Twoja wyszukiwarka

STEFAN BRATKOWSKI
STARSZA PANI Z ULICY IGŁY-Z-NITKĄ
Wiedza i Życie nr 8/1996
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 8/1996

Nie ma dla mnie ciekawszego okresuw dziejach Anglii. W tym czasie jej burzliwedzieje były dziejami świata.W ciągu ćwierćwiecza bowiem od chwili,gdy w 1821 roku przywrócono wymienialność brytyjskiego funta szterlinga na złoto,do roku 1846, kiedy zniesiono cła zbożowe, Anglicy wywalczyli naszą współczesność.

Tak, wtedy właśnie. I nie chodzi tu o wiekopomne wynalazki tamtej epoki, które całkowicie przeorały cywilizację ludzką. Chodzi o idee.

W latach trzydziestych XIX w. na terenie całego Imperium Brytyjskiego ostatecznie zniesiono niewolnictwo (w Stanach Zjednoczonych 30 lat później spór o to wywoła secesję stanów południowych i krwawą wojnę domową). Lud angielski wkroczył na arenę polityczną ze swą słynną People's Chart - żądając równych praw wyborczych dla wszystkich bez względu na zamożność i pochodzenie; domagał się praw, których nie miała jeszcze nawet brytyjska klasa średnia. Wtedy również prasa angielska stała się potęgą i wtedy po raz pierwszy nazwano dziennikarza, redaktora naczelnego "Timesa", Thomasa Barnesa, "najbardziej wpływowym człowiekiem Anglii" (choć z pewnością dzielny William Cobbet, wydawca tanich gazet ludowych, miał znacznie szerszą odeń publiczność i to on przeszedł do historii).

Nędzę robotników uznano wówczas za główną "kwestię socjalną" Anglii i od tego terminu, a nie od "socjalizacji", "uspołecznienia", zaczął się ruch "socjalistów" w obronie ludu. Warstwy wyższe, odwołując się do nauk utylitaryzmu i do praw przyrody rządzących życiem społecznym, głosiły, że nędza jest sprawą samych biedaków; pewien lekarz fabryczny wręcz oświadczył Izbie Lordów, że nie widzi jakiejś specjalnej szkodliwości w kilkunastogodzinnej pracy młodocianych! Jednakże to właśnie przedstawiciele warstw wyższych przeprowadzili w parlamencie szereg ustaw na korzyść robotników. A zwolennicy wolnego handlu wspólnie z warstwami niższymi stanęli do walki przeciw cłom zbożowym, chroniącym interesy wielkich właścicieli ziemskich. Richard Cobden, zwany "apostołem wolnego handlu", przemysłowiec i ekonomista - przywódca "szkoły manchesterskiej", znakomity mówca, zainicjował jeden z najpotężniejszych ruchów, jakie zna historia gospodarki - Ligę Przeciw Prawom Zbożowym. Pionierzy spółdzielczości spożywców zaś, prości tkacze z Rochdale, powoływali się na hasło rzucone przez... konserwatystę, Roberta Peela, który im radził wziąć swoje sprawy w swoje ręce.

Tenże Robert Peel będzie głównym bohaterem naszej opowieści: to on przeprowadził reformy, które "starszą panią z ulicy Igły-z-Nitką", old lady of Threadneedle Street, czyli - Bank Anglii, uczyniły w roku 1844 wzorowym bankiem centralnym.

