Twoja wyszukiwarka

ANDRZEJ ZIMNIAK
LIPOKINEZA - REWELACJA W SPORCIE I KOSMETYCE MEDYCZNEJ
Wiedza i Życie nr 4/1996
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 4/1996

Już niedługo niezwykłyliposomowy kremurzeczywistni hasło"Przez ruch do zdrowia".Zawarty w nim "bicz AChT"pogania mięśnie do pracybez udziałunaszej świadomości.Intensywny treningmoże odbywać siępodczas snulub brydżowegospotkania.

Już Horacy ostrzegał: jeśli nie biegasz pókiś zdrów, będziesz biegał jak zachorujesz. Starożytni Rzymianie zalecali tysiąc kroków po kolacji. Dzisiaj modne są gabinety odnowy biologicznej, lekarze przepisują jogging, siatkówkę lub basen dwa razy w tygodniu, albo w ostateczności dziesięć minut codziennej gimnastyki. Każdy uczniak wie, że ruch to zdrowie, a regularne uprawianie sportu, niekoniecznie przecież wyczynowego, zapobiega miażdżycy, zawałom, otyłości, zmniejsza prawdopodobieństwo wystąpienia cukrzycy i ogólnie przedłuża życie.

Znaczenia ruchu dla zdrowia nie można przecenić. Nawet wspomniane dziesięć minut gimnastyki dziennie dałyby statystycznemu Polakowi pięć i pół roku przedłużenia życia w prezencie (E. Siemilińska et al., Roczn. PZH, 185/1986). Wyobraźmy sobie tłumy czerstwych siedemdziesięciolatków, wylegających co rano w dresach na ulice naszych miast i wsi! Młodsi niechby też podeszli do problemu poważnie, bo czego Jaś nie posieje, tego Jan nie zbierze. Rychło przyjdzie wiek dojrzały, a wtedy zawsze dobrze jest mieć te pięć lat w zapasie - na podróże, pisanie pamiętników i spotkania po kawiarniach z innymi "dinozaurami".

Przejdźmy jednak od marzeń do twardej rzeczywistości. Prawdę mówiąc, nie spotkałem jeszcze człowieka, który uprawiał poranną gimnastykę dłużej niż przez pięć kolejnych dni. Biję się w piersi, bo nawet ja sam, orędownik sportu i turystyki, nie jestem bez grzechu. Nasze wrodzone lenistwo powoduje, że mamy za nic oczywistą wymowę faktów, a może po prostu wolimy żyć krócej, ale wygodniej?

Na szczęście nie jest tak źle. Naukowcy pracują za nas. Odkrycia ostatnich lat stanowią prawdziwą rewelację i najwyższa pora, aby informacje, rozproszone dotychczas w hermetycznym, naukowym czasopiśmiennictwie, zostały usystematyzowane i przedstawione szerszemu ogółowi. Pierwsza wzmianka ukazała się w "Nature" w zeszłym roku (E. Kishott, A. Andermann, 3506/1995), ale potem nastąpiła cisza. Jeśli w homosferze (tak nazwijmy ludzki światek) dzieje się coś dziwnego, zwykle chodzi o pieniądze, a jeśli dzieje się coś bardzo dziwnego, zwykle chodzi o duże pieniądze. Próby utajnienia wyników badań pachną skandalem. Czas już powiedzieć głośno i radośnie: mamy lipokinezę!

Żeby wszystko stało się zrozumiałe, potrzebny jest krótki wykład. O kosmetykach z liposomami było swego czasu głośno. Te mikroskopijne lipidowe pęcherzyki z łatwością "przesiąkają" przez skórę i mogą transportować w jej głąb praktycznie każdą substancję. W kosmetykach chodzi głównie o wodę, aby skóra chwilowo nieco napęczniała i sprawiała wrażenie gładszej. Kilka lat temu R. Hernandez zauważył ("Biochemistry", 445/1991), że jeśli lipidy wzbogaci się odpowiednio zmodyfikowaną fosfatydylocholiną, migracja potrzebnych substancji jest znacznie głębsza i d-liposomy (deep liposomes) wnikają aż do mięśni. Stanowią więc idealny miejscowy czynnik penetrujący!

Teraz trochę o pracy samego mięśnia. Mocno upraszczając, można powiedzieć, że depolaryzacja błony komórkowej, czyli zrównywanie potencjałów po obu jej stronach, powoduje skurcz mięśnia, a proces odwrotny - jego rozkurcz, czyli rozluźnienie. Na przykład w czasie gimnastyki: na raz - impuls nerwowy wyzwala acetylocholinę, błony komórkowe ulegają "elektrycznemu rozładowaniu" i mięsień napina się; na dwa - enzym ATPaza pompuje jony wapnia przeciw ich gradientowi, czyli w kierunku ich wzrastającego stężenia, przywracając skok potencjału po obu stronach błony i zwalniając napięcie mięśnia. Więcej informacji na ten temat można znaleźć w Principles of Biochemistry, Academic Press, New York 1975.

