Twoja wyszukiwarka

STEFAN BRATKOWSKI
OKIEM WETERANA
Wiedza i Życie nr 4/1996
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 4/1996

Nim zabrałem się do pisania o tej imponującej i nad wyraz interesującej księdze, mogłem przeczytać uwagi o niej w prasie codziennej. Różne: od entuzjastycznych do bardzo krytycznych. I poczuwam się, jako weteran popularyzacji nauki i techniki, do pewnej zasadniczej niezgody. I z poniektórymi entuzjazmami, i z wrogościami.

Jedne i drugie tchną głęboką wiarą, że jest to książka poprzedzająca eręCD-ROM (dla nie wtajemniczonych, na wszelki wypadek: Compact Disc - Read Only Memory). Co więcej, mamy uwierzyć, że multimedialne CD-ROM wyprą takie książki z rynku. A w domyśle - wszelkie książki.

Ponad ćwierć wieku temu, pisząc Księgę wróżb prawdziwych, sam entuzjazmowałem się przyszłą rewolucją edukacyjną, którą przyniosą komputery z grami symulacyjnymi i rzeczywistością wirtualną. I nie zmieniłem zdania: nasze dzieci, już niedługo, będą uczestniczyły osobiście w wojnach Aleksandra Wielkiego i rozstrzyganiu dylematów polityki Peryklesa, a zamiast czytać podręczniki z suchymi informacjami, zaczną zwiedzać na lekcji geografii (a raczej w domu) różne zakątki globu, będą podglądały życie mrówek i wirtualnym skalpelem kroiły bakterie. To się już dzieje. Miałem okazję doświadczyć treningu kupieckiego w interakcji z komputerem, moi koledzy kierowali tak samochodami, inni - latali samolotami, jeszcze inni - operowali. I nawet niektóre już dzieci mają sposobność tak się właśnie uczyć - co nie przekreśla walorów"żywych" gier symulacyjnych, ani redagowania samemu swoich gazet czy też programów radiowych i telewizyjnych.

To wszystko wcale jednak nie oznacza, że takie techniki miałyby wyeliminować- książki. Nigdy tego nie zapowiadałem. I nie ma żadnych podstaw do takich prognoz. Gazety zejdą prawdopodobnie do formy i formatu sterowanego cyfrowo, płaskiego, cienkiego na centymetr lub mniej, lekkiego ekranu, osadzonego na wygodnej rączce; strony będzie się zmieniać przyciskami na mini- konsolecie. Albo też to samo będzie się wyświetlać na dużym ściennym ekranie, w ogromnym powiększeniu, i to nie tylko dla niedowidzących. Ale to dlatego, że gazeta żyje krótko, do gazety się nie wraca; robi się co najwyżej wycinki, które nie będą już potrzebne za dwa, trzy lata, skoro w każdej chwili system wyszukiwania informacji poprzez sieć komputerową udostępni nam dane z jakiejś pamięci choćby z końca świata. To zaś, co potrzebne będzie na papierze, wyleci z drukarki.

Inaczej z książką. Żaden komputer nie umożliwi równoczesnego przeglądania kilku stron, ani rozłożenia na biurku paru tomów naraz. Tak więc Popularna Encyklopedia Nauki, wydana przez "Wiedzę i Życie S.A." nie jest proto-CD-ROMem.To pomysłowo zmontowana przez - pierwotnie - wydawnictwo angielskie Dorling Kindersley oraz ciekawie i bogato ilustrowana encyklopedia "rozumowana",jak to się dawniej nazywało.

Nie jest też wcale jedyna na naszym rynku, ani też nie jest rewolucją edytorską. Na wystawach księgarni leżą obok niej dziesiątki podobnych wydawnictw, od Larousse'a poczynając. Rewolucję edytorską zaś przyniosły niższe obecnie koszty komputerowego składu i wysokojakościowego druku kolorowego. Stąd te cacka, nad którymi Popularna Encyklopedia Nauki góruje, mimo swej słonej ceny jako najtańsza w "rodzinie".

Sam pomysł nie jest też wcale nowy. Podobne wydawnictwa wychodziły już w XIX wieku, oparte na takim samym założeniu - ilustracja miała odgrywać w nich i odgrywała rolę taką samą, jak tekst, tyle że jeszcze bez koloru, w kresce. Czasem były to cuda litografii, czasem, już w XX wieku, "Dudeny"z prymitywnymi schematami rysunkowymi.

Popularna Encyklopedia Nauki to dobra robota. Wciąga. I to czytelnika w każdym wieku, nie tylko tego, który ma się czegoś nauczyć do lekcji (każdy z nas poza swoją specjalnością i paroma przyległymi jest przecież co najwyżej czternastolatkiem). Nie trzeba zatem wybrzydzać ponad niezbędność. To nie jest encyklopedia, która winna podać szczegółowy wykaz osiągnięć Alberta Einsteina w jednej ramce; ma ona tłumaczyć, o co chodzi w teorii względności, a o co w promieniotwórczości lub rozbiciu atomu. Ma co najwyżej związać nazwisko Einsteina z osiągnięciami nauki, które mu zawdzięczamy.

Namawiałbym wydawców polskich na innowację w stosunku do oryginału; na wydanie całości na osobnych kartkach, składanych w skoroszycie, tak aby je można było wyjmować, a także wymieniać. Tym sposobem można by wciągnąć czytelników do redagowania i ulepszania wydawnictwa, uzupełniania go nowymi pomysłami, do konkursu na nowe, ciekawsze jeszcze, dowcipniejsze ujęcia.

Dla czternastolatków sześćdziesięcioletnich warto by natomiast zastosować większą czcionkę.

Popularna Encyklopedia Nauki. Wydawnictwo Wiedza i Życie S.A., Warszawa 1995, s. 448.