Twoja wyszukiwarka

MAGDALENA FIKUS
TRANSGENICZNA ŻYWNOŚĆ
Wiedza i Życie nr 2/1997
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 2/1997

STRACH PRZED NIEZNANYM I NIEZROZUMIAŁYM PARALIŻUJE. CZŁOWIEK PIERWOTNY, SŁYSZĄC GRZMOT, OŚLEPIONY PRZEZ BŁYSKAWICE, KULIŁ SIĘ W JASKINI.TEN STRACH POZOSTAŁ W NAS. PRZEŻYŁ GO KAŻDY, KOGO BURZA ZŁAPAŁA W WYSOKICH GÓRACH CZY W KAJAKU NA ŚRODKU JEZIORA. JESZCZE NIE TAK DAWNO LUDZIE BALI SIĘ PAROWEJ LOKOMOTYWY I SAMOCHODU, PRZEWIDYWALI TRAGICZNE NASTĘPSTWA UPOWSZECHNIENIA TYCH DIABELSKICH URZĄDZEŃ.

Obawy przed zrekombinowanym DNA i rekombinacyjnymi białkami, czyli produktami inżynierii genetycznej, nie są polską specjalnością. Techniki, dzięki którym może jeszcze niepowszechnie i nie w Polsce obcujemy z tymi produktami, stworzono w Stanach Zjednoczonych na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Najpierw wzbudziły niepokój. Z tej potencjalnie groźnej sytuacji pierwsi zdali sobie sprawę sami biologowie molekularni. To oni wystąpili ze słynnym listem informacyjno-ostrzegawczym w czasopiśmie "Science"; to oni ustalili, a potem przestrzegali zasad bezpiecznej pracy ze zrekombinowanym DNA. Ci sami uczeni oraz ich uczniowie starali się również przez kolejne lata tłumaczyć jak najszerszym rzeszom, czym są techniki inżynierii genetycznej i jakie produkty powstają w wyniku ich stosowania. Dzięki temu dziś 40% ankietowanych Amerykanów wie, co to jest DNA.

Amerykańscy biologowie molekularni ubolewają, że to za mało. Nie wiem, czy podobne badania wykonano w Polsce, natomiast jestem pewna, że w naszym kraju wiedza o tej dziedzinie jest bardziej ograniczona, a strach przed inżynierią genetyczną większy. Nawet popularyzujący naukę dziennikarz nie wstydzi się powiedzieć: jest mi wszystko jedno, jak zrobiono modyfikowany genetycznie pomidor, ja tam wolę pomidory z działki...

Zacznijmy zatem, informując tych, którym nie jest wszystko jedno, co wiedzą, od stwierdzeń bardzo oczywistych. To nie inżynierowie genetyczni wprowadzili geny do naszego menu. Zjadając każdy produkt spożywczy pochodzenia roślinnego lub zwierzęcego, każde zwierzę i każdy człowiek zawsze, odkąd istnieje, zjadał... geny i ich produkty. Z chemicznego punktu widzenia geny to cząsteczki kwasu deoksyrybonukleinowego - DNA, produktami działania genów są inne makrocząsteczki: kwasy rybonukleinowe (RNA) i białka.

Zwierzęta i ludzie nie mogą po zjedzeniu cudzego genu skorzystać z niego w tej zjadanej formie. DNA znajdujący się w pożywieniu, które miażdżymy zębami, przeciskany jest do żołądka dzięki ruchowi perystaltycznemu początkowego odcinka przewodu pokarmowego, gdzie kwas solny zapoczątkowuje proces jego rozpadu, następnie trafia do jelita bogatego w różnorodne soki trawienne; szczególnie aktywnie rozkładany jest przez różne enzymy wytwarzane w trzustce. W końcu, produkty tych licznych etapów degradacji DNA, małe i proste cząsteczki, przenikają do krwi, która rozprowadza je do wszystkich komórek, gdzie posłużą jako materiał budulcowy do syntezy de novo kwasów nukleinowych.

Własne geny zbudować musimy sobie sami, wewnątrz naszych komórek. Tylko własne geny przekażemy z komórek rozrodczych naszemu potomstwu. Homo sapiens spożywał i nadal je geny ryb krów i kurcząt, nie stając się ich nosicielem. Geny roślin zielonych nie sprawiły, że zaczęliśmy asymilować azot cząsteczkowy. Natomiast nasze geny możemy przekazać potomstwu w wyniku miłego procesu, który genetyk nazwie krzyżówką wewnątrzgatunkową, tak jak sami otrzymaliśmy je od rodziców.

Zjadane końcowe produkty działania genów, białka, zaczynają być trawione w żołądku, a to, co ostoi się pepsynie i kwasowi solnemu, z powodzeniem rozłożą enzymy trzustki i jelit. Nasze komórki korzystają z produktów działania tych enzymów, z aminokwasów. Źródłem około połowy z potrzebnych człowiekowi aminokwasów są procesy rozkładu zjadanych białek, połowę nasze komórki syntetyzują de novo.

