Twoja wyszukiwarka

BOŻENA ZAPAŚNIK
PRZESZŁOŚĆ Z LOTU PTAKA
Wiedza i Życie nr 10/1996
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 10/1996

Gdyby nie zdjęcia lotnicze, zapewne nigdy nie odkryto by wielu schowanych pod piaskami starożytnych miast, nie poznano dokładnego przebiegu dawnych dróg czy linii brzegowych.

Badacze przeszłości coraz częściej korzystają z osiągnięć nauk ścisłych. Choćby po to, aby nie kopać na oślep. Oczywiście, nie zrezygnowano ze starych, sprawdzonych badań powierzchniowych, polegających - najprościej mówiąc - na chodzeniu po polach w poszukiwaniu starożytnej ceramiki i innych zabytkowych przedmiotów. Ale stosuje się też metody geofizyczne, a jeszcze częściej analizuje zdjęcia lotnicze wykonywane z samolotów, helikopterów, balonów, latawców, a nawet satelitów. W teren zamiast z mapą czasami chodzi się z takim właśnie zdjęciem.

To, co widać na ziemi, wiele mówi o tym, co znajduje się pod ziemią. Ale stojąc na niej, zwykle nie jesteśmy w stanie ogarnąć całego obrazu. Można nas porównać do kota, który usiadł na perskim dywanie - on też widzi tylko fragment wzoru. Ktoś wyższy może zobaczyć cały dywan. Takiego porównania, pisząc o zaletach archeologii lotniczej, użył człowiek uważany powszechnie za jej ojca, Anglik Osbert Guy Stanhope Crawford. Innym razem powiedział on, że fotografia lotnicza jest dla archeologa tym, czym teleskop dla astronoma.

KIEDY ZIEMIA ODSŁANIA TAJEMNICE?

Ślady przeszłości nie ujawniają się na każdym zdjęciu lotniczym. Wiele zależy od takich czynników, jak rodzaj gleby i roślinności, pora dnia i roku, pogoda, wysokość lotu, kąt nachylenia aparatu przy zdjęciach ukośnych, wyposażenie i sprawność fotografa. Bardzo często właśnie przypadkowa i trudna do przewidzenia kombinacja tych czynników przynosi właściwy efekt. Ważny jest też rodzaj zastosowanego materiału światłoczułego. W fotografii lotniczej wykorzystuje się różne typy filmów: najbardziej popularne panchromatyczne, kolorowe naturalne i spektrostrefowe - dające kolory fałszywe oraz podczerwone czarno-białe i kolorowe. W wykryciu wszystkich interesujących badaczy szczegółów pomaga komputerowa analiza zdjęć.

Zwykle uważa się, że najlepsze rezultaty można osiągnąć, robiąc zdjęcia w czasie suszy. Tymczasem bywa z tym różnie. Na przykład dokładny plan całkowicie ukrytego pod ziemią Caistor-by-Norwich (dawne Venta Icenorum), miasta zbudowanego na Wyspach Brytyjskich za panowania rzymskiego, ukazał się na zdjęciu lotniczym wykonanym po większych opadach. Fotografia "poinformowała" nawet, że miasto nie od razu zostało otoczone murami, bo pod nimi widoczne są ślady dróg. To zdjęcie odsłaniające przeszłość wywołało w 1928 roku takie zainteresowanie, że londyński "Times" poświęcił mu całe pół strony.

Właśnie to zdjęcie wczesnośredniowiecznego grodziska w Barczewku (woj. olsztyńskie) ujawniło ślady dawnej zabudowy. Ciemniejsze plamy wskazują miejsca, gdzie kiedyś stały drewniane domy

Kilkadziesiąt lat doświadczeń z fotografią lotniczą przekonało archeologów, że nie zawsze można liczyć na takie szczęście. Dlatego zwykle to samo miejsce fotografuje się wiele razy, w różnych porach roku. Każdy lot musi być dokładnie przygotowany. Jego powodzenie może zależeć od tego, czy osoba wykonująca zdjęcie dobrze zna historię badanego terenu i wie, które obszary najbardziej odpowiadały osadnictwu.

