Twoja wyszukiwarka

KRZYSZTOF SZYMBORSKI
DUSZA DZIECKA
Wiedza i Życie nr 6/1996
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 6/1996

Zachowanie infantylnych cech aż do podeszłego wieku, zwane neotenią, jest specyficznym typem ewolucyjnego przystosowania występującym, zdaniem niektórych biologów, nie tylko wśród salamander, ptaków, psów, ale i ludzi. Neotenia jest ewolucyjnym mechanizmem w wielkiej mierze determinującym proces kształtowania jednostkowych charakterów i całej naszej kultury.

Jednym z członków naszej rodziny jest kot imieniem Kicia. Choć według kocich standardów Kicia jest w średnim wieku i wypadałoby jej zachować pewne dostojeństwo, to jednak co pewien czas zaczyna nagle ganiać po całym domu jak oparzona, czai się za meblami i łapie mnie znienacka za nogawkę. Zachowanie takie wydać się może bezużytecznym marnotrawieniem energii, gdyby nie to, że służy bardzo racjonalnemu celowi - wzmocnieniu naszej międzygatunkowej więzi. Rytuał ten jest odbiciem funkcji społecznej, jaką Kicia spełnia w naszej małej grupie. Zdecydowanie nie jest ona kotem obronnym, ani nie wykazuje zainteresowania odmyszaniem domu; jej rola jest nieprodukcyjna - jest ona na etacie wiecznego dziecka.

U zwierząt domowych zachowanie infantylnych cech aż do podeszłego wieku - właściwość przystosowawcza zwana naukowo neotenią - jest wysoce cenioną charakterystyką. Może więc trochę dziwić, że płazy ogoniaste - takie jak traszki czy salamandry - nie cieszą się zdaniem Amerykańskich dostawców "petów", czyli zwierząt towarzyskich, wielkim powodzeniem na tutejszym rynku. W konkurencji neotenii są one bowiem trudne do pobicia. Niektóre z nich, jak na przykład Meksykańska salamandra o azteckiej nazwie aksolotl (Abystorno mexicanum) nie tylko potrafią osiągnąć seksualną dojrzałość i rozmnażać się, pozostając w stanie larwalnym, ale nie przechodzą wcale metamorfozy w dorosłą formę, chyba, że zmuszają ją do tego szczególne warunki środowiskowe.

Neoteniczny infantylizm mojego kota jest raczej efektem selektywnej hodowli niż naturalnej ewolucji (ale co w końcu jest naturalne?). Człowiek "udomowił" wiele gatunków zwierząt, zamieniając krowy w fabryki mleka, a konie w źródło taniej i mało wymagającej siły roboczej. Niektóre z tych zwierząt nie spełniają jednak żadnej oczywistej funkcji ekonomicznej, tylko służą, jakby to powiedzieć, celom towarzyskim. W Amerykańskich domach zamieszkuje dziś, na przykład, tyle samo mniej więcej ryb (ok. 250 mln) co ludzi, nie licząc 25 milionów ptaków (nie wspominając kur i indyków) i trudna do oszacowania liczba węży, jaszczurek, bardzo ostatnio modnych świń domowych, a także myszy i chomików. No i oczywiście salamander. Psy i koty pozostają jednak "paradygmatycznymi" zwierzętami domowymi.

Dlaczego wśród wszystkich zwierząt właśnie one zajmują miejsce tak szczególne, nie jest do końca jasne. Zagadkę tę stara się w ostatnich latach zgłębić dziedzina nauki, którą można by nazwać psychologią społęczną stosunków międzygatunkowych. Badacze tych zależności twierdzą, że charakteryzują je dwie odrębne, choć wzajemnie powiązane cechy. Jedną jest antropomorfizm, drugą zaś neotenia.