Taki sam los czeka każdy gen i każde białko, które dostają się do naszego przewodu pokarmowego, niezależnie od tego czy jest to gen, który od zawsze był w rybie, czy też pojawił sie w tzw. rybie transgenicznej, w wyniku manipulacji inżynierów genetycznych. Zresztą co to znaczy "od zawsze"? Wszystkie zjadane przez nas zwierzęta i rośliny dawno już przestały być takimi, jakimi je Pan Bóg stworzył - tamtych pewno nie chcielibyśmy jeść, byłyby dla naszego podniebienia zbyt łykowate, za mało lub za bardzo tłuste, miałyby za dużo kości, łusek lub ości, byłyby lekko gorzkie, za mało słodkie, miałyby za dużo pestek. To, co jemy, zostało genetycznie zmienione przez dziesiątki pokoleń tysięcy hodowców i selekcjonerów, którzy zmieniali geny, nie kontrolując tego procesu, wytwarzając tysiące odmieńców genetycznych (mutantów), z których nieliczne wybierano do dalszej selekcji, odrzucając resztę. Dopiero inżynierowie genetyczni nauczyli się kontrolować proces dodawania i odejmowania genów, panować nad nim.

Czy organizmy zmienione metodami inżynierii genetycznej mogą zawładnąć określonymi niszami ekologicznymi i wyprzeć z nich naturalnych mieszkańców? Nie można tego wykluczyć, choć wtedy, gdy wykonywano odpowiednie doświadczenia, często okazywało się, że takie organizmy są tak samo lub gorzej przystosowane do życia w warunkach naturalnych i to one wkrótce znikają ze środowiska. Tak w ciągu kilku tygodni zanikły, rozpylone nad plantacją truskawek, bakterie z rodzaju Ervinia pozbawione genu kodującego białko stanowiące zarodek krystalizacji lodu. Wypieranie "naturalnych" mieszkańców nisz ekologicznych nie jest przywilejem organizmów transgenicznych. W Adriatyku jeden gatunek śledzia, wprowadzony przez ludzi, wyparł inny mieszkający tam od dawna. Jadowite pszczoły, które przybywają z dżungli Ameryki Południowej zagrażają pszczołom kalifornijskim. Przykład królików australijskich jest aż nadto banalny.

Nim zaczęto myśleć o wprowadzaniu transgenicznych istot do naturalnego środowiska, rozważono te z potencjalnych skutków takiej decyzji, które można było przewidzieć. "Konstrukcje" genowe robiono tak, aby jak najbardziej były zbliżone do naturalnych. Ryby przeznaczone do uwolnienia do środowiska zaopatrywano w gen hormonu wzrostu ryb pokrewnego gatunku i w rybie tzw. sekwencje regulacyjne, czyli odcinki DNA regulujące aktywność danego genu. Krowom, które miały produkować obce białka w mleku, dostarczono odpowiednie geny kontrolowane przez sekwencje regulacyjne naturalnych białek krowiego mleka. Mierzono odległość, na jaką dolatywał pyłek z wiatropylnego transgenicznego rzepaku, sprawdzano, czy geny mogą być przenoszone z rośliny na roślinę przez mszyce i inne owady roślinożerne, czy geny bakterii zasiedlających przewód pokarmowy zwierząt, w tym szczególnie przeżuwaczy, mogą się przenieść do komórek nabłonka jelit, lub do innych bakterii jelitowych.

Bogate doświadczenie co do możliwości międzygatunkowego, spontanicznego przenoszenia genów z jednej do innej komórki zdobyto w ciągu dziesiątków lat poszukiwań takich metod, które w kontrolowanych warunkach laboratoryjnych pozwoliłyby na przenoszenie genów niezawodnie i z wysoką wydajnością. Do dziś takich metod nie znaleziono. W większości wypadków komórki i organizmy, które uzyskały obcy gen są nietrwałe i trzeba stosować specjalne zabiegi, aby je utrzymać i rozmnażać bez jego utraty. Nie jesteśmy mądrzejsi i bardziej wydajni niż Matka Natura wraz z Córką Ewolucją.

Ostatnio dużo słyszymy o protestach Partii Zielonych. Nie dotyczą one jednak leków czy prób terapii genowych, których wiele wariantów proponują i próbują zrealizować inżynierowie genetyczni. Może trudniej jest odbierać ludziom nadzieję na nowe, rewolucyjne metody lecznicze, łatwiej zaglądać do garnka.

Tymczasem w USA oba kierunki działań, ten medyczny i ten z zakresu biotechnologii żywności, kontrolowane są przez ten sam potężny, skuteczny, federacyjny (ogólnokrajowy) urząd, Food and Drug Administration, słynną FDA. To FDA nie dopuściła do aptek amerykańskich talidomidu. To tego Urzędu boi się każdy wytwórca leku lub barwnika do ciast. Procedura zatwierdzenia przez FDA produktu na rynek trwa wiele miesięcy, czasem lata, zazwyczaj wymagane są dodatkowe doświadczenia i testy. Dlaczego ekologowie wierzą FDA wtedy, gdy dopuszcza do leczenia ludzi ludzką insuliną wytworzoną przez bakterie, a nie wierzą kiedy... No właśnie, kiedy?

