Twoja wyszukiwarka

ZBIGNIEW P. ZAGÓRSKI
JAPONSKI PRZYKŁAD
Wiedza i Życie nr 11/1996
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 11/1996

Niedaleko miasteczka Maki (prefektura Niigata w Japonii) stanąć miała kolejna w tym kraju, ponad pięćdziesiąta już elektrownia jądrowa. Poderwani przez agitatorów mieszkańcy (31 tys.) zorganizowali referendum przeciwko tej rządowej decyzji ze skutkiem, którego można było oczekiwać. Głosować poszło 61%, a 88% z nich sprzeciwiło się budowie. Sprawa jest prawnie zawiła, bo decyzje energetyczne w Japonii podejmuje demokratycznie wybrany rząd, a największa partia koalicji, czyli liberalno-demokratyczna jest zdecydowanie pronuklearna.

Japończycy postawili na energię nuklearną dokładnie 30 lat temu, aby uniknąć uzależnienia od dostawców ropy naftowej. Dziś elektrownie jądrowe dostarczają tam jedną trzecią energii. Niemniej tej ciągle nie wystarcza. Tak więc rząd chce rozwijać tę gałąź przemysłu, ponieważ importowane tradycyjne nośniki energii - zwłaszcza węgiel - drożeją bardzo szybko.

Sukces w Maki świętowany, jak to pokazała prasa, wypijaniem ogromnych ilości piwa, zachęci prawdopodobnie innych pięć miasteczek, "zagrożonych" budową elektrowni jądrowych, do urządzania podobnych imprez.

Agitacji antynuklearnej pomogły trudności z uruchomieniem najnowszej siłowni opartej na reaktorze powielającym, tzn. wytwarzającym więcej paliwa jądrowego niż doń załadowano. Zakład Monju (nazwa pochodzi od imienia buddyjskiej bogini mądrości), który kosztował już 6 mld dolarów, musi stosować inny niż w konwencjonalnych reaktorach czynnik spowalniający neutrony - ciekły sód. Jego wyciek w grudniu ub.r., choć nie spowodował ofiar w ludziach, szkód materialnych ani skażeń, dał podstawy do oskarżeń rządu oraz wzbudził gniew ludu. Nastąpiło więc starcie decyzji, które służą całemu narodowi, z protestami lokalnej społeczności organizowanymi często z nieuzasadnionych powodów.

Choć Japonia daleko, warto śledzić, czym to się skończy. Sprawa jest ważna dla Polski nie dlatego, że u nas nawet bez referendum grupa "aktywistów antynuklearnych" spowodowała odłożenie budowy elektrowni jądrowych na dziesiątki lat. Chodzi o coś innego, mianowicie o lokalne protesty przeciwko inwestycjom służącym ogółowi, takimi jak maszty radiostacji, autostrady, spalarnie odpadów itp. Dojść może do tego, że z powodu veta nie będzie można zbudować ważnych społecznie obiektów. A przecież przerabialiśmy to już w okresie międzywojennym, gdy - jak mi opowiadał ojciec, który z ramienia Departamentu Dróg Wodnych Ministerstwa Komunikacji interesował się inwestycjami - o mało nie doszło do wstrzymania budowy zapór w Porąbce i Rożnowie, ponieważ sabotaż podkupujących tereny pod zalew był bardzo aktywny. Miejmy nadzieję, że raczkujące, choć z różnych powodów, demokracje - japońska i polska - też problemy te rozwiążą.

Czytaj w tym numerze: Czy Polska potrzebuje energetyki jądrowej?