Twoja wyszukiwarka

RYSZARD BADOWSKI
NA PRZEŁAJ PRZEZ ANTARKTYDĘ
Wiedza i Życie nr 1/1997
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 1/1997

WYCZYN MARKA KAMIŃSKIEGO POLEGA NA TYM, ŻE WYRUSZYŁ PRZEZ BIEGUN POŁUDNIOWY SAMOTNIE, W PIONIERSKIM STYLU.

Wczoraj Marek Kamiński - jedyny człowiek, który w ciągu jednego roku zdobył oba bieguny - rozpoczął swoją nową wyprawę: samotną wędrówkę w poprzek Antarktydy. Jeszcze nikt nie przeszedł tej trasy. ("Gazeta Wyborcza", 13 XI 1996).

Polak wyruszył na najtrudniejszą trasę na Ziemi. Nie ma jednak powodów, aby przypisywać mu pierwszeństwo marszu na przełaj przez Biały Ląd. Każdy, kto śledził historię wypraw polarnych wie, że pionierem trawersu Antarktydy jest angielski geolog i podróżnik sir Vivian Ernest Fuchs. To on po raz pierwszy w historii przebył szósty kontynent z jednego krańca na drugi, chociaż wyprawę swą odbył w warunkach znacznie bardziej komfortowych niż nasz polarnik.

Polak wyruszył w poprzek Antarktydy samotnie i pieszo, a ściślej mowiąc na nartach. Anglik stał na czele wielkiej ekspedycji, korzystającej z ciągników, sań zaprzężonych w psy i pomocy wielu ludzi.

Dr Fuchs rozpoczął swoją wędrówkę 24 listopada 1957 roku z brytyjskiej bazy Shackleton w Antaktydzie Zachodniej, przy brzegu Morza Weddella. W nocy z 1 na 2 marca 1958 roku zakończył marsz w bazie Scotta na wybrzeżu Morza Rossa. W ciągu 99 dni pokonał 3360 kilometrów.

Zapewne w podobnym czasie pokona swoją trasę Marek Kamiński, chociaż wypadek na początku drogi może opóźnić jego marsz o kilka dni. Jak wiadomo, musiał powrócić na miejsce startu po wypadku z paralotnią, która - jak żagiel - pomagała mu ciągnąć sanie. On także wybrał kierunek z Antarktydy Zachodniej do Antarktydy Wschodniej, ale w odróżnieniu od Fuchsa oznajmił, że nie będzie zatrzymywać się na biegunie południowym w amerykańskiej stacji naukowo-badawczej Amundsen-Scott. Z wywiadów, jakich udzielił przed wyruszeniem na trasę, wynikało, że nie zamierzał tam nawet wypić kakao. Polski polarnik zabrał ze sobą sanki, ważące wraz z całym wyposażeniem 200 kg. Ekspedycja brytyjska ciągnęła ze sobą trzy tony sprzętu. Wzorem pierwszych wypraw do bieguna południowego w części trasy miała przygotowane składy żywności i paliwa.

Fuchs podzielił swą wyprawę na dwie grupy. Pierwsza, pod jego kierownictwem, składała się z dwunastu ludzi i ośmiu ciągników, na których ulokowano 31 ton żywności oraz różnego rodzaju sprzętu - samego paliwa było 21 ton. O dwa dni drogi wyprzedzali czołówkę ekspedycji ludzie na saniach zaprzężonych w psy. Grupa zwiadowcza rozpoznawała drogę, wskazując grupie podstawowej, jak ominąć przeszkody terenowe, zwłaszcza lodowe ściany i szczeliny w polach lodowych.

Robert Falcon Scott

Przez pierwsze 29 dni Fuchs posuwał się z przeciętną prędkością 20 km na dobę. Było to tempo znacznie niższe, niż zakładał.

Lepiej wiodło się drugiej grupie wyprawy, która wyruszyła w stronę bieguna południowego z przeciwległego krańca Antarktydy. Kierował nią Nowozelandczyk Edmund Hillary, zdobywca Mount Everestu. Bazę na brzegu Morza Rossa opuścił wcześniej, bo 15 października 1957 roku. Posuwał się zbadaną i opisaną trasą Scotta. Trafił też na znacznie lepszą niż Fuchs pogodę. Hillary miał jedynie założyć punkty zaopatrzeniowe w miejscach przewidzianych pod biwaki, gdy wyprawa Fuchsa minie biegun południowy. Jednakże wbrew pierwotnym ustaleniom postanowił iść dalej.

W ten sposób Edmund Hillary jako trzeci w historii został zdobywcą bieguna południowego (po Amundsenie oraz Scotcie), chociaż zaszczyt ten miał przypaść dr. Fuchsowi. Decyzję o zdobyciu bieguna Hillary podjął w dniu, kiedy dowiedział się, że Fuchs, który napotkał oprócz złej pogody trudne warunki terenowe, spóźni się na biegun o 3 tygodnie w stosunku do wcześniej opracowanego harmonogramu. W sumie wyprzedził go o 17 dni.