Robert Peel przewodził partii, zwanej "torysami" - partii reprezentującej przede wszystkim właścicieli ziemskich i anglikański kler, partii raczej zachowawczej (partia jej przeciwników, "wigów", grupowała warstwy średnie, przywódców rekrutując dla siebie jednak z kręgów arystokracji). Jego samego uważano za plebejusza, choć Peel-ojciec, przedsiębiorca włókienniczy z Lancashire, należał do grona siedmiu najbogatszych ludzi Anglii. Stary Peel, jak ongiś ojciec Williama Pitta Młodszego, szykował syna do roli męża stanu od dziecka; pięcioletni Robert wygłaszał mowy ze stołu w jadalni ich domu. Robert Peel miał zaledwie lat 21, kiedy w 1809 roku zasiadł jako poseł w Izbie Gmin. Miał lat 23, kiedy po raz pierwszy został ministrem. Zapisał się w historii Anglii - najpierw - zniesieniem okrutnych kar (w tym kary śmierci), grożących sprawcom wielu mało przestępczych przestępstw, w tym zwłaszcza - dzieciom. Brakowało mu dworskiego obycia i zręczności, ale umiał skutecznie pośredniczyć w sporach między konserwatywnym a postępowym skrzydłem swej partii.

Lubił mieć rację, Izba go nie lubiła, własna partia też. Nie lubiła go królowa Wiktoria, bo w roku 1841 zastąpił na stanowisku premiera jej ulubionego polityka i zaufanego doradcę, lorda Melbourne'a; jako zwolenniczka "wigów" już wcześniej robiła wszystko, co można, aby Robertowi Peelowi utrudnić objęcie władzy. Ale ceniono go jako człowieka dobrej wiary, rozległej wiedzy i wielkich zdolności. Zdobył ogólne uznanie jako administrator i - znawca finansów.

Peel - znawca finansów już wcześniej wszedł do historii: to on w roku 1819 zaproponował przywrócenie banknotom Banku Anglii wymienialności na złoto. W 25 lat później jako premier rządu Jej Królewskiej Mości, królowej Wiktorii, uporządkował działalność Banku Anglii i zasady emisji banknotów. Na całą epokę.

Tę wielką przygodę dzisiejsze prace omawiają często w sposób wprost bałamutny. Stąd po rzetelne dane i szczegóły lepiej jest sięgać do współczesnych Peelowi (jednym z cennych moich źródeł były francuskie szkice i rozprawy... paryskiego Polaka, Ludwika Wołowskiego, cenionego w XIX wieku ekonomisty od spraw kredytu i pieniądza; spotkamy go tu jeszcze jako pioniera transferu pewnej wielkiej polskiej innowacji kredytowej na rynek zachodniej Europy).

Pierwszym pytaniem reformy stało się pytanie, kto ma emitować banknoty? Banknoty bowiem do tej pory, jak pamiętamy, emitował każdy bank - "banknot" to przecież po prostu nota bankowa...

Musimy wrócić do kryzysu roku 1825. Nie wywołała go chorobliwa ponoć w ówczesnej Anglii skłonność giełdziarzy do bearing'u, gry na zniżkę. Ci bears, niedźwiedzie, wyprzedawali nagle akcje, jak Natan Rotszyld po Waterloo, po byle cenie, wywołując tym samym ucieczkę od akcji; ucieczka przeradzała się w panikę, a run na kasy domów handlowych i banków kończył się czasem masowymi bankructwami. Co do mnie, podejrzewam jednak, że reagowali zgoła racjonalnie.

Angielscy entuzjaści wolności walczyli wówczas u boku wyzwoliciela Ameryki Południowej, Bolivara. Z dnia na dzień rodziły się tam nowe niepodległe państwa, każde niemal z fantastycznymi bogactwami w swych kopalniach złota i srebra. Angielskie banki z entuzjazmem świeżej chciwości pospieszyły ze swoimi kredytami, płynął do Ameryki strumień pieniądza kruszcowego i banknoty. Ale banki angielskie były w przygniatającej większości małymi bankami; prawo zakazywało przecież utworzenia banku więcej niżeli sześciu udziałowcom. Rychło wyszło, że młode państwa nie umieją gospodarować, zaś eksploatacja kopalń wymaga znacznie większych nakładów; tak przyszedł krach. Niewypłacalnymi okazało się kilkadziesiąt banków, a ich upadek uderzył przede wszystkim w drobnych ciułaczy, bo to w ich rękach znajdowały się banknoty niskich nominałów (dlatego zabroniono potem emisji banknotów wartości niższej od 5 funtów).

