Twoja wyszukiwarka

WIKTOR OSIATYŃSKI
ODRODZENIE SPOŁECZEŃSTWA OBYWATELSKIEGO
Wiedza i Życie nr 9/1996
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 9/1996

Klęska faszyzmu w 1945 roku stała się bodźcem do poszukiwania takiej wizji demokracji, która pozwoliłaby uniknąć niebezpieczeństw ukrytych w niczym nie ograniczonym rządzie mas lub władzy dyktatorów działających z poręki i w imię mas.

Wzory narzucały się same. W zwycięskiej koalicji antyfaszystowskiej dominującą rolę odegrały dwa główne bastiony demokracji liberalnej - Wielka Brytania i Stany Zjednoczone. Zadanie polegało na stworzeniu podstaw do przeszczepienia anglosaskich instytucji w całej zachodniej części kontynentu europejskiego. Zwłaszcza na pokonanych Niemcach (zachodnich) można było wymusić służące temu celowi rozwiązania.

Najogólniejszym pojęciem, jakie pozwala opisać ten proces, jest pluralizm. Polegał on na rozbiciu scentralizowanych przez Hitlera oraz partię nazistowską niemieckiego państwa i społeczeństwa na wiele współdziałających elementów składowych. Śledząc proces tworzenia "Praw zasadniczych", czyli nowej konstytucji RFN, widać, że Amerykanie na nic nie naciskali równie silnie, jak na przyjęcie federalnej struktury państwa, zgodnej zresztą z wielowiekową tradycją Niemiec. Ta sama konstytucja zakorzeniła instytucje służące społeczeństwu cywilnemu: liczne partie polityczne, związki zawodowe i stowarzyszenia, a nawet - w przepisach przeniesionych z Konstytucji Republiki Weimarskiej - Kościoły, którym państwo miało pośrednio zapewniać finansowe podstawy działania. Dwa wielkie hasła powojennej przebudowy, czyli demonopolizacja i dekartelizacja, służyły podziałowi skoncentrowanej władzy w gospodarce oraz w instytucjach usługowych i handlowych. Jednocześnie w okupowanych sektorach amerykańskim i brytyjskim zaczęto tworzyć różnorodne ciała społeczne, które doradzały administracji okupacyjnej w podejmowaniu decyzji, zwłaszcza dotyczących aprowizacji i pomocy; tam właśnie Niemcy uczyli się prowadzenia debaty i sztuki kompromisu, a nie tylko posłuszeństwa. Rezultatem tych wszystkich działań było zabudowanie przestrzeni między jednostką a państwem. Niemiec stawał się nie tylko członkiem państwa narodowego, ale również uczestnikiem wielu grup, z którymi się identyfikował i które reprezentowały jego interesy. Konstytucja zaś poważnie ograniczyła możliwości państwowej kontroli nad tymi grupami.

Pod wpływem doświadczeń totalitarnych społeczeństw masowych zmianie uległa również sama koncepcja demokracji. Nie mówi ona już niemal nic na temat woli ludu czy dobra ogółu. Dla powojennych myślicieli politycznych demokracja to możliwość wymiany rządzących elit bez przelewu krwi, dzięki głosom wyborców. Istotą tej demokracji jest pozyskiwanie poparcia ludzi, którzy mogą formułować swoje cele, interesy i potrzeby. Artykulacji takiej służą partie polityczne, a także inne ugrupowania społeczeństwa obywatelskiego. To właśnie tam, w społeczeństwie, a nie samych strukturach państwa mają działać partie i stamtąd powinni wywodzić się politycy.