Antropomorfizm to naturalna pochodna antropocentryzmu (ludzki gatunek najważniejszy na świecie) i przejawia się uniwersalną tendencją przypisywania ludzkich cech innym (zarówno ożywionym jak nieożywionym) stworzeniom. Psy, a właściwie ich przodkowie - dzikie wilki, przejawiały pewne człekopodobne cechy zanim zostały udomowione (na przykład podobieństwo do struktury społecznej grup ludzkich). Proces udomowienia zmierzał po części w kierunku wzmocnienia tych charakterystyk, a także ku połączeniu tej antropomorfizacji z neotenizacją.

Z jakichś głębokich przyczyn psychologicznych najbardziej kochamy zwierzęta, które wykazują cechy trwałego infantylizmu. Nasz stosunek do zwierząt w ogóle jest silnie zabarwiony tak zwanym "syndromem Bambi". Budzą one naszą szczególną sympatię, kiedy wyglądają i zachowują się jak szczenięta - mają stosunkowo duże oczy, wykazują skłonność do zabawy i wydają się bezbronne. W przypadku zwierząt domowych, takie młodzieńcze cechy udało nam się wielokrotnie z nich wyselekcjonować i utrwalić genetycznie. Wiele ras psów towarzyskich ma stosunkowo wielkie oczy, krótkie pyski, zwisające uszy, pomarszczoną skórę i nieduże rozmiary. Najpopularniejszy kot domowy, tak zwany pers, hodowany był selektywnie ze świadomym zamiarem zachowania jego wiecznie "dziecięcego", lalkowatego wyglądu.

Ważniejsze jeszcze od tych cech morfologicznych były cechy behawioralne. Szczenięta wilków na przykład, tak jak i psów, są przyjacielskie wobec obcych i silnie zależne od dorosłych członków stada. Kiedy jednak wilk "dorośleje", cechy te stopniowo zanikają i w końcu wyrasta on na nieufnego, czujnego i agresywnego indywidualistę, niezbyt przyjaznego wobec osobników nie należących do stada. Niektóre psy, trzeba przyznać, wykazują podobne cechy. Drogą selekcji udało nam się jednak wyhodować także "psa kanapowego", który przez całe życie zachowuje się jak szczenię. Tego samego zdołaliśmy dokonać z kotami.

Małpie noworodki są uderzająco podobne do ludzkich. Na zdjęciu - pierwszy goryl z probówki, samiczka Timu urodzona 10.09.1995 roku w Cincinatti Zoo (USA)

Nasze domowe zwierzęta towarzyskie "nigdy nie dorośleją". I to jest jedyną zasadniczą różnicą w naszych oczekiwaniach, wobec własnych dzieci i "przybranych dzieci" innego gatunku. Te pierwsze, niezależnie od tego, jak bardzo neoteniczny jest ludzki gatunek, powinny kiedyś wydorośleć i stać się niezależnymi, w pełni odpowiedzialnymi za siebie ludźmi.

Czy rzeczywiście neotenia, w ścisłym genetycznym sensie, była zasadniczym mechanizmem przystosowawczym, który doprowadził do powstania gatunku ludzkiego, jest ciągle kwestią sporną. Niemniej, nawet jeśli potraktować ją tylko metaforycznie, neotenia, zwana też juwenalizacją, może rzucić pewne światło na zagadkę ludzkiej natury.

Kiedy na początku XIX wieku pierwsze młodociane egzemplarze małp człekokształtnych docierać zaczęły do europejskich ogrodów zoologicznych, naturalistów uderzył fakt, że małpie noworodki wykazują niesamowite podobieństwo anatomiczne do dorosłych osobników gatunku Homo sapiens, które zanika stopniowo w miarę ich dojrzewania. Różnice, jakie występują pomiędzy dorosłymi osobnikami małpy i człowieka, tłumaczono zahamowaniem rozwoju mózgu u tych pierwszych. Zgadzało się to z duchem teorii rekapitulacji głoszącej, że wszystkie zwierzęta w swym osobniczym rozwoju zarodkowym i potem, w toku dojrzewania, przechodzą przez kolejne stadia ewolucyjne - ontogeneza jest rekapitulacją filogenezy. W tym kontekście małpa była anomalią, przechodząc w swym wczesnym rozwoju przez bardziej zaawansowane człekopodobne stadium, a następnie degenerując się, omyłkowo rozwijając silne szczęki zamiast wielkiego mózgu. Rozumowanie to można jednak odwrócić i wówczas anomalią staje się raczej człowiek niż małpa.

