Twoja wyszukiwarka

X.RUT
TEGO NIE DA SIĘ PRZEWIDZIEĆ
Wiedza i Życie nr 10/1996
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 10/1996

W 1937 roku Narodowa Akademia Nauk USA podjęła próbę przewidzenia odkryć naukowych o szczególnie dużym znaczeniu dla praktyki. (Jak widać, klimat sprzyjający tego rodzaju studiom nie powstał dopiero w ostatnich latach!). Ogłoszono stosowny raport. Oprócz wielu mądrych zdań na temat rolnictwa, co ostatecznie można przyjąć za przepowiednię zielonej rewolucji lat sześćdziesiątych, na pierwsze miejsce wysuwają się prognozy dotyczące metod przemysłowego otrzymywania syntetycznej benzyny i syntetycznego kauczuku. Prognozy te nie całkiem się sprawdziły, nie były też jednak zupełnie fałszywe; na pewno zaś odnosiły się do problemów wówczas uważanych za najważniejsze. Z perspektywy minionych lat uderza jednak przede wszystkim to, czego w opracowaniu nie ma. (Zawsze powtarzam, że ze wszystkich opowiadań o Sherlocku Holmesie najbardziej pouczające jest to, w którym rozwiązanie zagadki wynika ze spostrzeżenia, że pies nie szczekał. Często to, czego brakuje, jest dużo ważniejsze od tego, o czym wiele się mówi).

W opracowaniu prognostycznym z 1937 roku nie ma ani słowa o energii jądrowej, antybiotykach, silnikach odrzutowych, DNA, rakietach, komputerach, tranzystorach, laserach, by nie wspomnieć o inżynierii genetycznej czy teleinformatyce. A przecież odkrycia prowadzące do niektórych z tych powszechnych dziś elementów życia codziennego były tuż tuż za progiem, a w przypadku energii jądrowej - były nawet widoczne!

Gdyby 100 lat temu dekretowano zakres badań nad uzyskaniem lepszych urządzeń do zapisu i odtwarzania dźwięku, nikomu nie przyszłoby do głowy, że mogą one mieć jakikolwiek związek ze źródłami koherentnego światła. A gdyby takim badaniom pozwolono się toczyć tylko w przewidywalnym wówczas kierunku, zgodnym z ówczesną najlepszą wiedzą, szczytem osiągnięć byłaby zapewne superpianola z parowym napędem lub kieszonkowa katarynka wielogłosowa. Płyta kompaktowa i laserowy odtwarzacz zupełnie nie mieszczą się w zakresie wyników badań nad metodami zapisu i odtwarzania dźwięku, jakie można było przewidzieć 100 czy nawet 50 lat temu.

Gdyby 120 lat temu ktoś zaproponował podjęcie badań nad stworzeniem urządzenia pozwalającego oglądać kości w ciele bez użycia narzędzi chirurgicznych, byłby uznany za szaleńca; a gdyby jakiś inny pomyleniec zechciał takie badania finansować, na pewno nie potoczyłyby się w kierunku budowy aparatów rentgenowskich, ani tym bardziej w stronę innych, powszechnie dziś używanych urządzeń bezinwazyjnej obserwacji kości i organów wewnętrznych. Przed - zupełnie przecież nieprzewidywalnym! - odkryciem promieni X nie było nawet samej idei oglądania czegokolwiek inaczej niż za wyłącznym pośrednictwem światła widzialnego. Trzeba było dopiero tego odkrycia, żeby wzbudzić całkiem nowe pomysły i pragnienia.

Najbliższe lata przyniosą zapewne wiele powszechnych zastosowań fulerenów (wydano już ponad 100 patentów z tej dziedziny). A podstawowe odkrycie (zaledwie 10 lat temu!) zawdzięczamy "pozbawionym praktycznego znaczenia" badaniom pyłu międzygwiezdnego! I choć nie można z całą pewnością twierdzić, że gdyby przed piętnastoma laty zaniechano finansowania badań astronomicznych (naturalnie, w trosce o prawidłowe wydawanie grosza publicznego i w ramach koncentracji na badaniach najbardziej obiecujących ze społecznego punktu widzenia) to fulereny do dziś pozostałyby nieznane, nie bardzo można też twierdzić, że inne badania (te "obiecujące") kiedykolwiek zaowocowałyby tym odkryciem.

Istota wielkich odkryć naukowych polega na ich nieprzewidywalności. Przewidywalność należy przy tym odróżnić od przeczuć, zarówno literackich (Verne, Lem), jak i tych, które często żywią prawdziwi uczeni. Ci ostatni rzadko je ujawniają, gdyż przeczucia, w przeciwieństwie do przewidywań, nie dają się w miarę ściśle uzasadnić, a etos uczonego nie pozwala głosić nieuzasadnionych sądów. Ale nawet nie ujawnione przeczucia stanowią potężny motor dociekań uczonych, tym właśnie (między innymi) różniących się od wyrobników nauki, którzy kierują się bieżącą modą i... przewidywaniami.