A przy tym demokracja społeczeństwa obywatelskiego stała się zarazem demokracją ograniczoną. Reżim hitlerowski legitymizował bowiem swą władzę poparciem większości Niemców w latach trzydziestych, a swoje nawet najbardziej zbrodnicze działania - zgodnością z prawami uchwalanymi przez parlament. Stąd powojenne odrodzenie teorii prawa natury, prawa wyższego niż stanowione, potrzeba podporządkowania ustawodawcy i ustaw normom wyższym, nienaruszalnym przez jakąkolwiek władzę państwową, w tym także władzę demokratycznie wybranej większości. I znów nie bez wpływu Amerykanów takie ograniczenia miały znajdować się w konstytucjach, przewidujących ochronę praw obywateli i praw mniejszości przed państwem. Po to, by ochrona była skuteczna, konstytucje musiały odejść od pustych deklaracji, musiały tworzyć instytucje, za pomocą których obywatele mogliby dochodzić swoich praw. Tak powstały instytucje sądownictwa konstytucyjnego i skargi konstytucyjnej, które stanowią ostateczny środek obrony społeczeństwa obywatelskiego przed państwem.

U podstaw ruchów młodzieżowych lat sześćdziesiątych istniał sprzeciw wobec zasad społeczeństwa konsumpcyjnego. Na zdjęciu - kontestujący uczestnicy festiwalu w Woodstock w 1968 roku

Ograniczenie demokracji wynikało także ze zmiany sposobu jej rozumienia. Pamiętamy, że w społeczeństwie masowym państwo miało realizować dobro ogółu, przez które każdy zazwyczaj rozumiał swoje własne potrzeby. Takie państwo powinno być wszechmocne, niczym nie ograniczone. Inaczej jest w społeczeństwie, które ma wątpliwość co do samego istnienia dobra powszechnego i raczej widzi wiele sprzecznych interesów różnych grup. Niektóre z tych interesów trzeba w procesie demokratycznej polityki odrzucić, a inne ze sobą pogodzić. W społeczeństwie, w którym nawet większość ma charakter nietrwały, bo jest utkana z wielu małych grup, zawiązujących przelotne koalicje polityczne, każda z tych grup dba przede wszystkim o swoje przetrwanie i autonomię. Toteż dla każdej z nich żywotne znaczenie ma ochrona praw mniejszości nie tylko przed tyranią, ale również przed nieograniczoną wolą większości. Prawa mniejszości są niejako wpisane w strukturę i dążenia zdemonopolizowanego społeczeństwa obywatelskiego, a jego fundamentem staje się konstytucja, gwarantująca prawa człowieka i prawa mniejszości.

Ta ograniczona konstytucją demokracja staje się wspólnym dobrem wszystkich warstw społecznych. Dotychczas klasy wyższe i niższe operowały odmiennym systemem wartości politycznych. Te pierwsze, nawet jeśli posługiwały się pojęciem praw człowieka, to przyznawały je sobie, nie dopuszczając pozostałych do korzystania z nich. Odwoływały się zatem raczej do przywilejów niż praw. Bezsilne warstwy niższe, nie mając środków dochodzenia formalnie należnych im praw, rozumowały z kolei w kategoriach wywalczanych ustępstw albo łask, jakimi państwo mogło je obdarować. Po II wojnie światowej następuje ewolucja postaw po obu stronach: klasy wyższe porzucają pojęcie przywileju, a klasy niższe dostrzegają w prawach obywatelskich potencjalny środek realizacji swych interesów. I chociaż te pierwsze będą kładły większy nacisk na tradycyjne wolności obywatelskie i prawa polityczne, drugie zaś na prawa socjalne, samo pojęcie praw człowieka i praw mniejszości w ograniczonym konstytucją państwie demokratycznym z czasem stanie się podstawą wspólnej filozofii politycznej całego społeczeństwa. Instytucje zaś sprzyjające utrzymaniu takich praw i demokracji - wspólnym dobrem wszystkich obywateli.

Masowe, ale nie monopolistyczne partie, równie masowe, ale zdemonopolizowane związki zawodowe i stowarzyszenia, samorządy lokalne to główne mechanizmy wciągania mas do nowoczesnego - już nie tylko elitarnego - społeczeństwa obywatelskiego. Wszystkie te instytucje nie byłyby jednak skuteczne, gdyby nie możliwości ekonomiczne, pozwalające na awans warstw niższych do tak zwanych średnich klas konsumenckich.

