Twoja wyszukiwarka

X.RUT
PIĘTA ACHILLESA
Wiedza i Życie nr 7/1996
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 7/1996

Nereida Tetyda, trzymając niemowlę za piętę, zanurzyła je w wodach Styksu. Odtąd, całe ciało jej syna, Achillesa, było niewrażliwe na ciosy, pchnięcia i strzały. Całe - z wyjątkiem pięty. Strzała Parysa (zatruta?), która położyła kres życiu młodego zawadiaki pod murami Troi, musiała go ugodzić właśnie w piętę. A przecież Achilles, ruszając do boju, wdziewał wspaniały pancerz, dźwigał sławetną tarczę. I to nie tylko dla ozdoby, bo gdy, dąsając się na Agamemnona, odmówił udziału w bojach, Patroklos w pożyczonej odeń zbroi długo bezkarnie gromił Trojan. A kiedy Hektor zdarł ją ze zwłok powalonego w końcu Patroklosa, Tetyda zaraz przyniosła synowi jeszcze piękniejszą zbroję i nową tarczę, błyszczącą jak Księżyc.

Homer pięknie opisuje zbroje i tarcze Achillesa. Nic jednak nie zmieni faktu, że dla właściciela były one całkowicie bezużyteczne i kto jak kto, ale świetnie zorientowana we wszelkich olimpijskich niuansach intrygantka Tetyda musiała sobie z tego doskonale zdawać sprawę. Chyba że pięta i zbroje Achillesa należą do różnych mitów i w Iliadzie tylko przypadkiem znalazły się razem.

W życiu też tak bywa, że los łączy różne mity w jedną całość, która od razu staje się absurdalna, nawet jeśli jej składowe - każda oddzielnie - wcale nie są głupie. Przykładem może być to, co się w Polsce dzieje wkoło Internetu, a co wylało się na łamy prasy codziennej i nawet do Sejmu dotarło jako spór o taryfy. Piszę ten felieton, zanim ów spór znalazł ostateczne rozwiązanie, nie bardzo się jednak o to martwię, gdyż bez usunięcia przyczyn każde "ostateczne" rozwiązanie będzie nader krótkotrwałe.

Tak się złożyło, że główne dramatis personae, jawni i mniej jawni uczestnicy wielkiego polskiego skandalu internetowego, mają nie tylko bardzo różne współczynniki B (por. mój felieton w "WiŻ" nr 2/1995), ale i bardzo odmienne cele. Gra toczy się nie tylko znaczonymi kartami, lecz także, choć na jednym stole, jedni grają w brydża, drudzy w pokera, trzeci próbują grać w madżonga, a wszyscy co pewien czas grają z publicznością w durnia.

Gdy przed trzydziestu laty powstawały pierwsze sieci komputerowe, ich tworzenie było problemem badawczym, wymagało pewnych kwalifikacji naukowych i mnóstwa inżynierskiej smykałki. (Ta ostatnia zresztą przeważyła, jej to zawdzięczamy uroczy chaos nałożenia wielu znakomitych pomysłów jeden na drugi "jak leci", tylko dlatego, że się dało!) Kiedy w nowych warunkach politycznych stało się możliwe założenie w Polsce poważnej sieci łączności wolnej od stałej, troskliwej opieki służb specjalnych, jej organizację powierzono uczonym, głównie dlatego, że w ich środowisku najwięcej było osób obeznanych z użytkowaniem sieci komputerowych i rozsmakowanych w ich (niektórych) usługach. Wielu bowiem polskich naukowców w licznych peregrynacjach do uczelni Zachodu zetknęło się z sieciami i nauczyło z nich korzystać. Z tego środowiska podniosły się liczne i natarczywe wołania o sieć i - o dziwo! - okazały się skuteczne.

Ale na obecnym etapie rozwoju sieci komputerowych poglądy akademickich użytkowników mają się do istoty sprawy tak mniej więcej, jak poglądy teologów miały się do istoty druku w XV wieku, choć przecież Gutenberg zaczął od druku Biblii. Zacnych akademików nadal głównie interesuje przyswajalna treść tego, do czego za pomocą sieci można dotrzeć i co z ich własnych prac można przez sieć udostępnić innym uczonym. W gigabajtach na miesiąc nie jest tego wiele, ponieważ ograniczeniem jest chłonność intelektu uczonego, bardzo wysubtelnionego długimi studiami i ograniczonego aktualną tematyką uprawianych badań. Nawet po zsumowaniu zapotrzebowania kilku dziesiątków takich wąskopasmowych konsumentów nie powstanie szeroki potok informacji. Z drugiej zaś strony, uczony - dlatego właśnie że jest uczonym, im lepszym, tym bardziej to ewidentne - nie uznaje McLuhanowskiego medium is the message, popularnego w dobie popkultury utożsamienia treści z komunikatem, nie rozumie, że masowy klient sieci pobiera i nadaje megabajty tylko dlatego, żeby je pobierać i nadawać.