Bank Anglii ratował wtedy swoimi pieniędzmi firmy, których ostatecznej wypłacalności był pewny. Załagodził krach. W 1826 roku parlament, chcąc umożliwić koncentrację kapitału, zezwolił specjalną ustawą na tworzenie banków jako spółek akcyjnych (joint stock companies), upoważnionych do emisji swoich banknotów - z tym, że poza obrębem promienia 65 mil od Londynu, a więc banków prowincjonalnych, country banks.

Nie rozwiązało to problemu nadmiaru banknotów w obiegu. Mimo założenia dwunastu filii Banku Anglii nowe spółki akcyjne mnożyły się dziesiątkami, z końcem lat trzydziestych było ich w sumie 140! Nowo powstałe banki tylko w latach 1834-36 zgromadziły 135 mln funtów szterlingów, głównie znowu od ciułaczy, z tego prawie 70 mln z myślą o budowie nowych linii kolejowych. Nowe pola ekspansji kusiły, toteż ryzykowano, emitując banknoty bez pełnego pokrycia - z tymi samymi następstwami. Jedno ostre przesilenie, w 1837 roku, zmiotło sporo banków; dwa lata później znów doszło do katastrofy, na nieco mniejszą skalę. Padło w sumie znów kilkadziesiąt banków. I naprawdę nie z winy giełdziarzy. Oni tylko czuli pismo nosem.

Musimy, dla jasności obrazu, przyjrzeć się tym bankom. Bo nie wszystkie one odpowiadały za te wstrząsy. A już na pewno nie banki depozytowe, czyli, jak je podówczas w Polsce nazywano, "składowe". Na Wyspach Brytyjskich funkcjonowały one od ponad stu lat, wypuszczały swoje "bilety" (w nomenklaturze francuskiej, a więc i naszej), czyli banknoty, bank-notes, do wysokości posiadanych depozytów. Pod koniec stulecia zwano je w Polsce "przekazowymi", ponieważ to one prowadziły dla swych klientów tzw. rachunki bieżące (od angielskiego current account), regulując ich zobowiązania i przyjmując przekazy na ich korzyść. Niektóre spośród banków angielskich w połowie XIX w. oprocentowywały sumy bilansowe z takich rachunków, czyli to co zostawało w gestii banku po uregulowaniu zobowiązań klienta - ale nie wysoko, na jeden lub dwa procent. W zasadzie jednak rachunek bieżący nie przynosił klientowi żadnych dodatkowych korzyści poza uproszczeniem płatności; klient dostawał albo książeczkę kasową (pass-book), albo książeczkę czekową, i tylko tyle.

Banki "obiegowe", jak je ładnie wtedy po polsku nazywano, były bankami - w późniejszej nomenklaturze - "emisyjnymi". One też powinny były mieć jakiś zapas brzęczącej monety lub kruszcu, by oprzeć na nim rękojmię dla swych banknotów; gromadziły też dyskontowane przez siebie weksle i inne papiery wartościowe, które dałoby się szybko w razie potrzeby upłynnić. Jednakże nieprzerwany ruch w interesach angielskich, ciągle nowe pola ekspansji, rewolucja przemysłowa, nowe techniki, nowe, głodne pieniądza kraje do inwestowania, wszystko to mogło przyprawić o zawrót głowy najskromniejszego bankiera. Podczas gdy Anglicy owego czasu wręcz kochali się w ryzyku...

