Twoja wyszukiwarka

BARBARA RISS
TRIUMF ZWIĘZŁOŚCI
Wiedza i Życie nr 12/1996
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 12/1996

Z okazji przyznania Wisławie Szymborskiej literackiej Nagrody Nobla przedstawiono jej dorobek w liczbach. Zdziwieniu ludzi okazjonalnie obcującym ze sztuką nie było końca, gdy dowiedzieli się, że od debiutu w 1945 roku poetka opublikowała około dwustu wierszy i dwa zbiorki felietonów o książkach.

A przecież już ćwierć wieku temu, gdy miała na swoim koncie dopiero pięć z dziewięciu tomów poezji wydanych do 1996 roku - według Jerzego Kwiatkowskiego zaś właściwie trzy, co liczą się naprawdę - poważni krytycy twierdzili, że ukazanie się ich stało się sygnałem zobowiązującym poniekąd do uznania w niej poetki rangi najwyższej (Ryszard Matuszewski), że Szymborska stanowi jedno z najważniejszych zjawisk we współczesnej poezji polskiej (Jerzy Kwiatkowski), że jest po prostu doskonała (Artur Sandauer).

Można by rzec, że do tej pory otaczała ją "cicha sława". "Cicha", bo odznaczająca się klimatem wyważonego spokoju i kameralnością, które nie tylko pasują do poezji Szymborskiej, ale są również ważne, wręcz niezbędne dla autorki w jej życiu prywatnym. Nie lubi ona tłumnych wieczorów autorskich, przekonana, że i "jej" czytelnik woli lekturę w zaciszu domowym. Zawsze myślę o pojedynczym czytelniku, który zechce siąść i przeczytać mój wiersz dla siebie albo dla kogoś, kto jest obok niego - powiedziała niedawno dziennikarce "Polityki". Ze względu na kameralność i ściszenie, podstawowe atrybuty pisarstwa Szymborskiej, poetka porównywana bywa niekiedy z Marią Pawlikowską-Jasnorzewską.

Oszołomiona, uradowana, zdumiona Szymborska, udzielając pierwszych wywiadów jako Noblistka, powiedziała: Zdaję sobie sprawę, że Nobel Miłosza był o wiele poważniejszy niż mój Nobel. Dzień później w oświadczeniu dla PAP dodała: mój dorobek twórczy w porównaniu z jego dorobkiem jest bardzo skromny. I zaznaczyła, że co najmniej dwóch arcyświetnych polskich poetów na tę nagrodę zasługiwało. Miała na myśli zapewne Tadeusza Różewicza i Zbigniewa Herberta.

Przywołajmy na moment nazwiska pierwszych polskich pisarzy uhonorowanych przez Akademię Szwedzką: Henryka Sienkiewicza (1905) i Władysława Reymonta (1924). Do obu tych pisarzy przylgnęło koturnowe określenie "tytanów literatury", podkreślające również obfitość ich spuścizn. Ale przecież nie za mnogość dzieł dostał Nobla autor Quo vadis czy - w siedemdziesiąt pięć lat po nim - Czesław Miłosz, autor Zniewolonego umysłu i Traktatu poetyckiego. Nie wierzmy przeto Szymborskiej, że "jej" Nobel jest "skromniejszy".

Przecież od lat nie wydrukowała wiersza nieważnego. Stąd dorobek Szymborskiej powiększał się powoli. Zapytana niedawno o przyczynę, rzecz ujęła żartobliwie: Mam w pokoju kosz na śmieci. Z podobnie zaznaczonym dystansem i autoironią kreśli swój wizerunek w wierszach. A przecież nie zwątpiła dotąd - właśnie jej wiersze tego dowodzą - w tradycyjne "narzędzia", dzięki którym przez lata wyrażała egzystencjalne "wątpliwości" i swoje "zdziwienie" światem: styl, język. Pod tym względem stoi na przeciwnym biegunie niż na przykład Tadeusz Różewicz. Ma pełną świadomość literackości kreowanych wizji, czemu towarzyszy nie bunt, nie rozpacz, tylko swoista radość pisania:

Jest w kropli atramentu spory zapas
myśliwych z przymrużonym okiem,
gotowych zbiec po stromym piórze w dół,
otoczyć sarnę, złożyć się do strzału.
Zapominają, że tu nie jest życie.
Inne, czarno na białym, panują tu prawa.
Oka mgnienie trwać będzie tak długo, jak zechcę,
pozwoli się podzielić na małe wieczności
pełne wstrzymanych w locie kul.
Na zawsze, jeśli każę, nic się tu nie stanie.
Bez mojej woli nawet liść nie spadnie
ani źdźbło się nie ugnie nad kropką kopytka.
Jest więc taki świat,
nad którym los sprawuję niezależny?
Czas, który wiążę łańcuchami znaków?
Istnienie na mój rozkaz nieustanne?
Radość pisania.
Możliwość utrwalania.
Zemsta ręki śmiertelnej.