Prasa pisała wówczas o niesubordynacji Hillary'ego oraz rywalizacji obu polarników w wyścigu do bieguna. Markowi Kamińskiemu nie będą towarzyszyć podobne stresy, chociaż niezależnie od niego niemal równocześnie zamierzają dokonać trawersu Antarktydy inni samotni wędrowcy. Wśród nich był Norweg Borge Ousland, który już rok temu próbował przejść Antarktydę z jednego krańca na drugi, ale po minięciu bieguna zrezygnował z tego zamiaru z powodu obtarcia nóg. Kamiński informował, że jego rywalami będą także Koreańczyk Cho Ouyo, Brytyjczyk Ranluph Fiennes i polarniczka francuska (jej nazwiska nie podano), która podobnie jak on przeszła wcześniej Grenlandię.

Amundsen i jego psi ulubieńcy

Ekspedycja Fuchsa odkryła w drodze do bieguna nieznane łańcuchy górskie, obecnie figurujące na mapach. Vivian Ernest Fuchs przecierał nieznane szlaki, podczas gdy Marek Kamiński co najmniej jedną trzecią drogi będzie wędrował trasą, którą przebył rok wcześniej w marszu do bieguna południowego, korzystając z opisów Fuchsa. Pod tym względem będzie miał łatwiejsze zadanie.

Fuchs, podejmując swoją wyprawę, miał 50 lat. Kamiński tylko 32 lata. To także daje przewagę Polakowi. Ale w samotnej wędrówce jest on narażony na znacznie większe niebezpieczeństwa. W razie wypadku, na przykład złamania nogi, nie może liczyć na natychmiastową pomoc.

Wiadomo, że Polak nie zabrał ze sobą radiostacji nadawczej. Wziął natomiast niewielkie urządzenie zwane GPS, które pozwala szybko określić jego pozycję geograficzną za pomocą sygnałów odbieranych z satelity. Urządzenie takie można schować w kieszeni polarnej kurtki. Ma ono kilkanaście kodów, dzięki którym samotny wędrowiec jest w stanie przekazać w eter informacje, gdzie się znajduje, jaką ma pogodę, czy potrzebuje wsparcia. Wystarczy uruchomić odpowiedni sygnał nadajnika satelitarnego i czekać na samolot, który zrzuci potrzebne rzeczy lub ewakuuje polarnika. Oczywiście, jeśli pozwoli na to pogoda.

Powrót Scotta z bieguna południowego (styczeń 1912 rok)

Kamiński ma jeszcze jedną przewagę nad swymi poprzednikami. Nie musi zabierać tyle co oni żywności. Korzysta z liofilizatów - lekkiego, sprasowanego pożywienia pozbawionego wody. Nosi także znacznie lżejszą i praktyczniejszą odzież, dzięki której może łatwiej się poruszać.

Wszystko to nie pomniejsza wagi jego wyczynu, którego znaczenie nie polega na tym, że przeciera nową trasę przez szósty kontynent, ale że czyni to samotnie, na własnych nogach, w pionierskim stylu.

PIERWSZE KROKI W NIEZNANE

Antarktyda została odkryta w 1820 roku. Ale pierwszy człowiek stanął na jej stałym lądzie dopiero w 1895 roku. Odkrywcom Terra Australis Incognita - Nieznanej Ziemi Południowej, jak ją wówczas nazywano, drogę w głąb lądu zagradzały szelfowe lody. Nie mogły ich pokonać ówczesne statki. Niektórzy zamiast płaskich brzegów napotykali wysokie bariery lodowe.

Łowcy fok i wielorybnicy, którzy zjawili się tutaj po odkrywcach, lądowali jedynie na antarktycznych wyspach, gdzie występowała zwierzyna. Kontynentu, własną stopą, pierwszy dotknął Norweg Carsten Borchgrevink. I dokonał tego w anegdotycznej sytuacji.

Ten potomek skandynawskich Wikingów od dzieciństwa marzył o udaniu się z wyprawą na Antarktydę. W tym celu przybył do Australii, skąd było znacznie bliżej do Białego Lądu. Podjął pracę jako docent na uniwersytecie w Melbourne, ale kiedy nadarzyła się okazja, porzucił ją i zaciągnął się jako prosty marynarz na statek wielorybniczy.

Kapitanem statku "Antarctic", należącego do norweskiego przedsiębiorcy Svena Foyna, był Leonard Christensen. Zgodził się on zabrać w rejs swego rodaka na miejsce jednego z marynarzy, który poprzedniego dnia utonął, wracając pijany z portu. Przypadek zadecydował zatem, że Borchgrevink dopłynął wraz z kapitanem Christensenem do wybrzeży Ziemi Wiktorii, gdzie dostrzegł przez lornetkę trójkątny, płaski półwysep wolny od lodów i śniegu, tworzący rodzaj kamienistej plaży. Zaczął wówczas namawiać dowódcę statku i przedstawiciela firmy łowieckiej, który nazywał się Henryk Bull, aby zezwolił mu na próbę wylądowania w tym miejscu.