Dzięki zdjęciom lotniczym największe sukcesy archeolodzy odnieśli w Anglii. Warunki naturalne są tam dla tego typu obserwacji wyjątkowo korzystne. Po pierwsze, ten kraj ma szczególnie dużo terenów, które od wieków nie były ani uprawiane, ani zalesiane. Po drugie, występują tam gleby, które na zdjęciach lotniczych doskonale zdradzają wszelkie ślady przeszłości. Inaczej jest z gliną czy piaskami, bardzo częstymi w Polsce. Na dodatek tereny Europy Środkowej przez wieki były podzielone na małe poletka, dlatego kryjące się pod ziemią mury i fosy nie tworzą zazwyczaj wyraźnych zarysów na jej powierzchni. Dla powodzenia archeologii lotniczej ważna jest także wielkość badanego obiektu i czas jego zasiedlenia. Ponadto w pradawnej Anglii czy na Bliskim Wschodzie przeważały budowle kamienne i murowane, a u nas drewniane. Dlatego pozostawione ślady z przeszłości nie są na naszych ziemiach tak wyraźne.

Z APARATEM NAD POLSKĄ

Mimo wspomnianych trudności, niewątpliwym sukcesem zakończyło się na przykład fotografowanie z samolotu pradoliny Drwęcy w okolicach Gierłoży na południe od Samborowa (woj. olsztyńskie). Właśnie analiza wykonanego w podczerwieni zdjęcia pozwoliła Jerzemu Miałdunowi z Instytutu Geodezji i Fotogrametrii ART w Olsztynie wskazać miejsca, w których należy szukać pozostałości po naszych przodkach. Miejsca te uwidoczniły się na fotografii w postaci ciemniejszych plam na jasnym tle. Wcześniej podejrzewano, że na tych terenach nie rozwijało się osadnictwo. W czasie badań powierzchniowych na liczącym 170 ha obszarze znaleziono bowiem bardzo niewiele fragmentów starożytnej ceramiki i to też tylko w niektórych miejscach. Barwa ziemi tam, gdzie - jak się później okazało - kryły się pozostałości dawnego osadnictwa, niewiele różniła się od koloru okolicznej gleby. Spowodowane to było jej zmianami wywołanymi przez erozję wietrzną i orkę przy użyciu pługa. Dopiero analiza zdjęć lotniczych umożliwiła znalezienie resztek zabudowań mieszkalno-gospodarczych i śladów po stosach do wypalania węgla drzewnego. W ten sam sposób odkryto tam również dawne koryto rzeczne i rozlewiska.

Dzięki zdjęciom lotniczym udało się też znaleźć ślady zabudowań wczesnośredniowiecznego grodziska w Barczewku (woj. olsztyńskie). Jego wał obronny był widoczny gołym okiem. Cóż z tego, kiedy wewnątrz grodu archeolodzy przez wiele lat nie mogli znaleźć śladów osadnictwa. Dopiero sfotografowanie z powietrza tego obszaru pod koniec czerwca, kiedy rósł na nim jęczmień jary, przyniosło rezultaty. Na zdjęciu pojawiły się ciemne plamy w kształcie prostokątów; rozkładające się szczątki drewnianych domów doprowadziły bowiem do powstania próchnicy, ta z kolei użyźniła glebę i sprawiła, że posiany tam jęczmień rósł w tych miejscach szybciej, był bardziej zielony i to ujawniło kształty dawnej zabudowy. Badania terenowe potwierdziły trafność fotointerpretacji. Znaleziono fragmenty ceramiki i innych przedmiotów pochodzących z wczesnego średniowiecza. Ale całkowitą pewność mogą dać dopiero wykopaliska.

