Twoja wyszukiwarka

MAGDALENA FIKUS
TRANSGENICZNE STRACHY
Wiedza i Życie nr 9/1996
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 9/1996

Eksperymenty inżynierii genetycznej nadal wywołują gorące dyskusje. Czy nauka ta rzeczywiście zagraża ludziom lub środowisku?

Pierwszego dnia Nowego (1996) Roku z "Gazety Wyborczej" powiało grozą, co zapowiadał tytuł artykułu rodem z horroru: Transgeniczne pajęczaki wychodzą na wolność. Tekstowi towarzyszyła zajmująca 1/4 strony fotografia przerażającego stworzenia, którego prawdziwy wymiar mierzy się w dziesiątych częściach milimetra, a odrażające w tym powiększeniu kształty są mu przynależne i nic wspólnego z transgenicznością nie mają.

Jeżeli jednak czymś nas się straszy, to musi w tym być jakiś sens. No, właśnie, czy jest?

Historia tego straszenia zaczęła się w czasie seminarium w Zakładzie Biochemii Uniwersytetu Stanforda, które odbyło się jesienią 1971 roku. Kierownik Zakładu, prof. Paul Berg, opisał doświadczenie, w którym połączono ze sobą dwa zestawy genów: jeden pochodzący od wirusa wywołującego nowotwory zwierząt, drugi - od wirusa zakażającego bakterie. Berg bynajmniej nie lekceważył wagi naukowej swoich pionierskich osiągnięć polegających na opracowaniu metody fizycznego połączenia ze sobą genów pochodzących od różnych żywych stworzeń (z zamiarem wprowadzenia takiej chimery genetycznej do żywych komórek).

Wykonawszy pierwszy etap, pomysłodawcy byli gotowi do podjęcia drugiego. Ogromnie interesowało ich, co z tych zabiegów wyniknie. Jak zachowają się geny wirusa zwierzęcego w bakteriach, a geny wirusa bakteryjnego w komórkach małpy? Czy fakt, iż pochodzą z różnych środowisk (diametralnie różnych organizmów) i dopiero na skutek manipulacji stały się jednością, znajdzie swoje odbicie w ich dalszych losach, czy też objawią jakieś uniwersalne cechy aktywnych genów?

I wtedy, podobno, wstała jedna ze studentek i zapytała, czy wprowadzanie genetycznej chimery to do bakterii, to do małpy jest bezpieczne? Co się stanie, jeżeli genetyczna informacja o nowotworach trafi razem z bakteriami do bardzo wielu różnych zwierząt, w tym i do ludzkiego organizmu? Może informacja ta przenoszona w formie chimery stanie się na przykład bardziej agresywna. Pytań rodziło się tym więcej, że nikt nie umiał przewidzieć w pełni konsekwencji tego pionierskiego doświadczenia. Było ono i podniecające i potencjalnie niebezpieczne.

Gdyby jednak udało się wyhodować komórki niosące chimerową informację genetyczną, można by prowadzić dalsze, coraz ciekawsze eksperymenty, unikatowe w skali światowej. Nic zatem dziwnego, że w laboratorium Berga zaświtała nadzieja na Nagrodę Nobla.

W lipcu 1974 roku jedenastu najwybitniejszych biochemików i genetyków amerykańskich ogłosiło w czasopiśmie "Science" słynny list wzywający do refleksji i samoograniczeń w doświadczeniach z zakresu inżynierii genetycznej, bo tak zaczęto już nazywać tę nową gałąź genetyki molekularnej. Osiem miesięcy później odbyła się w Asilomar pierwsza, ale nie ostatnia, konferencja poświęcona dyskusji nad potencjalnymi korzyściami i zagrożeniami płynącymi z uprawiania inżynierii genetycznej. Podczas konferencji, obok lekko zdziwionych własną inicjatywą biologów, obecni byli prawnicy, socjologowie, filozofowie. Stan badań dopuszczał nadal jedynie "gdybanie", ale o podnoszonych w czasie konferencji problemach zaczęli pisać dziennikarze. Zaraz potem, a może nawet już w Asilomar, pojawił się Jeremy Ryfkin. O nim trochę później...

Podczas konferencji podjęto uchwałę o konieczności sformułowania przepisów tzw. pracy bezpiecznej. Przepisy te opracowywano w National Institutes of Health USA (NIH) przez kolejne miesiące, a formalnie ogłoszono je w połowie 1976 roku. Po raz pierwszy środowisko naukowe dobrowolnie wyznaczyło sobie dopuszczalne granice prowadzonych badań.

W 1976 roku byłam na trzydniowej, podobnej do asilomarskiej, konferencji w Waszyngtonie. Drugiego dnia w połowie obrad na sali pojawiła się hałaśliwa grupa młodych ludzi, pikieta z transparentami oskarżającymi genetyków o wszystkie możliwe, co bardziej odrażające, dokładnie zaplanowane zbrodnie przeciw ludzkości. Na czele grupy szedł Jeremy Rifkin.

Rifkin jest typowym "produktem" mass mediów. W inżynierii genetycznej znalazł cel do bezpardonowych ataków. Nie ma wątpliwości, że o ile na początku atakował dla samej przyjemności pojawienia się na czołówkach gazet, to dziś czyni to bardziej świadomie. Nazywają go przedstawicielem ruchu ekologów, obrońcą przyrody. Dorobił się także stanowiska: jest szefem Fundacji ds. Trendów Ekologicznych. Oprotestowywał każde nowe doświadczenie amerykańskich genetyków molekularnych, organizował pikiety i marsze protestacyjne. Ostatnio zajął się procedurami patentowania genów. Czy jest folklorem, czy może sumieniem nauki...?