Problem emisji banknotów nabrał wręcz ideologicznego znaczenia. Liberałowie, jak nazwano zwolenników wolności handlu, podzielili się. Jedni głosili "wolność bankową", kontynuując idee "bankowej szkoły" pieniądza; uważali, że każdy bank powinien dysponować prawem emitowania banknotów i ponosić za nie odpowiedzialność, o akceptacji zaś ich banknotów powinien decydować rynek rządzący się zasadami konkurencji. Inni wszelako uważali, że o żadnej wolności handlu nie może być mowy, jeśli nie ma solidnego, pewnego pieniądza, jeśli nie wiadomo, na co i w czym można liczyć.

Po stronie tych ostatnich stanął, na szczęście, sam Richard Cobden. Mówił w Parlamencie: Obieg powinien się sam regulować, powinien go regulować handel i wymiana w skali światowej. Nie chciałbym pozostawić Bankowi Anglii, a tym bardziej żadnemu innemu bankowi, prawa do czegoś, co nazywa się administrowanie obiegiem. (...) Jeśli jednak winniśmy mieć pieniądz papierowy, to przyznaję z bólem, że trzeba ograniczyć ten papier do liczby reprezentującej wartość kruszcu. (...) Maksimum emisji pieniądza papierowego powinno być stałe.

Autorzy historycznego "aktu Peela" z 19 czerwca 1844 roku, premier Peel i Loyd, późniejszy lord Overstone, mieli więc ułatwione zadanie. "Szkoła walutowa", currency school, poparła ich; pieniądzem miały być zarówno monety, jak również odpowiadające ich wartości banknoty.

Bankowi Anglii raz na zawsze powierzono wtedy emisję banknotów. Ale ograniczono jego zakres decyzji: mógł wypuścić banknotów bez pokrycia w swoim złocie do wysokości łącznej długu państwowego i bonów skarbowych, czyli do około 14 mln funtów szterlingów, a na wszystko co ponad to, musiał dysponować brzęczącym pokryciem w swych zasobach. Do niego należały jednak decyzje, ile banknotów wprowadzi do obrotu i jaką ustali stopę dyskontową (czyli ile potrąci sobie dyskonta, kupując jakiś weksel). I musiał co tydzień ogłaszać rzetelny biuletyn o stanie swych interesów.

W sumie krążyć miało początkowo około 28 mln funtów szterlingów. Nawet, jeśli zważymy, że suma ta z czasem rosła w proporcji do potrzeb obrotu i rosnących zasobów Banku Anglii, to jednak było to bardzo niewiele w porównaniu z łączną skalą obrotów choćby tylko na terenie samych Wysp Brytyjskich. Krytycy ustawy Peela nazywali ją "Prokrustowym łożem" handlu, sugerując, że te ograniczenia hamowały jego rozwój. Ale już w tamtych latach brytyjski obrót pieniężny używał gotówki tylko w handlu detalicznym i w operacjach z partnerami zagranicznymi; gdyby było inaczej, handel stanąłby niemal z dnia na dzień. Operowano wekslami, czekami i przelewami między bankowymi kontami klientów (obrót żyrowy). Rozliczenia londyńskie załatwiał codziennie Clearing-House, izba kompensacyjna, na sumy wprost niewyobrażalnie wysokie - jak podawał Babbage, w 1839 roku łącznie na miliard funtów szterlingów (potem, w roku 1865, na 5 miliardów, co wiemy już od Wołowskiego).

Sir Robert Peel, konserwatysta, który dał się przekonać liberałom, realizował w praktyce ich politykę. Już w roku 1842 udało mu się obciąć sporo z taryf celnych, a kiedy nieurodzaj ziemniaków na Wyspach Brytyjskich w 1845 roku zagroził głodem Irlandii i biedakom Anglii, rok później Liga Przeciw Cłom Zbożowym zwyciężyła - Peel zaprowadził w Anglii pełną wolność handlu. Odszedł tegoż roku, szanowany i ceniony również przez królową.