Ukrywa jednak swój kunszt i formalne wyrafinowanie - nie skazuje czytelnika na ciężkie norwidy, co więcej, poważne rozważania egzystencjalne potrafi zamaskować żartem, ironią, paradoksem:

Obmyślam świat, wydanie drugie,
wydanie drugie, poprawione,
idiotom na śmiech,
melancholikom na płacz,
łysym na grzebień,
psom na buty.

Nikt - może oprócz Zbigniewa Herberta - nie operował już trzydzieści lat temu ironią równie sprawnie, elastycznie i pomysłowo jak Szymborska. I do dziś nie zrezygnowała z "polowania" na słowa, powiedzonka, dzięki którym w jej poezji dokonuje się "przeprowadzka z dosłowności do przenośni". Poszukuje ich nie dla awangardowo-artystowskiej zachcianki, lecz z powodu pytań, do których wciąż na nowo powraca: jak żyć? Czy świat jest poznawalny? Jak przezwyciężyć tragizm istnienia? Z drugiej strony nie jest też Szymborska tradycjonalnie moralistyczna. Wypracowała sobie całkowicie odrębną pozycję między różnymi skrzydłami współczesnej literatury. Granicą indywidualizmu poezji Szymborskiej jest jednak, podkreślał to niegdyś Matuszewski, jej stała dążność do nawiązania kontaktu z drugim człowiekiem.

Dzieje się tak już od wiersza Szukam słowa, którym zadebiutowała wiosną 1945 roku na łamach "Walki", dodatku literackiego do "Dziennika Polskiego". Jego tytuł okazał się symboliczny nie tylko z racji przynależności poetki z Krakowa do pokolenia, które po wojnie okrzyknięto "generacją Kolumbów". Tego pokolenia...

Nie witała historia zwycięską fanfarą
- sypnęła w oczy brudny piach.

Różewicz, Herbert, także i Szymborska, próbują w swych pierwszych wierszach uporządkować nasz łup wojenny, czyli wiedzę o świecie, który jest tak dziwny, jak w modlitwie echo starych prawd. Warto przypomnieć jej Wyjście z kina (1945) - zaszyfrowaną przypowieść o pierwszych rozczarowaniach: świat po bajce jest siny. Ten wiersz jest ściszony, pełny gorzkich niedopowiedzeń, zbudowany z okruchów codzienności powojennej i adresowany do pokolenia autorki:

jednoręki chłopcze pod bramą
i dziewczyno o oczach daremnych.

Określenie "poetka z Krakowa" przylgnęło do Szymborskiej bardzo wcześnie, bo choć urodzona w Wielkopolsce (2 lipca 1923 roku w Bninie), od ósmego roku życia mieszka w tym mieście. Na Uniwersytecie Jagiellońskim w latach 1945-1948 studiowała polonistykę i socjologię, a od 1953 roku przez lata prowadziła w tygodniku "Życie Literackie" dział poezji (miała tam również stałą własną rubrykę "Lektury nadobowiązkowe"; podobne felietony ogłasza od pewnego czasu w poświęconym książkom dodatku do "Gazety Wyborczej").

Wisława Szymborska w chwili, gdy do zakopiańskiego pensjonatu Astoria, w którym przebywała, dotarła wiadomość o przyznaniu jej Nagrody Nobla

Pierwszy tom wierszy Dlatego żyjemy wydała w siedem lat po wspomnianym debiucie, w 1952 roku. W połowie lat pięćdziesiątych z grona młodych autorów, ugrzęzłych przeważnie w sprawach doraźnych, Wisławę Szymborską wyróżniała zdolność do uogólniania z pominięciem socrealistycznych schematów. Jej historyjkę o zgubionym kluczu do mieszkania czyta się dziś jak obrachunek z dogmatyzmem: Był klucz i nagle nie ma klucza. Wyobraźnia poetycka zderzyła się tu z predyspozycją do myślenia krytycznego.

