, len, wełna, skóry, łój, miód, wosk. Słowem, ciągle do szlachty polskiej płynęły pieniądze i ciągle żyła ona ponad stan - jak "za króla Sasa".

Szlachta nagminnie wystawiała wierzycielom weksle ponad sumy rzeczywiście pożyczone. Czasem - na sumy wielokrotnie wyższe! A że lichwiarz mógł teraz egzekwować dług wekslowy mocą prawa, fortuny i fortunki szlacheckie padały jedna za drugą.

Pointa będzie zaskakująca. Sejm, dbały o swoje dzieło, znowelizował konstytucję zaraz w 1776 roku, potem znowu w 1778 roku konstytucją pod tytułem "Objaśnienie prawa wekslowego" i w 1780 r. następną konstytucją "Weksle".

Najpierw zażądano, by szlachcic każdy swój weksel "oblatował" w sądzie, czyli - zarejestrował. Potem sejm odebrał szlachcie prawo wystawiania weksli na okaziciela, a małoletnim (w obrocie wekslowym - poniżej 24 lat), żonom szlacheckim i duchowieństwu zabronił wystawiania weksli w ogóle. A w roku 1780 po prostu odebrał prawo wystawiania weksli - całej szlachcie...

Zrobił to Sejm Rzeczypospolitej szlacheckiej, z samych przedstawicieli szlachty złożony!

Prerogatywy kapitalistycznego obrotu pieniężnego ograniczono tym samym w Polsce tylko do tych, którzy go praktycznie uprawiali - do mieszczan i Żydów (stanowiących w Polsce odrębny stan, swoisty stan "dwa i pół", między szlachtą i duchowieństwem a mieszczanami i chłopami).

Sejm Czteroletni, honorując szlachectwem wybitnych kupców i bankierów ze stanu mieszczańskiego, w roku 1790 uchwalił dla nich specjalną konstytucję sejmową, która upoważniała ich, choć już szlachciców, do wystawiania weksli. Mogli je teraz wystawiać i ci ze szlachty - których tu poznamy - którzy podjęli działalność handlową i bankową.

Instalowanie kapitalizmu w tamtej Polsce było, jak widać, znacznie trudniejsze niż dzisiaj...

Ryc. Julian Bohdanowicz