Podobnie jak warunkiem powstania społeczeństwa otwartego jest ruchliwość społeczna, tak warunkiem przetrwania społeczeństwa obywatelskiego jest względna zamożność. Owszem, pewien margines biedy i bezrobocia może istnieć (a zdaniem niektórych ekonomistów jest wręcz niezbędny, by mobilizować resztę do większego wysiłku w tworzeniu dobrobytu), ale nie powinien on przekraczać kilkunastu procent obywateli. Szeroko rozlana bieda i niemożność zaspokojenia materialnych potrzeb mas zawsze grozi ryzykiem zjednoczenia sfrustrowanych wokół symboli narodowych, religijnych, klasowych, słowem reaktywowaniem tego, co Karl Popper nazywał przeżytkami społeczeństwa plemiennego. W zamożnym społeczeństwie ludzie są mniej podatni na symbole i lepiej pilnują swego, nie dadzą więc łatwo namówić się na ryzykowne awantury nacjonalistyczne, rasowe lub rewolucyjne.

W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych w Europie Zachodniej masy zostały wciągnięte do społeczeństwa obywatelskiego nie tylko przez instytucje, ale przede wszystkim dzięki zamożności. Plan Marshalla przeniósł nadwyżkę energetyczną, czyli zasoby do podziału, ze Stanów Zjednoczonych do Europy. Uprzemysłowienie, a później także rozwój usług pozwoliły na wciągnięcie do klas średnich migrującego do miast chłopstwa, najbardziej tradycjonalistycznej i "nieobywatelskiej" warstwy społecznej, w której chyba nigdy i nigdzie nie wykształcił się sposób myślenia kategoriami wspólnego dobra (a więc wykraczającego poza wspólne dobro chłopstwa jako grupy) i cnót obywatelskich. Postęp techniczny i wzrost zamożności pozwoliły na upowszechnienie wykształcenia, już nie tylko podstawowego, ale również średniego, a w latach siedemdziesiątych - na otwarcie bram uczelni dla znacznej części młodzieży. Z kolei kultura masowa, telewizja i rozrywka - przyciągając reklamą i pieniędzmi nawet najbardziej utalentowanych twórców - stanowiły pomost między wartościami elit i mas. Zarazem wciągały one masy w bezpieczniejszy dla społeczeństwa obywatelskiego zbiór imponderabiliów aniżeli silnie naładowane emocjonalnie i dzielące ludzi symbole "plemienne": narodowe, etniczne, religijne czy rasowe.

Największym bodaj sukcesem społeczeństwa obywatelskiego w ostatnich dziesięcioleciach było "ucywilizowanie" tych elementów życia zbiorowego, które Popper określał jako plemienne, upatrując w nich zagrożenie dla społecznej otwartości. Religia i magia, naród i grupa etniczna, więzi plemienne, kolektywne, a czasem nawet rodzinne, wszystko to - z perspektywy czarnej nocy nazizmu i komunizmu - mogło istotnie jawić się jako przeżytki czasów przedracjonalnych, jako wrogie społeczeństwu otwartemu elementy dominacji zbiorowości nad jednostką. Z czasem jednak okazało się, że nie ma człowieka czysto rozumnego, pozbawionego potrzeby więzi emocjonalnej, że opozycje: rozum - wiara, społeczeństwo - naród, więzi obywatelskie - więzi kolektywne są fałszywe. Elementów "plemiennych" nie sposób wyrugować z życia zbiorowego tylko dlatego, że nie odpowiadają one ścisłym kryteriom racjonalności. Co więcej, okazało się, że mogą spełniać pożyteczną rolę zarówno w życiu jednostki, jak i zbiorowości, umożliwiając tym pierwszym zaspokojenie potrzeb identyfikacji, poczucia bezpieczeństwa oraz ładu moralnego, strzegąc jednocześnie wartości moralnych ważnych dla całej zbiorowości. Że bez takich "organicznych", na pozór nie w pełni racjonalnych wartości społeczeństwo nie może dobrze funkcjonować, a jednostka nie może odnaleźć sensu życia. Rzecz w tym, czy te aspekty ludzkiej egzystencji działają zgodnie z zasadami społeczeństwa obywatelskiego, czy też wbrew nim? W ciągu ostatniego ćwierćwiecza w Europie Zachodniej udało się oswoić wiele - niegdyś dzielących aż do bólu i ofiar - aspektów życia zbiorowego. I tak poczucie tożsamości i dumy narodowej znalazło akceptację w idei "Europy ojczyzn", różnice etniczne zaczęły roztapiać się w społeczności europejskiej strzegącej praw mniejszości, a religie i Kościoły znalazły bezpieczne miejsce w pluralistycznych światopoglądowo społeczeństwach, realizujących zasadę rozdziału Kościołów od państwa.