Tym torem myślowym poszedł amsterdamski anatom Louis Bolk, proponując w latach dwudziestych naszego stulecia hipotezę, nazwaną przez niego "teorią fetalizacji", zgodnie z którą atrybutem człowieczeństwa było swoiste zahamowanie rozwojowe - radykalne przedłużenie okresu rozwoju zarodkowego poza moment urodzin. (Termin "neotenia", dziś szerzej przyjęty, zaproponowany został w 1884 roku przez Juliusza Kollmana z Bazylei, który zajmował się badaniem aksolotli.) Choć niewielu ewolucjonistów zaaprobowało w pełni hipotezę Bolka, w ostatnich latach zyskała ona nowe, przychylne zainteresowanie ze strony niektórych uczonych o najwyższym autorytecie, w szczególności antropologa Ashleya Mantagu oraz paleontologa Stephena Jay Goulda.

Bolk uzasadnił swą ideę, przedstawiając długą listę cech anatomicznych wspólnych dla dorosłych ludzi i młodocianych form innych naczelnych, które nie występują u dojrzałych małp. Najbardziej uderzającą jest oczywiście kształt czaszki, która u ludzi ulega pełnemu zwapnieniu dopiero w jakiś czas po narodzinach. Należą do nich jednak także słabo rozwinięte szczęki i "infantylne" uzębienie, lokalizacja foramen magnum, czyli otworu, przez który wychodzi z naszej czaszki rdzeń kręgowy, kierunek w jakim zorientowany jest kanał porodowy, czy wreszcie nieprzeciwsobny kciuk w naszej stopie, nie mówiąc o kilkunastu innych cechach wyliczonych przez Bolka. Gdybym miał krótko podsumować mą zasadniczą ideę, powiedziałbym, [oświadczył Bolk] że (...) [dorosły] człowiek jest zarodkiem (fetusem) małpy, który osiągnął dojrzałość seksualną.

Czy człowiek jest zarodkiem małpy, który osiągnął dojrzałość seksualną, co sugerują m.in. podobieństwa anatomiczne? Czaszka szympansa w różnych okresach jego życia (od lewej): noworodkowym, młodzieńczym i dorosłym. Dla porównania - czaszka dorosłego człowieka (poniżej)

Ludzki noworodek istotnie wykazuje wiele cech zarodkowych. Wynikać to może choćby z czasu trwania ciąży. Gatunek nasz cechuje wielki mózg, dlatego kobiety zmuszone są niejako do przedwczesnego porodu zanim narząd ten osiągnie swe ostateczne rozmiary. Pod koniec ciąży, ludzki mózg rozwija się w niebywałym tempie, wzrastając co minutę o około 20 tysięcy neuronów. Co jednak ciekawsze, wzrost ten trwa nadal po rozwiązaniu - mózg podwaja swą objętość w ciągu pierwszego roku życia, by pod koniec trzeciego osiągnąć cztery piąte swego ostatecznego rozmiaru. W porównaniu z nim inne narządy są przez długi okres względnie "niedorozwinięte" i potrzeba bez mała aż dwudziestu lat, by cały nasz organizm osiągnął dorosłe proporcje. W czasie porodu rozmiar głowy jest poważnym problemem i, mimo że mózgowi noworodka daleko do dorosłości (aby osiągnął stadium rozwoju mózgu małpich noworodków, ciąża musiałaby trwać około 20 miesięcy!), poród u ludzi trwa przeciętnie od czterech do ośmiu razy dłużej niż u innych naczelnych. Dostarczenie na świat takiego "niedokończonego produktu" w istocie czyni kolebkę - jak to określił Montagu - łonem z widokiem na świat.