Roald Amundsen

W książce Zdobywcy Białego Lądu Jacek Machowski pisze, że kapitan rozważył propozycję z wrodzoną sobie praktycznością. Nie ryzykując losu statku, mógł powrócić do ojczyzny jako ten, który pierwszy stanął na kontynencie Antarktydy, przynosząc sławę sobie i swojej kompanii. Objął zatem osobiście dowództwo spuszczonej na wodę łodzi, która lawirując wśród paku lodowego zbliżyła się do brzegu, omijając gęste kry. Nie przewidział tylko jednego. Zanim dziób łodzi uderzył o nabrzeżne kamienie Borchgrevink wyskoczył i brnąc po kolana w wodzie jako pierwszy stanął na lądzie, wyciągając łódź z pozostałymi pasażerami, którzy nie chcieli zmoczyć nóg. Stało się to
23 stycznia 1895 roku, a miejsce, na którym wylądował Borchrevink, znane jest jako przylądek Adare. W ten sposób niepozorny wielorybniczy statek łowiecki zapoczątkował nową erę w historii Antarktydy - podbój przez człowieka wnętrza Południowego Lądu.

Jeszcze w tym samym roku Borchgrevink wystąpił przed 1500 uczonych z całego świata na VI Międzynarodowym Kongresie Geografów w Londynie ze sprawozdaniem ze swego lądowania na szóstym kontynencie, przedstawiając im śmiałe plany dalszych badań. Wystąpienie młodego Norwega zainteresowało londyńskiego wydawcę George Newnesa, który wypłacił mu ogromną, jak na tamte czasy, sumę 35 000 funtów szterlingów na koszt pierwszej naukowej wyprawy na kontynent antarktyczny. Potraktował to jako zaliczkę na poczet książki, którą młody uczony zobowiązał się napisać.

W ten sposób 18 lutego 1899 roku Borchgrevink znalazł się ponownie na przylądku Adare z ekspedycją liczącą 31 ludzi i 90 psów pociągowych. Założył pierwszą w historii bazę na brzegu Antaktydy. Jako pierwszy przezimował na Białym Lądzie wraz ze swymi towarzyszami z ekspedycji.

Borchgrevink dokonał też pierwszych pieszych wypadów w głąb Antarktydy. Dotarł do Gór Admiralicji. Planował wejście na szczyt Sabine mający blisko 4000 m wysokości, skąd zamierzał ogarnąć wzrokiem dalsze połacie Białego Lądu. Plan ten okazał się jednak ponad jego siły.

W 1900 roku Borchgrevink stanął na Lodzie Szelfowym Rossa, skąd podjął pierwszą w dziejach wyprawę w stronę bieguna południowego, odległego o 2200 km. Zatrzymała go na 30 kilometrze prostopadła ściana lodowa. Dotarł wszkaże do 78o59' szerokości, najdalszego w owym czasie południowego punktu na globie ziemskim, jaki kiedykolwiek osiągnął człowiek.

WIELKIE MARZENIE

Ponad rok po wyprawie Borchgrevika wyruszyła ku biegunowi południowemu pierwsza wyprawa z prawdziwego zdarzenia. Kierował nią oficer marynarki brytyjskiej Robert Falcon Scott.

Posuwając się w głąb antarktycznego lądolodu Scott dotarł 31 grudnia 1902 roku do 82o17' szerokości geograficznej południowej. Stał się ojcem saneczkowych wypraw antarktycznych. Bazą wypadową Scotta była Antarktyda Wschodnia, ściślej zaś zatoka McMurdo wcinająca się w głąb Ziemi Wiktorii, a więc te miejsca, w których "okno do bieguna" przebił jako pierwszy Carsten Borchgrevink.

Krzyż radiotelegrafisty statku "Deutschland", W. Slosarczyka

Fot. Ryszard Badowski

W wyprawie Scotta brał udział fizyk Louis Bernacchi, który w 1898 roku zimował z Borchgrevinkiem na przylądku Adare. W skład jego ekspedycji wchodził także młody oficer marynarki Ernest Shackleton.

Marsz Scotta do bieguna odbywał się po terenie całkowicie nieznanym. Ciekawostką jest, że zabrał on na swą wyprawę balon na uwięzi, na którym wzbił się na wysokość 240 m, obserwując z góry teren przyszłego marszu. Na trasie swej wyprawy rozmieścił składy żywności. Początkowo korzystał ze wsparcia większej grupy ludzi, którzy towarzyszyli mu przez pierwsze dwa tygodnie marszu. Stopniowo ich odprawiał. Grupę szturmową, mającą zdobyć biegun, utworzyło ostatecznie trzech najlepszych polarników, którzy zabrali ze sobą 19 psów, ciągnących trzy pary sań.

