Twoja wyszukiwarka

STEFAN BRATKOWSKI
ZWYCIĘSKI SPISEK BANKRUTÓW
Wiedza i Życie nr 9/1996
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 9/1996

Opowiemy dziś o wielkiej polskiej przygodzie finansowej XIX wieku, o pewnym cudziegospodarczym, który zrodził się w Królestwie Polskim z projektu określanego przezniechętnych spiskiem bankrutów. Warto mu się przyjrzeć: mechanizm tego cudu opierał się na bardzo wymyślnej kombinacji.

Wiek XVIII, jak pamiętamy, dostarczył naszej cywilizacji wielu fatalnych doświadczeń z pieniądzem papierowym, opartym na wartości ziemi. Bankructwo systemu Johna Lawa załamało we Francji wszelki kredyt. Na długie też lata przeraziło tych zwłaszcza, którzy chcieli zabezpieczać zobowiązania majątkami ziemskimi. A jednak w naszej historii sukces odniesie znowu - papier.

Zaczniemy od pewnej katastrofy, od przysłowiowych sum bajońskich. Bo też nikt dziś nie pamięta, czym były.

Prusacy, objąwszy po trzecim rozbiorze kawał ziem centralnej Polski, udzielali polskiej szlachcie kredytów, ile kto chciał. Zboże z jej majątków nadal szło na Zachód w olbrzymich ilościach, rozrzutna szlachta nie bała się brać kredytów. Prusacy liczyli, że w końcu padnie pod ciężarem długów.

I załamanie przyszło. W 1806 roku wojna Prus z Napoleonem sparaliżowała handel, popyt spadł, ceny również. A procenty - rosły...

Przeliczyli się jednak i Prusacy. Napoleon pokonał także ich. Odebrał im sporą część ziem polskich, utworzył na nich Księstwo Warszawskie. Przesadnie wspaniałomyślny nie był: uznał się za sukcesora Prus i... przejął wierzytelności pruskie wobec szlachty polskiej z terenu Księstwa. Ale na dalsze wojny potrzebował gotówki, nie kwitów. Sprzedał więc Księstwu całą wierzytelność, obliczoną na 43 mln franków, za 20 milionów, tyle że w gotówce. Polacy nie zrobili złego interesu: sami chcieli pomóc Cesarzowi w jego wojnie, a przy okazji wykupili swoje zadłużenie. Kontrakt podpisano w Bajonnie i stąd sumy "bajońskie", rzeczywiście - olbrzymie.

Długi jednak nie znikły. Przeciwnie, po Kongresie Wiedeńskim, rosły w Królestwie Polskim nadal, aż do skali katastrofy - zwłaszcza że wiecznie głodny rynek angielski słynnymi "prawami zbożowymi" zamknął się przed polskim eksportem. W końcu długi sięgały prawie jednej trzeciej wartości polskiej własności ziemskiej! Wtedy wstąpił na arenę - Ksawery Drucki-Lubecki.

Żeby zrozumieć, co zdziałał, musimy cofnąć się o dwa i pół tysiąca lat - do początków hipoteki.

Prawo cywilne dali światu Rzymianie. Wynaleźli w nim prawie wszystko. Prawie, bo jednak nie wszystko. Hipotekę obmyślili, i to wcześniej, Grecy. Hypotheca po grecku znaczyła po prostu "zastaw", ale była zastawem dość szczególnym. "Zastawia się" jakiś przedmiot; w razie niespłacenia długu zostaje on własnością wierzyciela. Grecka hipoteka natomiast - jeśli Grek zastawiał nieruchomość - pozwalała mu ten zastaw trzymać nadal w swoim ręku.