Genialnym odkrywcą metody lipokinetycznej jest Uptal Chakraborty, amerykanin hinduskiego pochodzenia z MIT. Już dawno, bo w roku 1987, zainteresowało go indukowanie naprężenia mięśni bez udziału woli (badania prowadził na zlecenie tokijskiego Instytutu Optymalizacji Wydajności Pracy). Dwa lata później zaprzyjaźniony fizyk John Kwasinsky z CalTechu podczas żartobliwej rozmowy o dietach wyszczuplających nawiązał do makrocząsteczkowego efektu jo-jo. To było właśnie to, czego potrzebował Chakraborty. Raźno wziął się do roboty i już po roku miał gotowy "bicz AChT"! Pionierski artykuł kolejno odrzucały redakcje "Nature", "Science" i "The New Scientist". Udało mu się go ulokować dopiero w mniej znanym "Drug Metabolism and Disposition" (841/1990 ).

W skrócie zjawisko opisać można następująco: do mięśni wprowadza się łańcuch polipeptydowy, mający wzdłuż jednej osi dokładnie 12 250 wiązań chemicznych. Rodzaj tych wiązań nie jest istotny, a jedynie długość łańcucha. Boczne odgałęzienia cząsteczki stanowią aktywne molekuły enzymu AChT, wyzwalającego acetylocholinę z synaps. Cząsteczka o rozmiarach tzw. rezonansowych aktywuje się samoistnie już w momencie powstawania, a centrum aktywne przemieszcza się ruchem wahadłowym od jednego jej krańca do drugiego i z powrotem, tak długo, jak długo istnieje polipeptyd. Na tym właśnie polega makrocząsteczkowy efekt jo-jo, lub, mówiąc bardziej naukowo, efekt rezonansu aktywacyjnego (R. Pauling, "Bioenergetics" 61/1975).

Jaka jest rola tego efektu w "biczu AChT"? Otóż przemieszczająca się wahadłowym ruchem fala aktywacyjna wzbudza kolejne cząsteczki enzymu, który lokalnie uwalnia acetylocholinę, powodując naprężenie okolicznych włókien mięśniowych. Proces rozluźniania jest samorzutny, bo po osiągnięciu molarności jonów wapniowych równej 10-6, ATPaza, czyli pompa wapniowa, rozpoczyna pracę. Reasumując, wzdłuż mięśnia, ale tylko na odcinku "bicza AChT", periodycznie przechodzi fala skurczu raz w jedną, raz w drugą stronę.

Genialne w swojej prostocie odkrycie zyskało swój praktyczny wymiar dopiero po pojawieniu się d-liposomów Hernandeza. Kłopotliwe injekcje zastąpiła aplikacja wonnego kremu. Czynnik aktywny, zamknięty w mikrokapsułkach lipidowych, wędrował poprzez skórę do mięśni i... następował start!

Uwolnienie "bicza AChT" rozpoczyna trening wewnętrzny, niezależny od naszej woli. Mięśnie napinają się i rozluźniają w mikromodułach, po ciele rozchodzi się przyjemne ciepło. Intensywność ćwiczenia i stopień napięcia mięśni regulować można ilością naniesionego kremu. Proces ten po godzinie ustaje, bo nieselektywne polipeptydazy niszczą "bicz AChT". Ale od czego pomysłowość farmaceutów? Otrzymano d-liposomy o przedłużonym działaniu, stopniowo uwalniające czynnik aktywny w ciągu ośmiu godzin. Można posmarować się i iść do łóżka, reszta należy do biochemicznych krasnoludków.

Reperkusje tego odkrycia trudno oszacować. Wyobraźmy sobie sportowców, którzy zamiast harować na boiskach po kilkanaście godzin dziennie, wysmarują liposomami te partie ciała, na których im zależy, i obsiądą kawiarniane stoliki. Wreszcie urzeczywistni się grecka idea olimpijska, bo każdy będzie mógł zostać mistrzem! A w medycynie? Większość seksuologów leczących męską impotencję straci pracę. Podobny los czeka specjalistów od rehabilitacji: nie będzie już wybujałych nastolatków z zapadniętymi klatkami piersiowymi i lordozą kręgosłupa. A nam, ludziom w sile wieku, ubędzie wyrzutów sumienia i skończy się strzykanie w krzyżu. Zniknie widmo porannej gimnastyki - bicz Chakraborty'ego sam pogoni leniwe komórki. Drodzy Państwo, zapewne niebawem w aptekach pojawią się preparaty lipokinetyczne.