Psimi zaprzęgami planowano pokonywać 30 km dziennie, tymczasem psy zawiodły. Dzienna prędkość ich marszu z każdym dniem spadała, aż wreszcie wyniosła 5-7 km. Warunki marszu stawały się coraz cięższe, również ludzie zaczęli opadać z sił. Chorowali na szkorbut i ślepotę śnieżną, poodmrażali twarze. Dalsze posuwanie się grupy Scotta w kierunku bieguna doprowadziłoby do pewnej śmierci, gdyż nie starczyłoby jej prowiantu na dotarcie do baz z żywnością pozostawioną na drogę powrotną. Scott zawrócił więc z drogi po ustaleniu nowego, lepszego o 300 km rekordu zbliżenia się człowieka do bieguna południowego.

SZCZĘŚCIE BYŁO BLISKO

W trójce usiłującej zdobyć biegun pod dowództwem Scotta znajdował się Shackleton, który po powrocie do Anglii postanowił zorganizować własną wyprawę do bieguna. Lekarze wyciągnęli go ze szkorbutu, ale nie potrafili wyleczyć z "choroby polarnej".

W swym pamiętniku zwierzał się potem z nieposkromionej tęsknoty za Białym Lądem: Świat czarodziejskich obszarów polarnych wbija się w serce tych, którzy tam byli, bardziej aniżeli to sobie mogą wyobrazić ludzie nigdy nie opuszczający ziem zamieszkałych.

"Endurance" uwięziona w lodach Morza Weddella

Jakże to koresponduje z myślą Marka Kamińskiego, wyrażoną w jednym z jego wywiadów, w którym wyjawił, że chce być na Antarktydzie jak najdłużej, bo tam czuje się najlepiej. Dla mnie nie jest ważne, czy przejdę tę trasę jako pierwszy. Po prostu kocham Antarktydę.

Gdy biegun południowy nie był jeszcze zdobyty, współzawodnictwo o dotarcie do niego za wszelką cenę miało większe niż dziś znaczenie. Zwłaszcza dla podatnych na rywalizację sportową Anglików. Dla nich było to bowiem coś w rodzaju sportowego wyczynu.

Shackleton marzył nie tylko o zdobyciu południowego bieguna geograficznego, ale również o osiągnięciu bieguna magnetycznego. Na jego wyprawę zgłosiło się 400 ochotników. Mógł zabrać tylko piętnastu. Zrażony do psów jako siły pociągowej, po zawodzie, jaki sprawiły podczas marszu Scotta do bieguna, postanowił po raz pierwszy w dziejach wypraw antarktycznych użyć koni. Były to wytrzymałe kucyki mandżurskie. Po namyśle zabrał wszakże dodatkowo 9 psów oraz spalinowy pojazd mechaniczny.

Scott zabronił Shackletonowi korzytania z jego bazy wyjściowej. Dlatego swoją kwaterę zimową Shackleton założył koło Przylądka Roydsa, 40 km dalej na północ od bieguna.

Przed wyruszeniem ku biegunowi, trzech uczonych z wyprawy Shackletona zdobyło leżący na przybrzeżnej wyspie Rossa wulkan Erebus, wspinając się na wysokość około 4000 metrów. Dzień właściwego wymarszu na biegun nadszedł 29 października 1908 roku. Początkowo na trasę wysłane zostały zaprzężone w psy sanie oraz samochód. Wehikuły te wiozły ładunki do pierwszego składu, założonego w dawnym baraku Scotta, ponieważ Shackleton postanowił iść na biegun znaną już sobie trasą. Szef nowej wyprawy posuwał się w głównej, czteroosobowej grupie szturmowej, której towarzyszyły cztery koniki mandżurskie. Każdy z nich ciągnął sanie z ładunkiem o ciężarze około 700 kg. W pierwszym składzie bagaż przepakowano i zmniejszono obciążenie sań o ponad połowę. Mimo to konie się nie sprawdziły, raniły sobie bowiem nogi odłamkami lodu, a w głębokim śniegu zapadały się po brzuchy. Drogę do bieguna i z powrotem Shackleton obliczał na 91 dni. Na tyle czasu zabrał też prowiantu. Tempo marszu było jednak niższe od oczekiwanego.

Marek Kamiński (z lewej) jest jedynym człowiekiem, który zdobył oba bieguny w ciągu roku. Na zdjęciu: razem z Wojciechem Moskalem na biegunie północnym 22 maja 1995 roku

Fot. Wojciech Moskal

Wielkim dniem wyprawy stał się 26 listopada. Tego dnia przekroczono najdalszy punkt, do którego dotarł Scott. Pobicie dotychczasowego południowego rekordu uczczono maleńką buteleczką likieru, którego przypadło na każdego po... łyżeczce od herbaty.

Stopniowo pozbywano się koni. Ich mięso zostawiono w składach na drogę powrotną. Przedostatni koń został zastrzelony po przejściu 450 km. Od bieguna wyprawę dzieliło jeszcze 800 km.

Teraz ludzie wprzęgli się w jedne sanie, ważące wraz z ładunkiem 310 kg, a ostatni koń ciągnął drugą parę sań. Shackleton powiedział później, że byli zlani potem jak galernicy. Tym bardziej, że napotkali na drodze Wyżynę Edwarda VII, a w pewnym momencie musieli też pokonać stromy lodowiec wciśnięty między dwa łańcuchy górskie. Shackleton nazwał go Lodowcem Beardmore na cześć swego przyjaciela i jednego z fundatorów wyprawy.