Ateńczyk nie mógł zastawić broni ani łoża; nie mógł - narzędzi pracy, pługa i jarzma; także - kamieni młyńskich. Zastawiał za to ziemię - z prawem używania dla siebie. W Atenach jednakże dłużnik hipoteczny nie miałby nawet jak oszukać wierzyciela, ani cichcem sprzedać gruntu, ani zastawić po raz drugi. Na granicy (horos) danego kawałka ziemi stawiano bowiem słup kamienny albo wprost kamień, zwany potem właśnie - horos, a na nim wykuwano wszystko, co trzeba: imiona dłużnika, wierzyciela, sumę dłużną oraz imię najwyższego na dany rok urzędnika rzeczypospolitej ateńskiej, który sądził sprawy prywatne. Jeśli kto zastawiał swój dom, umieszczano tablicę na ścianie. Nie było żadnych szans na krętactwo. Nigdy notabene w historii hipoteka nie osiągnęła później takiego stopnia jawności, jak wtedy.

Polska stała się drugą ojczyzną hipoteki. Jak? Cóż, nie bardzo wiemy... Przez wieki w kraju niedoludnionym, kraju lasów, ziemię orną osadnik musiał sobie sam zmajstrować. Stanowiła cenną wartość i mierzono ją dokładnie (pierwsze popularne podręczniki matematyczne wydawano w Polsce w XVI wieku właśnie z zakresu geometrii, dla potrzeb miernictwa). Ale o źródłach prawa niewiele to mówi.

Prawo rzymskie hipoteki nie lubiło; samo zresztą w dawnej Polsce przyjąć się nie mogło - kojarzyło się z Cesarstwem Rzymskim Narodu Niemieckiego. Polacy odwoływali się więc do tego, co akceptował Kościół, czyli - wprost do Rzymu, byle ponad i poza cesarstwem.

Kościół, jak pamiętamy, zakazywał lichwy, czyli kredytu oprocentowanego. Ale skromnie żyjący mnisi musieli coś robić z gromadzącymi się w klasztorach pieniędzmi. I po prostu musieli pożyczać. Który z nich wymyślił "renty" wykupne, płatne od posiadanej majętności, nie wiemy. Ale dzięki temu pomysłowi wierzyciel nie pożyczał dłużnikowi pieniędzy na procent, a kupował od niego rentę z jakiejś nieruchomości.

Rentę zaś, wierzytelność na jakimś majątku, można już było sprzedać. Ta chytra kombinacja stała się matką hipoteki. I papierów wartościowych o stałym oprocentowaniu.

Kto zaszczepił ją w Polsce? Myślę, że jakiś świątobliwy, a pomysłowy cysters, pochodzący z Niemiec, znający za to grecką tradycję. Szukałbym go wśród cystersów Śląska, gdzie osiedlali się zakonnicy z Niemiec; najlepszy dowód, że tę rentę wykupną zwano u nas "wyderkafem" albo wprost - "wyderką", od niemieckiego wiederkaufen. Choć Niemcy nie znały ksiąg hipotecznych poza miastami aż po wiek XVIII...

W roku 1659 papież Pius V specjalną bullą, specjalnie dla Polski, dopuścił kupno rent, zabezpieczonych na własności ziemskiej. Wcześniej jednak polska konstytucja, czyli ustawa sejmowa, z 1635 roku uregulowała klasztorną bankowość, tj. zasady renty wykupnej na rzecz duchowieństwa: od tej pory można nią było obciążyć dobra na rzecz Kościoła czy któregoś z zakonów tylko do połowy wartości danych dóbr i płacić rocznie nie więcej niż 7%. Co więcej, dłużnik mógł wypowiedzieć ją wcześniej i wcześniej zatem spłacić.

Formalnie dzieje polskiej hipoteki rozpoczyna konstytucja sejmowa z roku 1588. Ale już nawet ona porządkowała tylko bardzo wiekowe, rozbudowane procedury. Zwała się konstytucją o ważności zapisów. Ustalała, raz na zawsze, że pierwszeństwo przysługuje roszczeniu tego wierzyciela, który ma wcześniejszą, a w sposób właściwy zapisaną hipotekę na jakichś dobrach. Z czego wynika, że od dawien dawna zapisywano te hipoteki!