Redukując nakłady na badania podstawowe, ograniczając państwowy (fundacyjny, korporacyjny, przemysłowy itd.) mecenat do "najbardziej obiecujących" kierunków, w których przewiduje się rychłe uzyskanie znacznych osiągnięć praktycznych, zarzyna się kurę znoszącą złote jajka nieprzewidywalnych odkryć. Wykaz tego, czego nie przewidział raport bardzo poważnej przecież akademii w 1937 roku (a przytoczoną powyżej listę można bez trudu wydłużyć o dalsze niezwykle praktyczne wyniki badań naukowych) unaocznia, o ile bylibyśmy dziś biedniejsi, mniej sprawni i bardziej chorzy, gdyby przed sześćdziesięciu laty wdrożono te zasady finansowania badań naukowych, które dziś wydają się tak atrakcyjne dla wielu polityków.

Tam, gdzie można rzetelnie przewidzieć praktyczne zastosowania, suwerenna nauka właściwie się już kończy. Dalsze badania powinny być finansowane przez tych, którzy na tych zastosowaniach zarobią, przede wszystkim więc przez przemysł. Naturalnie, państwo może takie badania wspierać (choć lepiej robiłyby to banki i kapitaliści szukający zysku), ale na Minerwę: niech to będą kredyty, nie zaś zasiłki. Tu musi obowiązywać uczciwa gra. Jeśli chcę prowadzić badania, twierdząc, że ich wyniki będą miały ważne zastosowania praktyczne, to muszę przystać na to, że wsparcie, jakie otrzymuję, dla wspierającego jest inwestycją, która ma mu przynieść zysk. Ja zaś za pobrane środki odpowiadam, jak za każdy inny kredyt ("warunki do uzgodnienia" w kontrakcie).

Państwo, działając we wspólnym interesie obywateli, powinno wspierać badania podstawowe, których kierunek wyznaczają suwerennie sami uczeni, nie obiecując niczego poza rzetelnością i jakością badań, do czego zresztą zobowiązuje ich etos powołania. I tu muszą obowiązywać uczciwe reguły gry. Prawo do takiego suwerennego wyznaczania kierunków badań nie może przysługiwać miernotom, ani być przyznawane ze względu na "sprawiedliwość" (dziejową, geograficzną, społeczną, ani żadną inną). Na taki przywilej trzeba zasłużyć autentycznym uznaniem międzynarodowego środowiska naukowego. A przywilej ten powinien stwarzać nie tylko możliwość prowadzenia badań, lecz także doboru i utrzymania współpracowników oraz wyboru następcy, który jednak po inwestyturze sam już musi "zarobić" na utrzymanie tego przywileju.

Nie można przewidzieć, co konkretnie odkryją uczeni prowadzący suwerenne badania naukowe, ani jakie znaczenie praktyczne będą miały te odkrycia. Pewne jest jednak, że bez takich badań nie będzie nowych, fascynujących odkryć, których dziś nie można przewidzieć. A takie właśnie zmieniają kształt naszej cywilizacji.

Bycie uczonym nie powinno dawać szczególnych uprawnień pozazawodowych; w szczególności, niczym nie jest uzasadnione przenoszenie swej uczciwie nawet zapracowanej sławy i chwały na inną działkę działalności człowieczej, na przykład na politykę. Ale nie można też być uczciwym uczonym, nie dbając o swoją suwerenność intelektualną. I - na co starałem się zwrócić uwagę we wcześniejszych felietonach - nikt, ani rządy, ani parlamenty, ani nawet opinia większości uczonych nie może narzucać kierunku badań inaczej niż na zasadzie dobrowolnie spisanego kontraktu. Jeśli jednak badania naukowe zostałyby ograniczone do tych tylko, dla których da się bez zmrużenia oka spisać kontrakt wymieniający spodziewane korzyści praktyczne, nasza cywilizacja wnet stanęłaby w miejscu. A cynicznie powiedziawszy: stanęłaby w miejscu tam, gdzie tak bezsensowne zasady zostałyby wcielone w życie.

W prawdziwej nauce, tej która od tysięcy lat przynosiła i przynosi zaskakujące odkrycia, prędzej czy później przekształcane w użyteczne wynalazki, otóż w tej nauce jedno tylko można z całą pewnością przewidzieć: wielkie odkrycia są nieprzewidywalne, ani co do czasu, ani co do treści.

Polityka naukowa opierająca się na faworyzowaniu "praktycznych tematów" jest z natury rzeczy konserwatywna. Szkoda na nią pieniędzy, chyba że oprócz badań zamierza się sfinansować rozwój produkcji na taką skalę, by zdobyć światowy rynek dla nowego produktu czy procesu. Ale to już całkiem inna historia.

Ryc. Dariusz Stanert