Ostatni koń 7 grudnia runął w przepaść. Jeden z towarzyszy Shackletona cudem utrzymał się na krawędzi szczeliny lodowej. Od tego dnia siłę pociągową dla obu par sań, ważących łącznie 450 kg, stanowiło już tylko czterech śmiertelnie zmęczonych ludzi.

Wypadek, który zdarzył się w odległości przeszło 500 km od bieguna, pozbawił Shackletona i jego towarzyszy 70 kg mięsa, tyle bowiem ważył koń. Musieli wprowadzić ograniczenie racji żywnościowych. Żuli nawet pozostałości końskiej paszy.

W połowie grudnia znaleźli się w górach. Boże Narodzenie powitali na wysokości 2896 metrów. Nie był to jednak jeszcze koniec wspinaczki. 1 stycznia 1909 roku przecięli 87 równoleżnik, bijąc dotychczasowe polarne rekordy obu półkul. Przed nimi nikt jeszcze nie był tak blisko żadnego bieguna Ziemi. Byli wyczerpani. 4 stycznia temperatura ich ciał wynosiła u wszystkich poniżej 34.4oC. 6 stycznia zużyli końską kukurydzę, którą ssali jak cukierki. 7 stycznia zaskoczył ich huraganowy wiatr przy temperaturze powietrza -39oC, chociaż
na południowej półkuli przypadał właśnie środek polarnego lata. 9 stycznia dotarli do 88o23' szerokości południowej. Stąd zawrócili. Od bieguna dzieliło ich zaledwie około 150 km.

BIEGUN ZDOBYTY

Gdy Shackleton wracał do kraju, w Londynie sposobiła się do wyruszenia na biegun południowy następna ekspedycja brytyjska. Przygotowywał się do niej ponownie Robert Falcon Scott, który tym razem, wzorem Shackletona, postanowił zabrać ze sobą 19 koników mandżurskich oraz trzy pary sań motorowych, nie rezygnując wszakże z psów, które podczas poprzedniej wyprawy tak go zawiodły.

Była to największa z dotychczasowych ekspedycji na biegun. Druga wyprawa Scotta liczyła 65 osób. Trzy różne środki lokomocji miały jej zapewnić pełne powodzenie. Ale od początku mieli pecha. Jedne sanie motorowe utopiły się podczas wyładunku. Pozostałe dwie pary okazały się niewiele więcej warte od samochodu Shackletona. Już na początku wyprawy padło kilka koni. Część z nich na krze zaatakowały stada drapieżnych orek. Wśród gwałtownej zamieci stracono sporo zapasów żywności. 2 marca 1911 roku, po dwu miesiącach od chwili wylądowania na skraju Lodu Szelfowego Rossa, Scott zapisał w swoim dzienniku: Jeśli tak dalej pójdzie, jak w ostatnich 48 godzinach, to moja wyprawa zostanie zrujnowana.

Gdy Scott walczył z przeciwnościami losu, zaskoczyła go wiadomość, że u stóp Bariery Lodowej Rossa, nieopodal Ziemi Edwarda VII, stoi na kotwicy norweski statek "Fram". To Amundsen, nie zdradzając nikomu wcześniej swych zamiarów, stanął do rywalizacji o zdobycie bieguna południowego. Zatrzymał się w tej samej zatoce Morza Rossa, którą Scott nazwał kilka lat temu Balonową, a która obecnie nosiła miano Zatoki Wielorybiej.

Fot. Wojciech Moskal

Wyścig Scotta i Amundsena do bieguna rozpoczął się w tym samym sektorze Antarktydy. Do jej brzegów Amundsen dotarł 11 dni po Scotcie. Wybrał miejsce leżące o 100 km bliżej bieguna niż Zatoka McMurdo. W miejscu jego lądowania roiło się od fok i pingwinów, co zapewniało ludziom i psom duże ilości świeżego mięsa.

Po przezimowaniu na przeciwległym końcu Morza Rossa, Scott wyruszył w stronę bieguna 1 listopada 1911 roku. Zła pogoda nie pozwalała mu uczynić tego wcześniej. Amundsen wyprzedził go o 10 dni. Zdążył w tym czasie nadrobić różnicę odległości, jaka dzieliła obie wyprawy od bieguna w momencie opuszczenia obozowisk.

Scott szedł trasą dobrze sobie znaną. Amundsen wytyczał nowy szlak. Wyprawa Scotta poruszała się jednak wolniej. Brytyjczyk podzielił ją bowiem na trzy grupy. Pierwsza na mechanicznych pojazdach gąsiennicowych pokonywała dziennie zaledwie 10 km. Na 225 kilometrze trasy pojazdy trzeba było porzucić. Nie mniejszy zawód aniżeli pojazdy mechaniczne sprawiły Scottowi kucyki. Ostatnie z nich, niezdolne do dalszego marszu, zastrzelono u podnóża Lodowca Beardmore. Tym razem najlepiej spisywały się psy, ale dla nich z kolei zabrakło żywności, gdyż Scott na początku wyprawy potraktował je jako rezerwę.