Informacje uzyskane dzięki analizie zdjęcia lotniczego, wykonanego w okolicach Janowa Pomorskiego (woj. elbląskie), zweryfikowane metodami geomorfologicznymi, pozwoliły na odtworzenie w tym miejscu przebiegu dawnej linii brzegowej jeziora Drużno. Właśnie tu znajdował się port Truso powstały około VIII-X wieku, który został odkryty kilkanaście lat temu przez polskiego archeologa Marka Jagodzińskiego z Muzeum w Elblągu.

W różnych porach roku i na różnych rodzajach filmów zdjęcia lotnicze wzgórza w Łeknie koło Wągrowca (woj. pilskie), na którym stał klasztor cystersów, robił Andrzej Kijowski z Poznania. Analiza tych zdjęć umożliwiła szczegółowe zaplanowanie wykopalisk. Różnice w zabarwieniu gleby widoczne na fotografiach pozwoliły bowiem dokładnie zlokalizować dwa główne elementy architektoniczne klasztoru: fasadę i apsydę z prostokątnym przęsłem prezbiterium. W ten sam sposób odkryto również spalone pozostałości konstrukcji wałowych grodu, który stał tam wcześniej, przed wybudowaniem klasztoru. Dokonano też rekonstrukcji linii brzegowej jeziora w rejonie wykopalisk. Z cyklu zdjęć podczerwonych i badań terenowych wynika, że obszar ten był dawniej otoczony wodą w znacznie większym stopniu niż dziś. Obecna tafla Jeziora Łekneńskiego, w zależności od miejsca, od tamtego czasu cofnęła się aż o około 5 do 20 metrów. Wzniesienie uległo zniwelowaniu i obniżeniu między innymi w wyniku działania czynników erozyjnych.

Pozostałości osady w Regowie (woj. skierniewickie) pochodzące głównie z III-IV wieku były znane archeologom od dawna. Ale dopiero na zdjęciu lotniczym Stefan Woyda, dyrektor Muzeum Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego w Pruszkowie, zauważył ciemny pas szerokości 5-10 metrów, który ciągnął się mniej więcej kilometr, a potem ginął. Był to zapewne ślad drogi gruntowej sprzed ponad 1500 lat - pas ciemniejszej ziemi nanoszonej tu w ciągu kilkuset lat przez ludzi, zwierzęta i wozy. Trakt ten nie wiąże się z siecią współczesnych dróg. Zaczynał się od ciemnej plamy na jaśniejszym tle - tak właśnie na zdjęciu lotniczym wyglądały pozostałości osady.

Fotografie wykonywane z powietrza przydają się też do badania ruin znajdujących się pod wodą. Doskonale zaprezentował się na nich na przykład stary, dawno zatopiony port w Pucku. O wiele mniej korzyści mają polscy archeolodzy ze zdjęć satelitarnych. Mogą być one zastosowane wyłącznie do studiowania bardzo dużych obszarów.

LATAWIEC NAD DONGOLĄ

Samolot umożliwia fotografowanie rozległych terenów, a wysokość jego lotu można dowolnie zmieniać (od 200 do ponad 1000 m), aby osiągnąć jak najwyraźniejsze ujęcie. Koszty wynajęcia samolotu są jednak spore. Trudno sobie wyobrazić, aby któregoś archeologa było stać na korzystanie z niego zawsze, gdy trzeba zrobić zdjęcie dokumentujące kolejne etapy prac wykopaliskowych. Ponadto do tego potrzebne są fotografie, na których byłoby widać więcej szczegółów. Dlatego na przykład na wykopaliskach brytyjskich standardowym elementem wyposażenia jest balon. Ale i on nie może być stosowany zawsze i wszędzie. Przeszkodą bywa stały, silny wiatr. Taki, jaki wieje w północnym Sudanie zimą, w czasie gdy pracują tam polscy archeolodzy.