Tak też właśnie było. Mamy w Polsce dokumenty hipoteki już z XIV wieku. A i wcześniej, od dwóch wieków, każdy właściciel ziemski w Polsce skrupulatnie przechowywał wszelkie papiery dowodzące jego praw własności! Stare zbiory dokumentów pełne są takich aktów, ukazujących - przy okazji - ilu to ludzi w Polsce XII wieku umiało czytać...

Od XIV też wieku akt darowizny, kupna czy zapisu spadkowego nabierał mocy, gdy go wpisano do ksiąg sądowych. Pojawiły się - "księgi wieczyste", czyli księgi z "prawem wieczności".

Nawet wielcy historycy naszego prawa nie zawsze odróżniali precyzyjnie "hipoteki" od "ksiąg wieczystych"... Ale też "księgi wieczyste" zwie się niezbyt prawidłowo "księgami hipotecznymi". Niby zgadza się: w tych księgach notuje się hipoteki i głównie dla potrzeb hipotecznych zaczęto je później systematycznie, a odrębnie prowadzić. Jednakże wpisywano do nich i nadal wpisuje się znacznie więcej informacji, i to informacji znacznie bardziej podstawowych, bo na przykład stwierdzenie własności...

A skąd ta "wieczność"? Umowom o kupno, darowiznę czy zamianę towarzyszyły ongiś uroczyste formuły: dotychczasowy właściciel wyrzekał się swych praw na zawsze, na "wieczność". "Wieczność" przenosiła się na sam wpis, "inskrypcję" sądową. Wpisy były "wieczyste" i księgi, które zawierały te wpisy, wraz z nimi stawały się "wieczyste".

Początkowo "wieczystymi" były jedynie księgi sądowe "ziemskie", dla danej "ziemi" (obszaru naszego województwa). Potem stopniowo zdobyły sobie prawo "wieczności" i księgi "grodzkie", czyli - miejskie. Miały nad ziemskimi istotną praktyczną przewagę: były otwarte dla wpisów nie przez kilka tygodni w roku, lecz codziennie. Tak, że z czasem im tę "wieczność" również przyznano i nie trzeba już było przenosić wpisu z nich do odpowiedniej księgi "ziemskiej".

W Niemczech narzucił swemu państwu księgi hipoteczne Fryderyk Wielki w roku 1783, oparłszy je w dużej mierze na polskich doświadczeniach. Notabene Prusy, a później Austria, zastosowały przymus hipoteczny: wszelkie nieruchomości musiały być "intabulowane" - opisane i wprowadzone do ksiąg wieczystych. A pierwsze instytucje kredytu hipotecznego objęły tylko dobra "tabularne", tj. opisane w księgach wieczystych.

Na ziemiach polskich, z ich tradycją, przymus hipoteki nie był potrzebny. Polskie prawo hipoteczne skodyfikowano zaś w epoce Królestwa Kongresowego.

Polacy tej epoki decydowali i pracowali szybko. Późną jesienią 1817 roku powołano "deputację", na jej czele stanął pewien znakomity prawnik z Komisji Rządowej Sprawiedliwości Królestwa Polskiego, Antoni Wyczechowski. Pracowała błyskawicznie; zbadała nowe przepisy pruskie, zbadała francuskie i doszła do wniosku, że dorobek polski jest mądrzejszy; zbudowała porządek, który przynosi chwałę naszemu prawodawstwu i trwa do dziś. W początku roku 1818 Wyczechowski przedstawił założenia, a już 26 kwietnia sejm Królestwa Polskiego mógł uchwalić "Prawo o ustaleniu własności dóbr nieruchomych, o przywilejach i hipotekach". Skorygowano je nieco w roku 1825 i rozszerzono. I wtedy wkroczył, ratując zadłużonych, Drucki-Lubecki.

Sama idea zrodziła się w Prusach - dla Śląska (tam hipoteka, dzięki wpływom czeskim i polskiej tradycji, rozwinęła się pod władzą Austrii na ziemiach niemieckojęzycznych najwcześniej).