Skoro człowiek rodzi się "niedokończony", oczekiwać można, że proces jego dalszego rozwoju może być świadomie sterowany. Wiara w tę ludzką plastyczność rozwojową była szczególnie silna wśród behawiorystów i twórca tej szkoły, John B. Watson, wyraził się kiedyś, że gdyby mu dać tuzin przypadkowo wybranych, zdrowych dzieci to może zagwarantować, że każde z nich wychowa na kogo będzie chciał - lekarza, prawnika, artystę, bądź też złodzieja lub żebraka - niezależnie od jego talentów, skłonności, tendencji, uzdolnień, powołania oraz rasy jego przodków. No cóż... Chciałoby się zapytać, czy pan Watson miał dzieci.

W rzeczywistości, ludzka plastyczność i możliwy sukces wychowania i edukacji wydają się jednak mieć swoje granice. Pewna (dość spora) doza niepewności co do ostatecznego wyniku całego procesu spowodowana może być następującą dialektyczną sprzecznością - jako dzieci łatwiej się uczymy, ale też jesteśmy mniej odpowiedzialni, jako dorośli zaś mamy może więcej determinacji i uporu, ale "trudno już starego psa uczyć nowych sztuczek".

Dziecięca chłonność umysłu, zdolność do łatwej adaptacji, a także zwykła ciekawość są cechami neotenicznymi. Wykazują je też, w mniejszym lub większym stopniu, inne młode zwierzęta, ale u ludzi mogą one zostać zachowane na całe życie. Kuszące jest więc zastosowanie koncepcji neotenii do wyjaśnienia najbardziej podstawowych cech ludzkiej natury, dwóch antropologów - Ashley Montagu i Weston La Barre - podjęło niezależnie od siebie taką próbę. Choć obaj uważają neotenię za ewolucyjny mechanizm w wielkiej mierze determinujący proces kształtowania naszych jednostkowych charakterów i całej naszej kultury, bardziej interesujące niż podobieństwa ich wizji wydają mi się zasadnicze różnice ich stanowisk.

Montagu głosi, że dzieci nie są po prostu niedoskonałą imitacją dorosłych; [i że] nie zamknięte w ostatecznej formie są uosobieniem możliwości, procesu i spełnienia, świat dzieciństwa jest bowiem krainą, w której cudowne jest rzeczywistością, a życie wypełnione jest głębokim, autentycznym sensem. La Barre, przeciwnie, patrząc na dzieciństwo widzi jego mroczną stronę - niezaradną zależność od innych, skłonność do błędnych sądów i irracjonalizmu. Obaj przywiązują wielką wagę do koncepcji "neotenii behawioralnej" i podobnie ją definiują. Nie jest ona, jak u aksolotla, po prostu zahamowaniem rozwoju osobniczego w "niedojrzałej" fazie rozwoju, lecz ewolucyjną transakcją, w której genetyczne (instynktowne) utrwalenie schematów zachowań "przehandlowane" zostało na edukowalność i behawioralną plastyczność. Rodzimy się mniej gotowi do życia, ale za to poprzez wychowanie i wykształcenie możemy je, w ostatecznym rachunku, znacznie wzbogacić.

Przewlekły okres naszej dziecięcej niesamodzielności połączonej ze zdolnością (i koniecznością) uczenia się, jest bezsprzecznie biologiczną cechą człowieka, która w decydującej mierze wpłynęła na kształtowanie naszych społecznych zachowań i instytucji - takich choćby, jak rodzina i szkoła. Wychowanie dzieci jest w końcu naszym najważniejszym życiowym zadaniem. Czy jednak rozumiemy do końca prawdziwy charakter relacji pomiędzy dzieckiem a światem dorosłych? Tak, jak widzi ją Montagu, dziecko przychodzi na świat wyposażone w pewne "podstawowe behawioralne potrzeby" i proces wychowania jest właściwie przez nie kontrolowany, czyli w istocie przez samo dziecko. Wśród tych naturalnych, wrodzonych potrzeb (których zidentyfikował on dwadzieścia siedem) Montagu wylicza potrzebę miłości i przyjaźni, pragnienie wiedzy, ciekawość i zdolność do zachwytu, twórczą wyobraźnię, entuzjazm, potrzebę zabawy i radości. Jego cudowne dzieci obdarzone są w otwarte umysły, poczucie humoru, optymizm, ufność i zdolność do współczucia. Są one naturalnie uczciwe i moralne. Dlaczego my, dorośli, jesteśmy często upośledzeni brakiem tych szlachetnych cech? Dlatego - powiada Montagu - że nasz system wychowania stanowi w istocie jedną z ostatnich istniejących form rytualnego morderstwa, prowadzącego do destrukcji myślącego ludzkiego umysłu.