W roku 1847 przyszło kolejne poważne przesilenie. Ani to jednak, ani następne nie polegało wcale na kryzysie nadprodukcji i niedostatku środków po stronie nabywców. Od 1830 roku ceny stopniowo spadały, płace realne rosły. John Stuart Mill w swym fundamentalnym dziele Zasady ekonomii politycznej wyliczał zaś rozmaite przyczyny niedoboru pieniądza w Anglii - a to wydatki wojenne, a to odpływ kapitału na zagraniczne inwestycje, a to wielki import żywności w latach nieurodzaju (jak w 1846 i 1847 roku), czy wreszcie konieczność zapłacenia wygórowanych cen za surowce importowane z zagranicy, jak tegoż roku 1847 za bawełnę z Ameryki, którą dotknął jej nieurodzaj.

Rząd, uprawniony do czasowego zawieszenia aktu Peela, sięgnął wówczas do tego narzędzia, by umożliwić Bankowi Anglii akcję ratunkową poprzez emisję dodatkowych banknotów. Co zabawne, panikę uśmierzyła sama decyzja rządowa!

Takie sytuacje powtarzały się i później. Winę przypisywano wprowadzonemu przez Peela podziałowi Banku Anglii na dwa piony, "emisyjny" (issue department) i "bankowy" (banking department) - ten drugi bowiem pion dysponował zasobami, z których nie mógł skorzystać ten pierwszy. Ale nie były to zarzuty zasadne. Koniunkturę "przegrzewał" również rozbuchany ponad miarę obrót bezgotówkowy, Bank Anglii "chłodził" więc koniunkturę, podnosząc stopę dyskontową, czasem, jak w roku 1866, do wysokości aż 10% (czyli od zakupu weksla "zdrowego", z gwarancją wypłacalności wystawcy, potrącał sobie aż 10%).

Wielki Kuliszer, najwybitniejszy historyk gospodarki, pisze, że państwo uczyniło Bank Anglii swoim skarbnikiem; my już wiemy, że Bank Anglii był nim od dawna. I państwo nie przychodziło mu z pomocą, lecz ułatwiało mu co najwyżej pomoc dla załamanego rynku. Gdyby Bank Anglii wymagał pomocy, jego legenda nigdy by się nie utrwaliła. A przede wszystkim - banki depozytowe nie lokowałyby w nim swoich rezerw i nie przekształciłyby go dobrowolnie, niczym nie przymuszane, w swój "bank banków". A to właśnie będzie jednym z głównych atrybutów przyszłej roli banku centralnego - rola funduszu rezerwowego systemu bankowego kraju.

Robert Peel miał lat 65, kiedy latem 1850 roku spadł z konia i doznawszy przy tym ciężkich obrażeń, zmarł w kilka dni później.

Warto przytoczyć notatkę z dziennika młodszego odeń lorda Greville'a, bezcennego źródła ułatwiającego zrozumienie tamtych czasów: Monarchini, obie izby Parlamentu, prasa, a także wszyscy ludzie od najwyżej do najniżej stojących - wyrażają się z najwyższą czcią o jego osobie i podkreślają, jak olbrzymią stratą jest dla narodu jego śmierć. Kiedy przypominamy sobie, że Peel był przedmiotem żywej nienawiści członków jednej partii, a nigdy nie był lubiany przez członków drugiej, że nie odznaczał się ujmującymi cechami, które zapewniłyby mu popularność (...) - zdumiewa nas to gorące i powszechne uczucie, jakim otoczony jest po śmierci.

Greville, który znał Peela, stwierdzi na koniec, przedstawiwszy uprzednio cały tok jego kariery: Uważał się za premiera całego narodu, zaś za główny swój cel - przywrócenie równowagi naruszonej przez błędne doktryny i stronnicze prawodawstwo oraz połączenie interesów wszystkich klas w ramach jednego zwartego systemu, który zapewniałby pomyślność i szczęście wszystkim członkom wspólnoty (tłum. Michał Ronikier). A lord Greville nie był człowiekiem skłonnym do patosu...

Ryc. Julian Bohdanowicz