Twoja wyszukiwarka

X.RUT
SĄ TAKIE PYTANIA
Wiedza i Życie nr 1/1997
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 1/1997

Są takie pozornie niewinne pytania, na które głupiec tylko, albo człowiek zaślepiony swymi przesądami, co często w praktyce na jedno wychodzi, może udzielić niedwuznacznej odpowiedzi. Człek racjonalny nie skory jest na nie odpowiadać, a przyparty do muru wije się jak piskorz, robi różne uniki i w końcu wygłasza zdanie nafaszerowane zastrzeżeniami, jak dobry strudel jabłkiem i tak jak on tak zawinięte, że nie sposób ich rozwikłać. Jedno z takich pytań brzmi: czy maszyna może myśleć? (Zazwyczaj formułuje się je trochę inaczej: czy komputer może myśleć?). Inne, niby to akceptujące hipotezę Wielkiego Wybuchu, czyli powstania Kosmosu w jakimś odległym - ale nie nieskończenie! - punkcie czasoprzestrzeni, z wdziękiem pensjonarki docieka, co też było przed Wielkim Wybuchem?

Na pozór łatwo odrzec, że przed Wielkim Wybuchem niczego nie było, ale jeśli tak, to nie było też czasu, a jeśli nie było czasu, to skąd wiadomo, że było to "przed"? A może jednak przed Wielkimi Wybuchem był czas? Sam, golutki czas, w którym nie zachodziły żadne zjawiska, w którym nic nie trwało. Tak sobie ten wolny od wszelkich pomiarów czas płynął i płynął. A co świadczyło, po czym można było poznać, że płynie? A może on zamarły był, ten czas przed Wielkim Wybuchem? "Stojący", jak zegar po pradziadku, co na kredensie ku ozdobie stoi. A czy wobec braku jakichkolwiek świadków i świadectw w ogóle można odróżnić czas stojący od płynącego? Płynący wartko od wlokącego się? A co to za czas, którego biegu nie można odróżnić od zamarcia? Więc może jednak czasu też nie było, a przeto nie było żadnego "przedtem"? No, ale jeśli tak, to znaczy, że zawsze jest i było po Wielkim Wybuchu. I samo pytanie "co było przed Wielkim Wybuchem?" nie ma sensu, jeśli przez "Wielki Wybuch" będziemy pojmować powstanie całej materii i energii (w jakiejś tam kombinacji) w jednym punkcie czasoprzestrzeni.

Może więc nie jest prawdą, co głosi ad nauseam powtarzane porzekadło, że nie ma głupich pytań, tylko odpowiedzi. Podobnie z tym pytaniem o myślące maszyny. Ale - tym razem - do rzeczy podejdziemy nieco dokładniej. Zacznijmy od tego, że chociaż oswoiliśmy się nieco z pojęciem "myślących maszyn" (głównie dzięki popularyzatorom od siedmiu boleści, epatującym nim spragnioną dreszczyku publikę), to już pytania "czy maszyna może umrzeć?", większość z nas nie potraktuje inaczej niż jako chwyt retoryczny, albo poważną niezgrabność językową. Gdyby ktoś mówił o "umieraniu maszyn", wiedzielibyśmy, że używa przenośni. "Umierać" to w codziennej polszczyźnie czasownik zastrzeżony dla ludzi, w literackiej polszczyźnie mogą umierać także drzewa (i to stojąc!), ale maszyny - nigdy.

Podobnie z rodzeniem się: co prawda czytamy czasem, że gdzieś tam na deskach projektantów rodzi się nowy model samochodu, ale doskonale wiemy, że to tylko przenośnia i to w dodatku mocno wyświechtana. Maszyny na ogół się nie rodzą. A więc ani się nie rodzą, ani nie umierają. Wobec tego chyba nie żyją, prawda? W takim razie, pytając "czy maszyny mogą myśleć?", pytamy o to, czy coś, co nie żyje, może myśleć. W podtekście pytania tkwi więc przyzwolenie na rozłączenie myślenia i życia, dopuszczenie, że myślenie może być atrybutem materii nie- ożywionej. W zupełnej sprzeczności z kartezjuszowskim cogito ergo sum, ale kto by się tam przejmował dawnymi myślicielami!

Przyjąwszy kiedyś myślenie za cechę wyróżniającą gatunek ludzki, człowiek myślący (homo sapiens) nie jest skory uznawać, że inne zwierzęta też mogą myśleć. No, czasem, w bajkach to może, ale w życiu nie godzimy się na to, aby byle kijankę albo i orangutana nawet traktować jako istotę myślącą. Wielu z nas z trudem przychodzi uznanie zwierząt za istoty czujące, obdarzone świadomością. No bo i co za świadomość swego "ja" może mieć na przykład taka mrówka, nie mówiąc już o pantofelku czy też innej amebie. I wszystkie doniesienia o egoistycznym DNA najmarniejszej choćby bakterii niewiele tu zmieniły.