Drugi zbiór, Pytania zadawane sobie (1954), potwierdził,że autorka nie daje się złapać w sidła gotowych odpowiedzi. Dlatego i poetycka reakcja Szymborskiej na wydarzenia 1956 roku okaże się filozoficznie i moralnie głębsza. Bo nie o samousprawiedliwienie - jak tylu innym twórcom - jej chodziło: oskarżała samą siebie o równowagę ducha pomiędzy nie sprawdzoną a sprawdzoną prawdą. Tracąc zaufanie do przemijających prawd historii, relatywizm uzna za regułę rządzącąnawet pamięcią zbiorową:

Dziś o wieczności więcej wiem:
można ją dawać i odbierać.

Tak pisała w dramatycznym wierszu Rehabilitacja z kolejnego tomiku, Wołanie do Yeti (1957), próbując ironią pomniejszyć gorycz zdobytego doświadczenia. Rozwiązanie znalazła na miarę przeżytego wstrząsu:czas własną głowę w ręce brać... - i nie tylko na "własną" epokę, także na dzieje ludzkości spojrzeć z dystansu, a miłość opisać w stylu "buffo", czyli nie przyjąć do wiadomości klęski nie do uniknięcia, strach zaś ukryć pod maską groteski. Wtedy łatwiej pogodzić się z tym, że na koniec człowiek jest tylko ciałem i urwanym szeptem, że wszystkim rządzi wszelki wypadek.

Z takich refleksji wyrażających kruchość ludzkiego istnienia ukształtował się autoironiczny, prześmiewczy heroizm Szymborskiej (określenie J. Kwiatkowskiego). Z tym że nie sposób wypreparować go z wierszy, oddzielić od ich warstwy anegdotycznej i kolejnych pięter metafor. Zresztą czy warto to robić?

Zbiór Wołanie do Yeti wiele łączy z kolejnymi: Sól (1962), Sto pociech (1967), Wszelki wypadek (1972). Powtórzmy za samą autorką, że wiersz po wierszu wymyśla w nich świat, wydanie drugie, poprawione - całkowicie po swojemu, z elementami karykatury, parodii, groteski, łagodnej drwiny. Potwierdza to na różne sposoby, ale zawsze z autoironią: jestem jednorazowa aż do szpiku kości...

W tych tomach wykształciła już w pełni własną, aforystycznie zwięzłą formę wypowiedzi lirycznej, opartą najczęściej na zaskakującym koncepcie - intelektualnym lub emocjonalnym - przy czym punktem wyjścia są zwykle obserwacje konkretnych zdarzeń i problemów: pójście do kina, rozstanie na dworcu, wizyta w zoo, łowienie ryb w rzece. Nauczyła się mówić głosami różnych osób, by móc wcielić się w maturzystkę, przewodniczkę w muzeum, "być" staruszką z przytułku, mityczną Kasandrą, czy... pastylką na uspokojenie. A gdy zaintryguje ją obraz starego mistrza (Rubensa lub Vermeera), wokaliza śpiewaczki - sopranistki z opery włoskiej - jak iluzjonistka ze słów potrafi wyczarowywać ich świat; co więcej, wejść w niego, jakby istniał naprawdę.

Tak uczyniła na przykład w Kobietach Rubensa, Pejzażu i Koloraturze. Żaden z tych wierszy nie został skonstruowany tylko dla zademonstrowania efektownego chwytu, nastroju: każdy z nich "dźwiga" jakiś problem. Są parodią różnych stylów, a jednocześnie skłaniają do refleksji na temat ograniczeń w sztuce i życiu, odrzuconych "skorup świadomości", zafałszowań kulturowych i nadużywania "wielkich słów" bez pokrycia, które - zdarza się - robią w pewnych okolicznościach zawrotną karierę.

Koloratura z wariacjami na temat człowieka przez wysokie C to wiersz-aria, jakiego dotąd nie było w naszej poezji. Jest bowiem nie tylko opisem wirtuozerii, ale i swoistym jej popisem - w sferze dźwięków i w konsekwentnej metaforyzacji pojęć na wyższych piętrach.

W latach siedemdziesiątych Wisława Szymborska przyjęła postawę outsiderki, która źle sobie radzi z wielkimi liczbami, ciągle ją wzrusza poszczególność i zachowuje czułość dla rzeczy nieważnych. Kiepsko przygotowana do zaszczytu życia w gierkowskich "dekoracjach" postrzegała tym wyraźniej absurdy nowej "utopii" wokół siebie. Warto porównać jej tom Wielka liczba (1976) ze zbiorem Ludzie na moście (1986), który zawiera wiersze pisane już w okresie stanu wojennego. Po raz drugi, po latach, Szymborska znalazła się w pułapce historii. Obrona własnej, prywatnej apolityczności pomiędzy 13 grudnia 1981 a 4 czerwca 1989 roku stała się kwestią podstawową, skoro wszystko...