Akademickie podejście do tego, po co jest sieć, ma wszystkie zalety racjonalności z wyjątkiem jednej: jest całkowicie sprzeczne z realiami świata, w którym żyjemy. Świata, w którym sprzęty gospodarstwa domowego, aparaturę telewizyjno-fonograficzną i samochody wyposaża się w dziesiątki gadżetów, którymi nikt nie posługuje się inaczej, jak tylko po to, żeby zobaczyć, jak one działają, a potem móc opowiadać: "a mój X może igrekować na siedem sposobów". Świata, w którym wielkim powodzeniem cieszą się kolorowe czasopisma pozbawione treści i filmy składające się wyłącznie z efektów specjalnych. Wolno, czy może nawet trzeba, aby uczeni zachowali tak olimpijską postawę. Nie ma jednak większego sensu udawanie, że to ona wyznacza światową tendencję rozwoju sieci.

Sieci komputerowe stają się dominującym konsumentem potencjału sieci łączności. Ba, w wielu miejscach na świecie wszystkie nowe inwestycje telekomunikacyjne są projektowane z myślą o sieciach komputerowych, bo zapotrzebowanie innych rodzajów konsumentów jest już całkowicie zaspokojone i to z taką nawiązką, że na przyszłe dziesięciolecia wystarczy. Jedyna droga ekspansji dla koncernów telekomunikacyjnych to teleinformatyka, jedyna obawa - że instalowany potencjał okaże się za duży, że zabraknie megabajtów, aby zapełnić łącza. Nie trzeba być geniuszem, żeby zobaczyć, jak interesy koncernów łącznościowych idą w parze z popularnym wzorcem korzystania z sieci komputerowej. Na rynku obfitości potencjału telekomunikacji działa silna konkurencja dostawców połączeń. Można zapewne też powiedzieć, że to konkurencja rodzi tę obfitość. Na takim rynku dla dostawcy liczy się to, by klient kupił czy wydzierżawił kanał, trasę, łącze. Co i ile będzie tym transmitował, nie ma znaczenia, jako że mamy do czynienia z obfitością, a nawet sporym zapasem potencjału łączności.

Polski rynek telekomunikacyjny bardzo odbiega od takiego obrazu. Zainstalowany potencjał łączności nie wystarcza jeszcze (i co najmniej przez najbliższe dziesięciolecie nie będzie wystarczał) na zaspokojenie najbardziej elementarnych potrzeb, na zapewnienie usług opłacanych od sztuki. Nawet przy braku monopolu dyktowałoby to politykę branży odmienną od dominującej w krajach obfitości telekomunikacyjnej.

W sytuacji panującego monopolu i wobec kuszącej perspektywy przekształcenia publicznych inwestycji w prywatną własność zupełnie konkretnych osób (najlegalniej, przez akcje pracownicze oraz przywileje zakupowe zarządów) strategia taryfowa telekomunikacji jest oczywista: jak najszybsza i jak największa akumulacja, czyli jak najwyższe opłaty jednostkowe dla użytkowników końcowych, zmuszanych w ten sposób do finansowania inwestycji, do których nie nabywają żadnych praw, a które potem zostaną równo podzielone między akcjonariuszy, choć nie wszyscy nabywcy kupią je po tej samej cenie.

Zbieżność ideologii taryfowej uczonych zarządców polskiego Internetu i wyrachowanych beneficjentów monopolu telekomunikacyjnego ma zapewne odmienne podłoża; niestety, skutek ten sam! Całości obrazu dopełnia brak rodzimych komercyjnych dostawców informacji masowej w sieci. Nieobecni nie mają głosu. Zastępujący ich głos konsumentów masowej informacji brzmi cicho i zbyt łatwo daje się zlekceważyć. Wystarczy pomówić ich o to, że za małe pieniądze chcą oglądać pornograficzne obrazki. Wtedy do głosu wojowników o taryfę opartą na zliczaniu bitów dołączy głos cenzorów moralności publicznej, tym łacniej, że technika liczenia bitów i technika podglądania indywidualnych transmisji niczym istotnym się nie różnią, jedno przy drugim samo wychodzi.

Prędzej czy później monopol telekomunikacyjny będzie rozbity i nad Wisłą. Prędzej czy później zarząd sieci komputerowych przejdzie w ręce biznesmenów. Wtedy i tu, zamiast dawkowania przywileju transmisji bitów, pojawi się presja na to, by użytkownicy zechcieli wykupić jak najwięcej potencjału korzystania, bo to jedynie można na dłuższą metę sprzedawać. Myślę, że nie zabraknie chętnych nabywców; w końcu nie robi się dla Polski jakichś specjalnie uproszczonych magnetowidów, te same bajery idą tak samo dobrze w Końskiem, jak w Peterborough. Natomiast może zabraknąć polskich dostawców masy informacyjnej, bo w okresie, kiedy dla zmniejszenia kosztu powstania tej branży potrzebne jest praktycznie bezpłatne emitowanie i konsumowanie megabajtów, przedziwny sojusz akademii z lichwą zamyka ten kierunek rozwoju.

A teleinformatycznym Tartuffom pozostanie ta tylko pociecha, że cała sieczka informacyjna, która będzie w sieci dostępna i będzie masowo oraz z lubością w Polszcze konsumowana, pochodzić będzie z importu. Kąpiel w Styksie i noszenie zbroi to naprawdę przesada, tym bardziej że zawsze zostaje jakaś pięta!