Dociągnęły one sanie do 83o30' szerokości południowej, a więc doszły dalej niż w pierwszej wyprawie Scotta do bieguna w 1902 roku. Z tego miejsca Scott odprawił pierwszą wspierającą go grupę. Po wejściu na szczyt lodowca odesłał następną. Trzecia grupa otrzymała rozkaz powrotu z 87o32' szerokości południowej. Do bieguna zmierzała od 4 stycznia 1912 roku tylko piątka Brytyjczyków.

Scott nie wiedział, że 14 grudnia 1911 roku Amundsen zdobył biegun. 30 grudnia obaj przecięli 87 równoleżnik - Amundsen wracał wtedy z bieguna, a Scott ciągle do niego podążał. Jeden zmierzał na północ, drugi wciąż szedł na południe. Minęli się w odległości 150 km.

Amundsen, który od początku postawił na najlepsze grenlandzkie psy pociągowe, przemierzał dziennie 15-20 km, a w drodze powrotnej jego znacznie lżejsze sanie pokonywały w ciągu doby 50-70 km. Jednego dnia psi zaprzęg Amundsena osiągnął nawet 100 km, bijąc wszelkie rekordy dotychczasowych podróży polarnych. Znacznie lepiej niż Scott rozmieścił Amundsen swoje składy żywnościowe. Zdrów i cały wrócił zatem 22 stycznia 1912 roku do bazy Framheim, z której rozpoczął marsz mniej więcej wzdłuż 163 południka długości zachodniej. Scott po dotarciu do bieguna 18 stycznia 1912 roku wyruszył pieszo w drogę powrotną. Zamarzł prawdopodobnie 29 marca 1912 roku. W każdym razie tego dnia kończą się notatki w prowadzonym do ostatniej chwili dzienniku. Ostatnie jego słowa brzmiały: Śmierć nie może być już daleko. Szkoda, ale nie sądzę, abym mógł jeszcze dalej pisać. Resztkami sił dodał jeszcze: Na litość boską, zatroszczcie się o naszych bliskich. Dopiero w listopadzie 1912 roku, pod 79o50' szerokości południowej, wyprawa poszukiwawcza znalazła zwłoki Scotta i jego trzech towarzyszy. Leżeli zasypani śniegiem w niewielkiej odległości od składu, w którym znajdowała się tona żywności.

DALEJ NIŻ NA BIEGUN

Ciekawe, że pierwsza myśl o trawersie Antarktydy, a więc przemierzeniu jej przez biegun z jednego krańca na drugi, zrodziła się jeszcze przed zdobyciem bieguna południowego. Niezwykle śmiały plan zorganizowania wyprawy transantarktycznej, która przeszłaby od Morza Weddella do Morza Rossa, wysunął młody oficer niemiecki dr Wilhelm Filchner, znany dotychczas jako badacz Tybetu.

Celem Filchnera było zdobycie bieguna południowego od strony Morza Weddella, czego nikt przedtem nie próbował dokonać. Wpadł on na pomysł, z którego po latach skorzystał Fuchs, aby wysłać na biegun dwie grupy saneczkowe jednocześnie. Jedną z brzegów Ziemi Coatsa w Antarktydzie Zachodniej, drugą idącą drogą Shackletona od strony Zatoki McMurdo w Antarktydzie Wschodniej. Pierwsza grupa miała zdobyć biegun i iść dalej w stronę Morza Rossa. Na Lodowcu Beardmore powinna na nią czekać grupa pomocnicza. Obie grupy miały pozostawać w kontakcie radiowym. Filchner zamierzał po raz pierwszy na Antarktydzie zastosować telegraf bez drutu.

Plan Filchenra zaopiniowali pozytywnie Shackleton i Scott. Obaj byli jednak zajęci realizacją własnych zamierzeń. Filchnerowi nie udało się zdobyć odpowiednich funduszy. Ponieważ na Morze Rossa wyruszyły właśnie wyprawy Scotta i Amundsena, zredukował swoje ambitne plany o połowę i postanowił zaatakować biegun jedynie od strony Morza Weddella.

W wyprawie Filchnera brał udział radiotelegrafista W. Slosarczyk, prawdopodobnie Polak z zaboru pruskiego.
26 listopada 1911 roku utonął w czasie wycieczki szalupą do czoła lodowca, który zaczął się "cielić". Ogromna masa lodu runęła do zatoki, powodując spiętrzenie fali. Było to na Georgii Południowej w pobliżu norweskiego osiedla wielorybniczego Grytviken.

Statek Filchnera wyruszył więc ku brzegom kontynentu Antarktydy bez radiotelegrafisty. Gdy pod koniec marca 1912 roku po odkryciu Bariery Lodowej Filchnera statek wmarzł w lody na Morzu Weddella, nie miał możliwości nawiązania kontaktu radiowego ze światem. W czasie dryfu w lodach, trwającego prawie rok, zmarł kapitan statku "Deutschland" Richard Vahsel, co ostatecznie załamało plany Filchnera i zmusiło go do powrotu do Niemiec.