Mocno powiedziane. Ale czy prawdziwe? Czy rzeczywiście ludzie rodzą się naturalnie dobrzy i większość z nas, dorosłych, to ofiary degeneracji moralnej spowodowanej błędami wychowania? William Golding, niedawno zmarły laureat literackiej Nagrody Nobla i autor Władcy Much zapewne potraktowałby tę tezę ze sceptycyzmem. W jego powieści grupa chłopców, których wojenny wypadek rzucił na bezludną wyspę, spontanicznie tworzy własną społeczność, w której triumfują sadyzm, przesąd i żądza władzy. Montagu odmawia oczywiście Goldingowi jakiegokolwiek naukowego autorytetu. La Barre jest jednak w swej wizji dziecięcej natury bliższy Goldingowi niż Montagu. Twierdzi on, że dziecko nie rodzi się ani złe, ani dobre. Ma ono jednak genetycznie utrwalone predyspozycje do pewnych form zachowań, których charakter możemy zrozumieć tylko jako ewolucyjną adaptację do określonych warunków środowiskowych. A warunki, w jakich dopełniła się biologiczna ewolucja człowieka były brutalne i bezlitosne. By sami nie być zjedzeni, musieliśmy zjadać inne zwierzęta i najwcześniejszy system wierzeń religijnych wykształcił się, jego zdaniem, z magicznych rytuałów polowania i ekspiacji poczucia winy za śmierć innych stworzeń. Dziś, tak jak i w paleolicie, wizja świata widzianego przez dziecko - bezradne i w pełni uzależnione od dorosłych - nie wynika z bezpośredniego doświadczenia, ale jest przejęta od rodziców - w oczach dziecka istot wszechmogących i obdarzonych magiczną siłą. Jeśli jako dorośli przejawiamy skłonności do przesądów, mistycyzmu, jak również do posłuszeństwa wobec silniejszych i masowego irracjonalizmu, to są to wszystko neoteniczne cechy, relikty naszego dzieciństwa.

Idea ludzkiej neotenii, czyli koncepcja, że gatunek ludzki jest zwierzęciem z rzędu naczelnych, które w toku ewolucji wybrało strategię przystosowawczą, polegającą na radykalnym przedłużeniu okresu dzieciństwa i na utrwaleniu wielu dziecięcych cech u "dojrzałych" osobników, nie jest, być może, teorią naukową a tylko "naukową metaforą". Jest to interesująca metafora i, jak wszystkie idee, ma praktyczne konsekwencje. Wypływające z niej teorie pedagogiczne i metody wychowawcze będą zupełnie odmienne i zależnie od tego, czy zgodzimy się z wizją Ashleya Montagu czy z bardziej pesymistyczną perspektywą Westona La Barre. Która z nich jest prawdziwa? Może obie? Tak jak Yin i Yang w chińskiej filozofii, czy zasada komplementarności w fizyce kwantowej, tak i ludzka neotenia może mieć dwa uzupełniające się oblicza. Zagadka ludzkiej natury może być ukryta w duszy dziecka, a zdolność do czynienia dobra i sprawiania zła, do czynów szlachetnych, jak i godnych moralnego potępienia, mogą być komplementarnymi właściwościami tej duszy.

Dr KRZYSZTOF SZYMBORSKI wykłada w Skidmore College w Saratoga Springs, w stanie Nowy Jork.

O podobnych zagadnieniach przeczytasz w artykule:
W poszukiwaniu genu agresji