Tkanką nowo powstającego społeczeństwa latem 1980 roku w Polsce była zasada solidarności, ta zaś stała się rdzeniem wspólnego dobra wszystkich obywateli

Słowem, nowoczesne społeczeństwo obywatelskie zdołało zneutralizować niegdyś niebezpieczne elementy "plemiennej" tradycji człowieka. Jednocześnie, dzięki rozwojowi masowych partii politycznych, stowarzyszeń, związków zawodowych, różnorodnych instytucji kulturalnych, oświatowych, a także sportowych obywatel (a teraz miano to odnosi się do członków wszystkich warstw społecznych) zaczął mieć coraz więcej społecznych punktów odniesienia, nabierał poczucia tożsamości i wspólnoty nie tylko z państwem, ale również z instytucjami niezależnymi. W ten sposób społeczeństwo obywatelskie stało się środkiem prowadzącym do urzeczywistnienia ideału społeczeństwa otwartego. Poziome więzi między ludźmi i instytucjami wypełniły pustkę, w której nie mogły zakorzenić się konstytucyjne i prawne instytucje społeczeństwa otwartego. Niezależna od państwa, spleciona z różnych nici-więzi i węzłów instytucjonalnych zbiorowość dała jednostce poczucie tożsamości i zabezpieczyła ją przed państwem, stając się w ten sposób fundamentem indywidualnej wolności.

Otwartego społeczeństwa obywatelskiego nie sposób jednak urzeczywistnić raz na zawsze. Może mu zagrozić kryzys gospodarczy i poczucie zubożenia, które bardziej niż dawna bieda sprzyjają odrodzeniu groźnych sił dawnej "plemienności". Ale zagrożeniem jest także sama zamożność - czy może raczej związany z nią materializm - i egoizm społeczeństwa konsumpcyjnego, w którym ludzie, troszcząc się o siebie i swój ogródek, mogą stać się nieczuli na los słabszych, a także zaniedbać wspólne dobro. Innym zagrożeniem jest współczesna wizja społeczeństwa liberalnego, w której można doszukać się usprawiedliwienia dla samej tylko walki między sobą wielu grup interesów. Z pozoru jest to społeczeństwo pluralistyczne, niezależne od państwa, ale więzi między instytucjami i grupami tego społeczeństwa zostają przerwane i zastąpione kolcami, jakie jedne grupy wystawiają w konkurencyjnej walce o łupy przeciw innym. Miejscem tej walki jest rynek, a najlepszym przykładem rozbijanie korporacji i przejmowanie ich części przez inne korporacje (tzw. forcible takeovers, szczególnie rozpowszechnione w USA w latach osiemdziesiątych). Jednak taka wojna może toczyć się także między niedochodowymi instytucjami społeczeństwa niezależnego, konkurującymi ze sobą o środki finansowe albo o prestiż. W takiej walce łatwo stracić z pola widzenia pojęcie wspólnego dobra, będące istotą społeczeństwa obywatelskiego.

Na przeciwstawnym biegunie jawi się z kolei zagrożenie w postaci nadmiernego interwencjonizmu państwowego. Wszak regulacyjna rola państwa we wszystkich krajach Europy Zachodniej systematycznie wzrastała; to właśnie państwo, zastępując w pewnej mierze społeczeństwo, podejmowało liczne działania gospodarcze, prawne, oświatowe i kulturalne, które umożliwiły wkomponowanie mas w społeczeństwo obywatelskie. Tak samo jak na przełomie wieków, także dziś ludzie, zwłaszcza słabsi i bezsilni, oczekują, że to właśnie państwo rozwiąże wszelkie ich problemy. Od niedawna na instytucje państwa narodowego nakładają się nowe struktury i instytucje europejskie. Powstaje zatem trudny problem, jak utrzymać i pobudzać społeczną żywiołowość, której - jak przestrzegał José Ortega y Gasset - nadal zagraża interwencjonizm państwowy, niosący ze sobą arogancję, a przynajmniej paternalizm, urzędników.