Fryderyk Wielki zabrał Śląsk Austrii. Kolejna jego wojna, Siedmioletnia, wyniszczyła tamtejsze rolnictwo. I brakowało pieniędzy na jego odrodzenie...

Lekarstwo wymyślił w 1767 roku kupiec berliński, Wolfgang Buering: zbiorowe obciążenie takim samym zobowiązaniem wielu właścicieli ziemskich łącznie i wypuszczenie obligacji na ich rachunek.

Baron Johann Heinrich von Carmer, kanclerz Fryderyka, minister sprawiedliwości i wielki reformator prawa, przetworzył ten pomysł na organizację i nową, wzorem obligacji, kategorię papierów wartościowych o stałym oprocentowaniu - "listy zastawne" (Pfandbriefe, stąd pierwotnie zwane u nas "listami fantowymi"). Emitować je miał grupujący szlachtę śląską Landschaft, czyli jak to pięknie później nazwano po polsku - ziemstwo kredytowe. Solidarna odpowiedzialność członków za te papiery miała gwarantować ich pewność.

Osiągnęły one sukces wspaniały; śląska "landszafta" (jak mówiono z niemiecka pod pruskim zaborem) mogła obniżyć ich oprocentowanie z 5% na 4 i 2/3 rocznie. Mimo to szły po kursie o parę procent powyżej nominału!

Ziemstwo konstrukcji Carmera nie było jednak bez wad. List zastawny obciążał nie wszystkich łącznie, a konkretne dobra, z zapisem na ich hipotece. Inni członkowie ziemstwa odpowiadali solidarnie dopiero w razie, gdyby niewypłacalny okazał się właściciel tych dóbr.

Co gorsza, nabywcy listów mieli je prawo w każdej chwili wypowiedzieć, tj. zażądać spłaty. Stąd, kiedy podczas wojen napoleońskich, ogarnięci paniką, masowo je wypowiadali, w 1807 roku niewypłacalne okazało się i ziemstwo śląskie w całości. Musiało prosić rząd pruski o moratorium na wypłatę procentów; płaciło je - dalszymi listami. Kurs listów spadł w owych latach do 60%, a zastępczo emitowane listy zastawne z lat 1813-1814 spłacono dopiero z końcem 1814 roku.

Inne pruskie "landszafty" korzystały z moratorium aż do roku 1831. Dopiero potem, za wzorem Druckiego-Lubeckiego, wyeliminowano możliwość wypowiedzenia listów zastawnych przez ich posiadacza. Słowem, był to rzeczywiście dopiero prototyp instytucji długoterminowego kredytu rolnego.

Dzieło skończone - Towarzystwo Kredytowe Ziemskie - zaprojektował, zorganizował i w 1825 roku uruchomił
mistrz gospodarki Królestwa Polskiego, Ksawery Drucki-Lubecki.

Po pierwsze, uregulował tryb szacowania wartości majątku. Wykluczono szacunki "na oko" przez znajomych taksatorów lub podbijane spekulacyjnymi kombinacjami. Dobra zaś nie przynoszące dochodu w ogóle nie wchodziły w rachubę. Lubecki wprowadził solidarną odpowiedzialność wszystkich członków Towarzystwa za jego "listy zastawne". Napotkał oczywiście zaciekły opór. Ale nie złamał się. Upoważnił dłużników do spłaty długów nie gotówką, a tymiż... listami zastawnymi. Znowu zareagowano dzikimi protestami. Spodziewał się ich i dlatego powołał nieznaną pruskim wzorom instytucję - Komitet Właścicieli Listów Zastawnych. Miał on kontrolować działalność Towarzystwa - pilnował w efekcie wypłacania odsetek i amortyzacji pożyczek. Stał się dodatkową gwarancją bezpieczeństwa emitowanych papierów.

Rady Wojewódzkie Królestwa przed powstaniem Towarzystwa urągały: z czegóż to "asocjacje bankrutów" miałyby tworzyć pieniądze? Kiedy już Towarzystwo powstało, pisano, że Drucki-Lubecki wtrąca Królestwo w przepaść. Zapanowała - czarna rozpacz. Nikt niczego nie rozumiał.