W czasie konferencji w Asilomar naukowcy przewidywali nie tylko zagrożenia, ale i burzliwy rozwój wiedzy podstawowej wiodącej do praktycznych zastosowań osiągnięć inżynierii genetycznej. Te jej pozytywne strony częściej popularyzują sami naukowcy, pozostawiając straszenie dziennikarzom. I ci straszą transgenicznymi pajęczakami.

A przecież problem bezpieczeństwa pracy z organizmami niosącymi nowe geny zasługuje również na uwagę uczonych. Od 1976 roku na świecie wykonano miliony doświadczeń z zakresu inżynierii genetycznej, również w krajach, w których nie tylko nie obowiązują przepisy NIH, ale w ogóle żadne zasady formalne. Nigdzie nie zarejestrowano żadnego wypadku, który mógłby zagrozić ludziom lub środowisku.

Zdolność środowisk naukowych do samoograniczania zaoowocowała zaufaniem, które okazały im odpowiednie agencje rządowe finansujące naukę, głównie w Stanach Zjednoczonych. Przepisy pracy bezpiecznej w dzisiejszych laboratoriach sprowadzono zatem do stosowania tzw. "właściwych praktyk mikrobiologicznych", bez których doświadczeń tych w ogóle nie można by prowadzić.

Jednak wraz z dalszymi ulepszeniami istniejących metod, nieuchronnymi propozycjami nowych podejść, pojawiły się też i nowe obawy. Czas zdefiniować transgeniczność.

Transgenicznym jest każdy organizm, który dzięki metodom laboratoryjnym wzbogacił się trwale i dziedzicznie o nowy(e) gen(y). W tym sensie transgeniczne były te wszystkie bakterie, którym wszczepiano geny od 1973 roku. Nie one jednak budzą obecnie najwięcej emocji, ale organizmy wielokomórkowe, wielonarządowe, wysoko zorganizowane, które też można uczynić transgenicznymi (Porównaj: Mysz z laboratorium, "WiŻ" nr 10/1995). Transgeniczne zwierzęta i rośliny robi się dziś z myślą o wprowadzeniu ich do hodowli, produkcji, upraw, a więc - do środowiska. Może się zdarzyć, że szybko się tam zadomowią i rozmnożą. Mikroskopijne transgeniczne pajęczaki "rozpełzną" się w trawie, dywanach, poszyciu leśnym. Czy świat z nimi będzie bezpieczny? Czy będzie taki sam, jak przed epoką inżynierów genów?

Jeremy Ryfkin zaczynał od ostrzeżeń przed monstrami, które pojawią się na ulicach Bostonu. Dziesięć lat temu wyruszył na małe, doświadczalne pólka truskawek, niszcząc młode sadzonki, ponieważ spryskano je transgenicznymi bakteriami obniżającymi ich wrażliwość na przymrozki. W grudniu 1995 roku Jeremy Ryfkin transgeniczne pajęczaki nazwał ekologicznym dynamitem.

Jeżeli wzbogaca się bawełnę o gen kodujący toksynę zabijającą gąsienice, to po to, żeby wprowadzić taką odmianę do upraw. Jeśli dodaje się rzepakowi geny, które powodują zmianę w składzie jego kwasów tłuszczowych to po to, aby odmiana ta wyrosła w polu. Jeżeli dodaje się atlantyckiemu łososiowi geny przyspieszające jego wzrost - to po to, aby w oceanie pływały duże ryby. Jeżeli uzyskuje się krowę, w której mleku wytwarzane są substancje o charakterze leków - to żeby hodować i rozmnażać takie żywe reaktory produkcyjne, doić i wyodrębniać z ich mleka zaprojektowany genetycznie lek. Organizmy transgeniczne muszą trafić do środowiska, ale też muszą być dla tego środowiska bezpieczne.

Tę ostatnią cechę sprawdza się na wiele sposobów, przewidując liczne scenariusze. Jednym z nich było właśnie doświadczenie wykonane na Florydzie z rzeczonymi roztoczami, które zamierza się zaangażować do biologicznej ochrony sadów. Dodano im jedynie zupełnie niewinny gen umożliwiający łatwe odnalezienie ich w środowisku. Wypuszczono je na wolność na Florydzie, w której klimacie i tak długo nie pożyją.

Na razie żaden z katastroficznych scenariuszy związanych z organizmami transgenicznymi uwolnionymi do naturalnego środowiska nie spełnił się, w najskromniejszym nawet wymiarze, choć wykonanie wszystkich doświadczeń świadczących o tym, że "coś" się nie zdarzy, nie jest możliwe. Dowiedzieliśmy się raczej, że organizm transgeniczny jest gorzej przystosowany do życia w środowisku naturalnym - inaczej mówiąc jego szanse przetrwania w nim są niewielkie. Gdyby było odwrotnie, byłby to kolejny dowód naszego niebywałego zarozumialstwa: uwierzylibyśmy, że możemy wymyśleć coś bardziej doskonałego niż Matka Ewolucja. Więcej pokory, proszę Państwa.

Zdjęcia: R. Cleva/GAMMA

O podobnych zagadnieniach przeczytasz w artykułach:
(02/97) TRANSGENICZNA ŻYWNOŚĆ
(04/97) TRANSGENICZNE STRACHY
Burzliwe dzieje podwójnej helisy
Jak żyć z 470 genami?