Filchner zmarł w maju 1957 roku, a więc nie dożył realizacji swoich planów przez wyprawę Fuchsa-Hillary'ego. Był jednak wcześniej świadkiem tragedii, jaka spotkała Shackletona, gdy w 1914 roku udał się po raz trzeci na Antarktydę, w zamiarze przejścia jej w poprzek, a więc dokonania czegoś więcej niż Amundsen i Scott.

Statek "Endurance", na którym Shackleton dotarł do Ziemi Coatsa, skąd wyprawa brytyjska, przyjęta wcześniej przez króla, zamierzała rozpocząć trawers Antarktydy, podzielił losy statku "Deutschland". Także wmarzł w lody i rozpoczął przymusowy dryf po Morzu Weddella. 27 października 1915 roku zmiażdżyły go lody. Shackleton przedostał się w małej łodzi ratunkowej na odległą o 1200 km Georgię Południową, aby sprowadzić pomoc dla swej załogi, wysadzonej na krę. Schroniła się ona na Wyspie Słoniowej, należącej do archipelagu Szetlandów Południowych. Shackleton próbował raz jeszcze pożeglować do brzegów swej ukochanej Antarktydy na niewielkim wielorybniczym statku "Quest". 4 stycznia 1922 roku zawinął do portu Grytviken na Georgii Południowej, którą tak pięknie wspominał. Tu zmarł niespodziewanie na atak serca.

Filchner, Shackleton, Fuchs - to pionierzy trawersu Antarktydy. Trzeci z nich dokonał tego, czego nie zdołali dwaj pierwsi. W 32 lata po Fuchsie postanowiła przeciąć Antarktydę w poprzek kolejna wyprawa. Była to międzynarodowa ekspedycja "Transantarctica", składająca się z przedstawicieli sześciu krajów, która na trzech parach sań, ciągniętych przez 24 psy, wyruszyła do bieguna południowego taką samą trasą jak dr Fuchs, ale po osiągnięciu stacji Amundsen-Scott skierowała się nie w stronę Morza Rossa, lecz udała w znacznie dłuższą, bo liczącą 6400 km marszrutą do wewnątrzkontynentalnej radzieckiej stacji Wostok, aby stamtąd podążyć do radzieckiej stacji Mirnyj na brzegu Morza Davisa.

Wyprawa ta, podobnie jak później Marek Kamiński, trenowała transantarktyczny marsz na Grenlandii, którą przeszła w 62 dni. Pokonanie na przełaj Antarktydy zaplanowała na 6 miesięcy. Inicjatorami tej eskapady byli Francuz dr Jean-Louis Etienne i Amerykanin Will Steger. Uczestniczył w niej Wiktor Bojarski, współpracownik radzieckiego Instytutu Arktyki i Antarktyki, a także Japończyk Keizo Funatso, Anglik Geof Sommers i Chińczyk Quin Dahe, który miał już za sobą dwa zimowania na Antarktydzie.

"Transantarctica" wyruszyła w drogę 27 lipca 1989 roku z Wyspy Robertsona, leżącej w pobliżu Półwyspu Antarktycznego, gdzie znajdują się stacje naukowo-badawcze wielu krajów. Gdy jej sanie znajdowały się jeszcze w drodze do bieguna, o zamiarze dotarcia do niego na nartach, a potem dalszej wędrówki w poprzek kontynentu powiadomili sławny alpinista
austriacki Reinhold Messner oraz Niemiec Arved Fuchs. Mieli oni wyruszyć w parze.

Tymczasem dwudziestodwuletni adwokat z Norwegii, Erling Kagge, jako pierwszy człowiek w historii zdobył biegun południowy na nartach. Dokonał tego w styczniu 1993 roku. Chyba na nim wzorował się Marek Kamiński, podejmując w 1995 roku swój samotny marsz na biegun południowy, gdyż podobnie jak on wystartował z Wyspy Berknera i korzystał z prywatnej amerykańskiej bazy turystycznej Patriot Hills. Mieli podobny bagaż (Norweg ciągnął 125 kg żywności i paliwa na swych saniach, Kaminski 120 kg), obaj posługiwali się odbiornikiem systemu satelitarnego GPS. Swą trasę Norweg pokonał w 50 dni (10 dni mniej niż planował), a Polak w 53 dni. W drodze obaj nie widzieli innych ludzi, nie mieli możności mycia się i zmiany odzieży. Wyczyn Polaka tym różnił się jednak od wyczynu Norwega, że dla Kamińskiego był to drugi biegun w tym samym roku kalendarzowym.

Gdy Erling Kagge kończył podróż na biegunie 7 stycznia 1993 roku z Zatoki Gould Bay w pobliżu Wyspy Berknera szli jego śladem na nartach dwaj Brytyjczycy - Ranluph Fiennes oraz Michael Stround. Na biegun dotarli 16 stycznia 1993 roku. Potem przez Góry Transantarktyczne doszli do Lodowca Beard-
more i trasą Scotta oraz Fuchsa dotarli do Morza Rossa. Ich trawers Antarktydy trwał 88 dni. Była to najdłuższa w historii Białego Lądu wyprawa na nartach.