Dwa lata później uznano Towarzystwo Kredytowe Ziemskie za - "arcydzieło". Polska własność ziemska została uratowana. Tak też powstała wzorowa instytucja długoterminowego kredytu hipotecznego w rolnictwie. Oparta na - "papierze".

Organizacje tego typu górowały nad późniejszymi bankami hipotecznymi, opartymi na zasadach spółek akcyjnych. Pracowały po prostu taniej; ich celem nie był zysk, a tani kredyt; wystarczało im pokrycie kosztów własnych.

Banki akcyjne brały prowizje od swych usług i szukały zysku. Szukając zysku, musiały ryzykować. Dopuszczały więc obciążenie majątku długiem do dwóch trzecich jego wartości (a nie do połowy, jak Towarzystwo). Ryzykowały i sposobem lokat. Musiały. Ze swej natury. Stąd i czasem padały: Galicyjski Zakład Kredytowy Włościański, założony w 1868 roku, zbankrutował w 1884 roku, co było katastrofą dla 30 tys. zadłużonych w nim gospodarstw chłopskich...

Po Powstaniu Listopadowym Towarzystwo nie cieszyło się sympatią władz carskich. Dopiero od 1888 roku miało prawo kupować własne listy zastawne na giełdzie warszawskiej i innych giełdach Europy, dzięki czemu wpływać mogło swoim popytem na wzrost kursu listów.

Listy zastawne Towarzystwa na giełdzie warszawskiej nie stały wysoko - Królestwo Polskie nie miało, zwłaszcza po kolejnych kataklizmach historycznych XIX wieku, nadmiaru wolnej gotówki do lokowania. Jednakże nigdy, aż po lata trzydzieste XX wieku, Towarzystwo nie musiało odwoływać się do solidarnej odpowiedzialności członków. Mimo że karmiło sporą własną biurokrację... Potrafiło przetrwać i poważne kłopoty.

Po uwłaszczeniu chłopów w roku 1864 majątki, mocno podniszczone w Powstaniu Styczniowym, zmniejszyły się, a długi pozostały te same. Spłaty się opóźniały, kurs giełdowy listów zastawnych Towarzystwa spadł do dwóch trzecich nominalnej wartości. I wtedy Towarzystwo wypuściło - korzystnie oprocentowane obligacje z terminem płatności do sześciu lat, zabezpieczone oczekiwanymi ratami spłat. Z jakim efektem?

Dłużnicy zdołali stanąć na nogi w ciągu pięciu lat, uregulowali zaległości i wszystkie obligacje umorzono na rok przed terminem!

Dzieło Lubeckiego dało życie, co ciekawe, słynnemu francuskiemu Credit Foncier de France, najpotężniejszemu w Europie XIX wieku bankowi akcyjnemu kredytu hipotecznego. Ideę przeniósł do Francji polski filozof, dla nas - mistyk i mesjanista, dla Francji - ekonomista, August Cieszkowski, swoim dziełem o kredycie i obiegu (napisanym i opublikowanym po francusku).

Po nim, wpływowy w Paryżu polski ekonomista z Wielkiej Emigracji, Ludwik Wołowski, przedstawił francuskiej Akademii Nauk Moralnych i Politycznych memoriał na ten temat. Początkowo uznano projekt za "profesorską utopię"; w owym czasie ciągle jeszcze nic, co urodziło się na wschód od Renu, nie mogło być dobre. Jednakże po dalszych kilku latach Napoleon III 10 grudnia 1852 roku podpisał dekret o powołaniu Credit Foncier, Kredytu Ziemskiego.

Credit Foncier zajął się potem głównie, o paradoksie, kredytem - miejskim. Ale też wzorem ziemstw zaczęły w XIX wieku powstawać "towarzystwa kredytowe miejskie". Takiemu zresztą właśnie towarzystwu zawdzięcza swą rozbudowę Warszawa końca XIX wieku... Co już jest zupełnie inną historią.

Ryc. Julian Bohdanowicz