Twoja wyszukiwarka

X.RUT
I W PARYŻU...
Wiedza i Życie nr 4/1996
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 4/1996

Dość długo opierałem się przed podłączeniem mego służbowego komputera dopoczty elektronicznej. Nie, wcale nie dlatego, że nie byłem świadom jejzalet, z którymi miałem okazję zaznajomić się dość dokładnie przed laty(nad zupełnie inną rzeką), lecz dlatego, że równie dokładnie odczułem jejwady, a także ryzyko, jakie towarzyszy jej stosowaniu w bałaganiarskimśrodowisku. Opór mój złamał dopiero Szef, człowiek skądinąd sympatycznyi inteligentny, ale wybitnie podatny na wszelkiego rodzaju reklamę, zwłaszczazaś na reklamę nowinek technicznych. Otóż Szef postanowił, że w celu usprawnieniazarządzania naszą Instytucją, wszelkie zarządzenia, komunikaty i inne informacjebędą rozsyłane drogą elektroniczną. Ponieważ w tak obszernej kategoriitrafiały się czasem wiadomości ważne (np. o dniach i godzinach otwarciakasy czy bufetu pracowniczego), nie było rady, zgodziłem się na przyłączeniei otrzymałem adres. Jako że do "wymogów nowoczesności" należy teżrozgłaszanie spisu pracowników i ich adresów elektronicznych, mój rozpełznąłsię po świecie i nie było już rady, podjąłem sieciowe życie.

Nawiasem mówiąc, po krótkim okresie entuzjazmu i zalewu komunikatami Dyrekcji,tudzież wszelkich innych Organów naszej Instytucji, potok wewnętrznychinformacji nie żeby całkowicie wysechł, nie, ale zmienił się w coś na kształttych rzek pustynnych, które przez 51 tygodni są ledwie widocznymi konturamiw piachu, a przez całą resztę roku kipią spienionym nurtem. W odróżnieniujednak od rzek pustyni, potok wewnętrznych informacji w naszej Instytucjijest zupełnie nieprzewidywalny, nawet co do pory roku. Ponadto, o ile przedwielką elektronizacją można było choć czasem znaleźć potrzebną wiadomośćw archiwum u Pani Ziuty w Sekretariacie, obecnie stało się to praktycznieniemożliwe: archiwum też zelektronizowano (naturalnie, w celu ułatwieniabezpośredniego dostępu 24 godziny na dobę), tyle że zasady jego organizacji,oprogramowanie pomocnicze i fizyczna lokalizacja (niestety, mamy dużo serwerów)są ciągle usprawniane, czyli nigdy nie wiadomo, jakich zaklęć należy dziśwłaśnie użyć, by otworzyć właściwą przegródkę Sezamu. Komunikaty w tejsprawie - jeśli w ogóle przychodzą - zazwyczaj mają postać: "idą"dłużej niż do USA, bo więcej razy muszą być sortowane, obojętne, ręcznieczy mechanicznie). Obydwa te mechanizmy mają podobne skale czasowe, wykalibrowanew dniach, wobec czego zdarzało się, że odpowiedź od flegmatycznego korespondentaz Berna dostawałem po takim samym czasie co od krewkiego korespondentaz Fidżi. Ponieważ czas transmisji listu elektronicznego mierzony w skaliczasów reakcji ludzi jest praktycznie stały (zerowy!), nigdy nie maskujeon rozrzutu osobniczego. Uczestnicy elektronicznej wymiany korespondencjisą znacznie bardziej odsłonięci - braków cywilizacyjnych nie da się jużukryć za wyświechtanym frazesem o źle funkcjonującej poczcie!

Przy całym podobieństwie do swej tradycyjnej protoplastki, poczta elektronicznama inny klimat (McLuhan powiedziałby pewnie, że ma inną temperaturę). Myślę,że takie różnice są znacznie większe i występują częściej niż to się wydajeentuzjastom zastępowania tradycyjnych form współżycia ich informatycznymiodpowiednikami.

Słuchałem kiedyś, jak autorzy bardzo pomysłowego multimedialnego programudydaktycznego z dziedziny chirurgii zachwalali jego realizm; istotnie byłon imponujący. W konkluzji przytoczyli porównanie kosztów: o ile taniejmożna ćwiczyć przyszłego chirurga, oferując mu szanse wielokrotnego wykonywaniazabiegu w ich doskonałym symulatorze niż aranżować ćwiczenia na żywychobiektach. Mnie zaś bez przerwy przypominały się gry komputerowe, ćwiczącezdolność walki z realistycznie fantastycznymi przeciwnikami, których autorzyudostępniają graczom kilka "odżyć"po naciśnięciu odpowiedniego klawisza i nadal toczyć krwawy bój. A nawetjak wyczerpie cały zapas "żyć", to i tak nie przegra zupełnie do końca,przecież zawsze można grę powtórzyć. Myślę, że oparte na takiej zasadziesymulatory są znakomite w szkoleniu nowoczesnych wojaków. Bój wygląda bardzopodobnie: ekran, klawisze, migocące obrazki. A przeświadczenie, że zawszemożna zacząć grę od nowa, pozwala uniknąć poczucia strachu. Cóż zaś możebyć lepszego, niż wojak nieustraszony! Ale wolałbym, jeśli do tego musidojść, by operujący mnie chirurg nie miał przeświadczenia, iż z pomyłkizawsze może się wycofać, albo "przegraną" operację powtórzyć tylerazy, ile zechce - mnie przy tym może nie być już po pierwszej pomyłce.

Nie bez pewnego rozbawienia obserwuję tworzące się elektroniczne klubydyskusyjne, zawiązujące się elektroniczne "przyjaźnie", słyszę i czytamo tym, jak sieć elektroniczna niweluje odległości, umożliwia globalną więźmiędzy ludźmi. Być może komuś współżycie sieciowe rzeczywiście sprawiaprzyjemność. Ale możliwość bezkolizyjnego wycofania się z wszystkich takichrelacji zupełnie bezbolesnym naciśnięciem jednego guziczka odbiera poczucieodpowiedzialności, stanowiące dotychczas nieodłączną (choć nie zawsze dominującą)cechę stosunków międzyludzkich. Zastanawiam się, czy w miarę tego, jakcoraz większa część naszych wzajemnych relacji będzie opośrodkowana bezfrasobliwątechniką zapożyczoną z gier komputerowych, nie będzie postępować projekcjatakiego braku odpowiedzialności na całość stosunków międzyludzkich. A wżyciu nie wszystko, co akurat źle idzie, można zacząć od nowa, nie z wszystkichkonfliktów można się wycofać, wyciągając wtyczkę z kontaktu.

Chociaż, niestety, niektórym tak się chyba wydaje!

PS. Tytuł tego felietonu jest pierwszą częścią przysłowia: "I w Paryżunie zrobią z owsa ryżu". Czy przystaje on do treści pozostawiam osądowiPT Czytelników.