O czym mówisz, ma rezonans,
o czym myślisz, ma wymowę
tak czy owak polityczną.
Nawet idąc borem lasem
stawiasz kroki polityczne
na podłożu politycznym.
Wiersze apolityczne też są polityczne,
a w górze świeci księżyc,
obiekt już nie księżycowy.
Być albo nie być, oto jest pytanie.
Jakie pytanie, odpowiedz kochanie.
Pytanie polityczne.

Nie tylko Szymborska okazała się w owych latach konsekwentna i bezkompromisowa, ale tylko ona jedna potrafiła połączyć odwagę myśli i sformułowań z humorem, lotną ironią, gazetową publicystykę zaś zmienić w lirykę (np. w wierszu Możliwości). I przedstawić to, co się wówczas działo, z pozoru całkiem niepoważnie jako jarmark cudów, gdzie wszystko może się zdarzyć, nawet kilka cudów w jednym i jeszcze...

Cud dodatkowy, jak dodatkowe jest wszystko:
co nie do pomyślenia
jest do pomyślenia.

Nieprzemienna w nic - nie poszukała oparcia na przykład w tradycji romantycznej. Zawsze były jej bliższe idee racjonalistyczne, zwłaszcza osiemnastowiecznych, oświeceniowych poetów i filozofów. A przecież u nas uwikłanie w romantyzm wciąż określa postawy wielu twórców, także Różewicza i Herberta. Dlatego może autorce Stu pociech łatwiej przyszło osiągnąć "umiarkowany optymizm", w czym znów różni się od wspomnianych wyżej poetów. Tłumacze jej wierszy na angielski zaznaczają, że i od wielu poetów europejskich, którzy z kolei ulegają chętnie pesymizmowi filozofii egzystencjalnej. Od tej ostatniej poetka zdystansowała się kilka lat temu sama: egzystencjaliści są monumentalnie i monotonnie poważni, nie lubią żartować.

Najnowsze wiersze Szymborskiej, pisane już w latach dziewięćdziesiątych, wyrastają przede wszystkim ze zdziwienia i zdumienia:

Wielkie to szczęście
nie wiedzieć dokładnie,
na jakim świecie się żyje.

Zebrane w tomie o symbolicznym tytule Koniec i początek, zapożyczonym od jednego z utworów, składają się na opowieść o świecie, w którym...

To nie sny są szalone,
szalona jest jawa.

Co jest ważne, czego wymaga od nas życie? Obchodzić należy okrągłe rocznice czy może kamyki na brzegu? Niewiadome jest piękne, piękniejsze od...? - to kolejna zagadka nie do rozwiązania w tym świecie. Przypadek pokazuje swoje sztuczki z czasem i z przestrzenią. Wszystko zmienia się, jak w kalejdoskopie:

Tak wiele jest Wszystkiego,
że Nic jest całkiem nieźle zasłonięte.

Szymborska nadaje każdemu wersowi wagę jak największą, dopełnia znaczeniami tak, że wiele z nich to gotowe aforyzmy. Przez lata dochodziła do takiej precyzji stylu i lapidarności. W zbiorze Ludzie na moście powściągliwość słów stała się aż bolesna. Osaczona przez rzeczywistość, lubiąca ludzi poetka wyznała: Wolę piekło chaosu od piekła porządku. W wierszach z tomu Koniec i początek pojawił się nowy ton "elegijny" w jej obrachunkach z samą sobą.

Autorka Stu pociech spróbowała osiągnąć równowagę między sceptycyzmem wobec świata, po którym poruszamy się właściwie po omacku, a podziwem dla jego różnorodności. Tej, z jaką spotykamy się na co dzień. Od dawna Szymborska niezwykle ceni Michela Montaigne'a. Patrzcie, ile ten kij ma końców! - ten paradoks autora Prób stał się dla niej zachętą do przekraczania myślą oczywistości.

W wywiadzie udzielonym 4 października dziennikarzom "Gazety Wyborczej" Szymborska zaznaczyła: jestem po stronie świata. Nie. Po stronie ludzi. Bo świat to za duże pojęcie. Dotykając spraw naprawdę ważnych dla niej, wypowiedziała się z charakterystyczną dla siebie skromnością. Obmyślając swój poetycki świat - wydanie drugie, poprawione - pozostała wierna zasadzie: wybieram, odrzucając. Jest w tym zarazem pokora i doskonałość. I jest triumf zwięzłości, czyli po prostutriumf Poezji.

Mgr BARBARA RISS jest filologiem; pracuje w Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie. Zajmuje się również krytyką literacką.