Rysuje się więc niezły dylemat: odrzucamy występowanie świadomości u wielu istot żywych, dopuszczamy myślenie materii nieożywionej. Czyż byśmy więc godzili się na to, że myślenie może być jakoś oddzielone od świadomości, czy też na to, że maszyny dysponują świadomością?

Myślenie bez świadomości myślącego podmiotu jest może interesującą propozycją spekulatywną, ale doprawdy nie pokrywa się z normalnym pojmowaniem tego czasownika. Albo inaczej: "myślenie nieświadomego podmiotu" jest pojęciem nowym; niezależnie od jego definicji (która nie będzie prosta do nie-tautologicznego sformułowania!) zamienne używanie tego nowego pojęcia i pojęcia "myślenia" w jego tradycyjnym sensie jest, oczywiście, niedopuszczalne. Jeśli przeto czynności wykonywane przez komputer zechce ktoś nazwać myśleniem nieświadomego podmiotu, to proszę bardzo, nie ma żadnego problemu. Byleby tylko pamiętać, że jest to jedynie nazwa, ani lepsza, ani gorsza niż jakaś inna, dotychczas nie używana. Równie dobrze można by się umówić, iż czynności wykonywane przez komputer nazywamy "spalaniem bez obecności tlenu" i z całym spokojem twierdzić, że i owszem maszyny spalają bez obecności tlenu, czego jednak nie wolno byłoby skracać do "maszyny mogą spalać".

Pomijając tedy frywolne igraszki terminologiczne, tj. obstając, że mówiąc "myśli" mamy na uwadze czynność zakładającą co najmniej świadomość myślącego podmiotu, tak samo jak mówiąc o spalaniu zakładamy obecność tlenu, nie pozostaje nam nic innego, jak uznać, że myśląca maszyna musi mieć świadomość.

Dobrze, dobrze - ale, pardon, jaką świadomość? Świadomość czego? Ano, tu odpowiedzi mogą być nader różne. Od świadomości swojej egzystencji (tu zza obłoków energicznie potakują i Kartezjusz, i Sartre, i Jung, i nawet całe kółko wiedeńskie, jednym słowem "cały szereg" filozofów), do świadomości dobra i zła (tu z jeszcze większej wysokości życzliwie mruga Oko Opatrzności). Od świadomości doznań (bólu, przyjemności, głodu), do świadomości swej misji (zadań, popędu płciowego, roli w porządku rzeczy). Od wolnej woli (i poczucia siły względnie niemocy) do współczucia (czy, jak kto woli, instynktu stadnego). W mniejszym lub większym stopniu wszystkie te (a także sporo innych) ingrediencji mieści się w zwyczajowym pojmowaniu świadomości, stanowiącej warunek wstępny myślenia. Naturalnie, można się sprzeczać o te czy inne szczegóły, a zwłaszcza o względną wagę poszczególnych składowych. Nie warto, zwłaszcza tu, bo rzecz nie w tych czy innych proporcjach, lecz w tym, że skrajnie mało prawdopodobne jest, by ktokolwiek zechciał przypisać którykolwiek z wymienionych atrybutów jakiejkolwiek realnej maszynie.

Zwroty przypisujące jakiejś maszynie doznawanie przyjemności, okazywanie współczucia, uświadomiony popęd płciowy czy troskę o inne maszyny (lub ludzi) skłonni jesteśmy akceptować tylko w konwencji fantastyki. Ba, po użyciu takich zwrotów nieomylnie rozpoznajemy gatunek literacki. Pytanie o to, czy maszyny mogą myśleć, ma sens tylko w tej samej konwencji. W konwencji realnego świata nie dopuszcza ono odpowiedzi, każda będzie tak samo bezsensowna, jak samo pytanie.

Znajdą się, być może, czytelnicy, którzy poczują się zawiedzeni tym tekstem, na przykład dlatego, że uważają, iż na każde pytanie gramatycznie dopuszczające odpowiedź "tak/nie" zawsze można poprawnie udzielić twierdzącej lub przeczącej odpowiedzi. Takie właśnie pouczenie wygłosił pewien sędzia, zdenerwowany wymijającymi odpowiedziami świadka. A wówczas świadek spytał: A czy wysoki sąd przestał już bić swoją czcigodną małżonkę?

Ryc. Dariusz Stanert