Kolejnym problemem, który pojawił się ze szczególną siłą na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, jest to, jak zdefiniować pojęcie wspólnego dobra w społeczeństwie konsumpcyjnym. A także, jak zachować więzi między ludźmi w warunkach stosunkowo łatwego życia i coraz większych możliwości zaspokajania w indywidualny sposób wszelkich potrzeb. Zwłaszcza że świadomość swych praw i możliwość wysuwania opartych na nich roszczeń przemawiało silniej do ludzi, którzy stosunkowo niedawno zostali wchłonięci przez społeczeństwo obywatelskie, aniżeli idee wspólnego dobra, samoograniczeń i cnót obywatelskich.

Postaw obywatelskich zresztą od jakiegoś czasu nie ma gdzie kształcić. W Ameryce znikły elitarne kolegia, francuskie liceum stało się powszechnie dostępną szkołą średnią. Uniwersytety zostały podporządkowane metodzie naukowej, potrzebom nauki i technologii, a szkoły potrzebom uniwersytetów. Religia jest wypierana ze szkół, a kościoły pustoszeją. Kształcenie staje się przekazywaniem wiedzy, a nie kształtowaniem postaw ludzkich i obywatelskich. O ile wcześniej walka o byt dawała ludziom orientację i poczucie sensu życia, roli tej nie spełnia sama konsumpcja. Pojawia się pustka - społeczna, kulturowa, filozoficzna i moralna. Przeciw temu, między innymi, zbuntowali się młodzi w pamiętnym roku 1968. Po pacyfikacji rewolty część ich ideałów została wchłonięta przez społeczeństwo obywatelskie, zaś wielu z nich zaakceptowało konsumpcyjne wartości, które wcześniej odrzucali. Zaczęli uprawiać swoje ogródki. Nadal wierzyli w demokrację liberalną, brali udział w wyborach, należeli do stowarzyszeń, ale wszystko to robili bez entuzjazmu. Coraz częściej mówiło się o kryzysie albo wręcz zmierzchu społeczeństwa cywilnego w dostatnim, bezpiecznym świecie Zachodu. Wtedy właśnie ze Wschodu, zza żelaznej kurtyny, nadeszła nadzieja na odrodzenie społeczeństwa obywatelskiego.

Dla orędowników takiego społeczeństwa lato 1980 roku w Polsce było wielkim świętem. Czegoś takiego nie było od okresu poprzedzającego wybuch wojny o niepodległość w brytyjskich koloniach w Ameryce Północnej. Na skalistej glebie totalitarnej kontroli państwa nad wszelkimi przejawami życia zamkniętego społeczeństwa wyrosły kwiaty najpiękniejsze w życiu wielu pokoleń, jeśli nie w ogóle w całej historii kraju. Najpiękniejsze, bo po raz pierwszy nie wyrosły z polskiej krwi, lecz zasadzone zostały ręką ludzi, którzy wierzyli w idee oporu bez przemocy, budowania bez walki, przerzucania pomostów ponad dotąd nieprzebytą historyczną przepaścią oddzielającą elity społeczne od mas.

W sierpniu 1980 roku robotnicy największych zakładów przemysłowych wraz z czołówką polskiej inteligencji zaczęli łączyć się w społeczeństwo obywatelskie. Mając nieco odmienne interesy, robotnicy i inteligenci nie tylko znaleźli wspólny zestaw roszczeń wobec władzy, ale również przekonali się wzajemnie, że realizacja dążeń jednej grupy jest uzależniona od zaspokojenia interesów drugiej. Robotnicy zauważyli, że ich materialne potrzeby nie będą miały żadnych gwarancji bez wolności stowarzyszeń i wolności słowa. Opozycja inteligencka uznała, że jej żądania nie będą wysłuchane, jeżeli za jej plecami nie stanie społeczna siła robotników. Ci zaś nie poprą wolnościowych dążeń inteligencji, jeśli nie uzna ona potrzeb robotników za równie ważne jak swoje.