Fragment zewnętrznych murów Starej Dongoli, stolicy chrześcijańskiego królestwa Nubii (dziś Sudan). Zdjęcie wykonane z latawca

Na początku naszego wieku znany nam już Osbert G. S. Crawford i brytyjski milioner sir Henry Wellcome rozpoczęli próby fotografowania stanowisk archeologicznych za pomocą specjalnie skonstruowanych latawców. Pierwszy taki latawiec wzbił się w powietrze w 1913 roku nad stanowiskiem archeologicznym Dżebel Moja w południowym Sudanie.

Od siedmiu lat latawca z podwieszoną do niego kamerą używa Bogdan Żurawski z Zakładu Archeologii Śródziemnomorskiej PAN na innym sudańskim stanowisku, leżącym w północnej części tego kraju: w Starej Dongoli - stolicy chrześcijańskiego królestwa Nubii. Ten średniowieczny zespół kilkunastu budowli jest położony na prawym brzegu Nilu w połowie drogi między trzecią a czwartą kataraktą. Zdjęcia robione są za pomocą aparatu z migawką uruchamianą drogą radiową na sygnał z ziemi. Wykonuje się je każdego roku. Porównanie zdjęć pozwala na bieżąco śledzić ruchy wydm, stopień erozji wietrznej, szybkość akumulacji piasku w starych wykopach i inne czynniki kształtujące archeologiczny krajobraz terenu. Dzięki obróbce komputerowej jest możliwe uzyskanie fotografii obszaru wykopalisk bez znajdujących się na nim śladów działalności badaczy (np. bez hałd usuwanego z tego terenu piasku). Archeolodzy żartują, że jest to najtańszy sposób utrzymania takiego stanowiska w czystości.

Zdjęcia są wykonywane z wysokości 10-150 m, dzięki czemu wszystkie szczegóły dongolańskich ruin bardzo dokładnie widać. Oczywiście na jednej fotografii zrobionej z tak niskiego pułapu nie sposób "pomieścić" całego, rozległego terenu wykopalisk. Ale i na to jest sposób - zdjęcia poszczególnych jego części skleja się za pomocą odpowiedniego programu komputerowego.

Najlepszą porą do fotografowania jest ranek bądź ostatnia godzina przed zachodem słońca, kiedy promienie padają bardzo ukośnie. Wówczas wszelkie wzniesienia, nawet niewielkie, pod którymi mogą kryć się ślady z przeszłości, widać o wiele lepiej.

Najbardziej spektakularnym osiągnieciem archeologii lotniczej w Starej Dongoli ostatnich lat było odkrycie ruin zewnętrznych murów miasta. Mur biegnie mniej więcej równolegle do Nilu. Archeolodzy przez lata chodzili po tym murze i nie domyślali się, co znajduje się pod piaskiem. Dzięki zdjęciom z latawca udało się też zauważyć ruiny kościoła klasztornego. Także wykonane w ten sposób fotografie pozwoliły poznać siatkę dongolańskich ulic.

W Afryce archeologom bardzo przydały się również zdjęcia satelitarne. Dzięki nim odkryto wielki szlak biegnący dnem Wadi Howar, który prowadzi od Doliny Nilu w głąb kontynentu. Teraz już wiadomo, że Dongola leżała na skrzyżowaniu dróg z północy na południe i ze wschodu na zachód.

Archeologia lotnicza pozwala zdobywać informacje o przeszłości, nie niszcząc jej śladów. I choć dzisiaj jest już właściwie oddzielną dyscypliną wiedzy, ciągle musi być ściśle powiązana z archeologią tradycyjną. Tylko ona pozwala bowiem zweryfikować dane, uzyskane za pomocą zdjęć.

Tak jak wykonanie dobrych zdjęć lotniczych nie jest proste, tak i ich interpretacja wymaga wiedzy. Jeden z najbardziej znanych przedstawicieli archeologii lotniczej, John Bradford powiedział kiedyś, że ilość ważnych informacji zdobytych na podstawie fotografii lotniczej jest wprost proporcjonalna do doświadczenia interpretatora.