Czterdziestoośmioletni Fiennes, arystokrata i przyjaciel księcia Karola, zdobył obydwa bieguny ziemi (podobnie jak dwa lata poźniej Marek Kamiński). Jest on znanym autorem książek podróżniczych. Wspinał się w Andach, walczył na Bliskim Wschodzie, był kilka razy ranny, doznał wielu odmrożeń, stracił połowę palców u nóg i mało co nie oślepł. Jednego trawersu Antarktydy było mu jednak za mało. Po wyprawie w dwójkę zamarzył o samotnym przejściu na nartach szóstego kontynentu. Postanowił pokonać ponownie Biały Ląd w tym samym czasie i podobną trasą co Polak, ale oddzielnie. Jak niegdyś uczynili to Amundsen i Scott.

PRZYSTAŃ SZALEŃCÓW

Nazwa Patriot Hills pojawiła się w prasie z okazji wypraw Erlinga Kagge, Marka Kamińskiego i podobnych do nich entuzjastów Antarktydy. Ta jedyna na Białym Lądzie prywatna, turystyczna, czysto komercyjna baza, a właściwie pole namiotowe na śniegu i mrozie, nazywana jest często przystanią szaleńców.

Współrzędne Patriot Hills są następujące: 80o20'S, 81o25'W. Baza, której nie ma jeszcze na większości map Antarktydy, rozlokowała się na południowym brzegu Morza Weddella, a właściwie Lodu Szelfowego Filchnera. Szukać jej należy u podnóża pasma Heritage Range w Górach Ellswortha, stanowiących jej malownicze tło.

Od Wyspy Berknera, którą Marek Kamiński wybrał jako miejsce swego startu już po raz drugi, dzieli ją kilkaset kilometrów. Znajduje się ona po przeciwległej stronie Lodu Szelfowego Filchnera.

Klientelę Patriot Hills stanowią majętni turyści, którzy pragną przeżyć niezwykłą przygodę na Antarktydzie. Mogą stąd odbywać piesze wędrówki po szelfowym lodowcu lub lądolodzie, dokonywać wspinaczek w górach, albo przelecieć się nad Białym Lądem jedną z trzech stacjonujących w bazie taksówek powietrznych. Samolociki te startują na płozach z naturalnego pasa idealnie płaskiego lodu. Mogą też na nim lądować ciężkie i wielkie samoloty transportowe Herkules, używane przez armię amerykańską. Jedna z maszyn tego typu utrzymuje stałą łączność bazy z Punta Arenas nad Cieśniną Magellana. Jest to należące do Chile najdalej na południe wysunięte miasto kuli ziemskiej, wśród którego stałych mieszkańców spotkać można Polaków.

Lot Herkulesa z Punta Arenas do bazy Patriot Hills trwa sześć godzin. Na Wyspę Berknera zamówić można z Patriot Hills kurs powietrzny na Cessnie lub samolocie Twin Ottery.

Fot. Wojciech Moskal

Z Patriot Hills do bieguna jest około 1400 km. Od bieguna do Morza Rossa około 2200 km. Nieco więcej, gdy ktoś decyduje się na trasę Amundsena. Mniej o około 100 km, gdy kroczy trasą Scotta. Jedną z tych tras miał wybrać Marek Kaminski po dotarciu na biegun południowy.

Czas jego marszu będzie się wszystkim dłużył. Jedyne wieści o Polaku mogą docierać do nas przez system satelitarny Agros za pośrednictwem Centrum Badań Kosmicznych w Tuluzie. Francuscy operatorzy będą informować, gdzie nasz polarnik aktualnie się znajduje, jakie ma samopoczucie, jaka towarzyszy mu pogoda. To bardzo mało. Ale zarazem bardzo dużo, kiedy zważy się, że o Amundsenie i Scotcie nic nie było wiadomo, dopóki Amundsen nie zjawił się na brzegu Morza Rossa po zdobyciu bieguna i dopóki nie odnaleziono ciał uczestników wyprawy Scotta oraz nie przeczytano pamiętnika ich dowódcy.

Antarktyda nie przestała być groźna. Ale ludzie wiedzą o niej obecnie znacznie więcej. Współcześni zdobywcy Białego Lądu mogą liczyć na pomoc wielu antarktycznych baz i stacji naukowych. Nawet samotny wędrowiec nie pozostaje dziś na tym kontynencie sam. Razem z nim są nie tylko jego rodacy, jest wielu życzliwych ludzi na całym globie.

Archiwalne zdjęcia pochodzą z książek Aliny i Czesława Centkiewiczów: Tajemnice szóstego kontynentu, Czytelnik 1970; Nie prowadziła ich Gwiazda Polarna, Iskry 1974; Człowiek, o którego upomniało się morze, Iskry 1969.

RYSZARD BADOWSKI - dziennikarz, podróżnik, autor kilku książek i filmów dokumentalnych o Antarktydzie.