Słowem, inteligencja przestała domagać się od władzy należnych jej z tytułu urodzenia lub wykształcenia przywilejów i zaczęła myśleć w kategoriach praw należnych wszystkim ludziom. Robotnicy z kolei przestali prosić władzę i zaczęli dochodzić swych praw. Dwie oddzielone od siebie warstwy społeczeństwa polskiego spotkały się na wspólnym gruncie: praw człowieka, które stanowią przecież niezwykle ważny element społeczeństwa obywatelskiego.

Tkanką tego nowo powstającego społeczeństwa była zasada solidarności. Nikt jej nie wymyślił, ona wyłoniła się z dynamiki samego protestu. Solidarność strajkujących i wspólny opór aż do zwycięskiego końca stały się jednocześnie rdzeniem wspólnego dobra wszystkich obywateli. Dla tej solidarności poszczególne grupy mogły wyrzec się swych bezpośrednich korzyści, własnych interesów albo podjąć działania na rzecz innych. We wrześniu 1980 roku władze niechętnie realizowały porozumienia płacowe. Najczęściej ustępowały dopiero wówczas, gdy jakaś grupa zawodowa zastrajkowała. Pracownicy komunikacji miejskiej szybko wywalczyli podwyżki; czerpali siłę z możliwości sparaliżowania ruchu. Lekarze i pielęgniarki nie mieli takich argumentów, a strajk, na którym ucierpieliby przede wszystkim chorzy, nie godził się z pojęciami służby i posłannictwa lekarza. Władze ignorowały więc ich potrzeby. Wtedy ponownie zastrajkowali pracownicy komunikacji miejskiej - w imieniu i na rzecz służby zdrowia, wywalczając dla nich to, czego potrzebowali.

Solidarność była nie tylko metodą walki i wyznacznikiem wspólnego dobra, stała się także zasadą moralną organizującą codzienne zachowania ludzi. Dość powiedzieć, że podczas dwu tygodni trwania strajku w Stoczni Gdańskiej, w kraju, w którym alkohol był bodaj głównym spoiwem więzi towarzyskich, pracowniczych i międzyludzkich, powszechnie akceptowano rzucone przez stoczniowców wezwanie do abstynencji. Przez 16 miesięcy istnienia "Solidarności" organizowało się w Polsce społeczeństwo cywilne. Powstały także inne związki zawodowe, z "Solidarnością" nie zrzeszone. Większość kontrolowanych przez partię stowarzyszeń zawodowych i twórczych zmieniło swe władze, często również statuty, i zaczęło działać niezależnie. Mimo cenzury prasa stała się areną debaty publicznej. Powstawały nowe organizacje i nowe więzi obywatelskie. Z czasem to nowo powstające niezależne społeczeństwo różnicowało się wewnętrznie, dzieliło się na ugrupowania, których cele były odmienne, ale zawsze pozostawały w ramach wielkiej rodziny instytucji niezależnych od państwa.

Już w końcu 1980 roku amerykański socjolog Andrew Arato w kwartalniku "Telos" publikuje artykuł pod znamiennym tytułem: Solidarność: społeczeństwo obywatelskie przeciw państwu. Minie wiele lat, zanim okaże się, jak bardzo i jak tragicznie Arato pomylił się.

Dr hab. WIKTOR OSIATYŃSKI, specjalista w dziedzinie porównawczego konstytucjonalizmu i praw człowieka, jest profesorem na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie i Warszawie oraz współdyrektorem Centrum Badania Konstytucjonalizmu w Europie Wschodniej na Uniwersytecie w Chicago.

O podobnych zagadnieniach przeczytasz w artykułach:
...by nie zagubić wspólnego dobra
O idei społeczeństwa obywatelskiego
Ludzie i termity
Społeczeństwo otwarte według Karla Poppera
Sztuka społecznej organizacji
Społeczeństwo masowe
Wzlot i upadek społeczeństwa obywatelskiego w Polsce
Państwo złem koniecznym
Być obywatelem