Warto przyjrzeć się tym przypadkom, gdy chodzi o nowe produkty spożywcze, którym w Ameryce FDA zapaliła zielone światło. Pierwsze to wspomnane już bakterie, które "od początku" świata żyją sobie w glebie i tuż nad nią, zasiedlając np. liście młodych sadzonek. Na wiosnę, wokół położonych na listkach kolonii tych bakterii gromadzi się woda, a kiedy przychodzi przymrozek, woda zamienia się w lód i rozsadza otaczające tkanki. Roślina ginie. Genetycy z Uniwersytetu w Berkeley zauważyli, że jeżeli bakteriom usunąć jeden konkretny gen, który steruje syntezą pewnego białka wchodzącego w skład otaczającej bakterię błony, to kryształki lodu powstają w niższej o 6o C temperaturze. Młode roślinki można wcześniej wysadzić na wiosnę i szybciej zebrać plon. Korzyści dają się zmierzyć w milionach dolarów.

Inżynierowie genetyczni usunęli bakteriom ten jeden gen. Proszę zwrócić uwagę na to, że coś usunięto z bakterii, które od "zawsze" towarzyszyły uprawom, zjadaliśmy je nic o tym nie wiedząc, bo ich niszą jest gleba, a nie człowiek. Tym niemniej zabieg ten wzbudził bardzo aktywny protest ekologicznych organizacji, które zachęcały do niszczenia upraw Bogu ducha winnych sadzonek truskawek...

Oto drugi przykład: pomidor Flavr-Savr, ten sam, którego nie chciałby jeść polski dziennikarz. Temu pomidorowi unieczynniono jego własny gen kodujący enzym, poligalakturynazę. Dzięki tej operacji skórka pomidora jest dłużej jędrna, a sam pomidor lepiej znosi transport i przechowywanie. Korzyści też są oczywiste i wymierne. W Ameryce pomidory te oznaczono w supermarketach odpowiednią etykietką, tak samo jak oznaczono Humulinę, sprzedawaną w aptekach ludzką insulinę wytwarzaną przez bakterie.

A słynne już soja i kukurydza, przeciwko którym działacze Greenpeace przykuwali się do nabrzeży portów europejskich? Rośliny te wzbogacono o gen pochodzący z bakterii Bacillus thuringensis, który koduje białko toksyczne dla larw motyli, muchówek
i chrząszczy. Tej toksyny, wydzielonej z bakterii, a nawet całych bakterii używano od 1961 roku (również w Polsce) jako naturalnego, ekologicznego środka przeciw owadom. Jest ona bardzo specyficzna. Nie zabija innych owadów (np. pszczół), nie działa na zwierzęta ani na ludzi. Sprawdzono to dokładnie, zanim zaczęto rozpylać Bacillus thuringensis nad polami, "sprawdziliśmy" to my, konsumenci produktów roślinnych, jedząc chronione tą ekologiczną metodą rośliny. Teraz kukurydza, której dodano gen z bakterii wytwarzający w jej liściach tę samą owadzią toksynę, budzi gwałtowny protest ekologów.

Fot. Studio Konkret

Jestem daleka od ośmieszania ruchów ekologicznych tak długo, jak długo działają z pobudek racjonalnych. Każda działalność ludzka może doprowadzić do różnych skutków, często nie do przewidzenia. Pionierskie sposoby wytwarzania wielu produktów należy weryfikować i ostrożnie wprowadzać w życie. Rzadko jednak udaje się je powstrzymać, tak jak nie powstrzymano rozwoju transportu samochodowego, przeszczepiania narządów, sztucznego unasienniania bydła.

W grudniu ub. roku przez polską prasę przetoczyły się komentarze i streszczenia raportu (46 stron, obfita bibliografia) wydanego przez Federację Zielonych z Krakowa, autorstwa pani Izy Kruszewskiej, zatytułowanego Bawiąc się w Pana Boga. Manipulowana genetycznie (sic! - ode mnie) żywność w Europie Środkowo-Wschodniej. Czytamy, że raport był inspirowany, bądź też współpracowało przy jego redakcji co najmniej 6 naukowo utytułowanych osób, jeden poseł na Sejm RP i międzynarodowa organizacja z siedzibą w Holandii, Greenpeace. Nakładu raportu nie podano. Trzej zapytani profesorowie stwierdzili, że nie upoważniali autorki do jakiegokolwiek przypisywania im "roli inspirującej i współpracy". W podsumowaniu raportu znajduje się zdanie wyróżnione dużymi literami: GREENPEACE UWAŻA, ŻE NIE MA USPRAWIEDLIWIENIA DLA RYZYKA EKOLOGICZNEGO, JAKIE NIESIE ZE SOBĄ INŻYNIERIA GENETYCZNA. EUROPA ŚRODKOWO-WSCHODNIA POWINNA WYBRAĆ MNIEJ SZKODLIWĄ, ALTERNATYWNĄ ŚCIEŻKĘ ROLNICTWA EKOLOGICZNEGO.

Z tym raportem nie sposób polemizować. Są w nim na pewno słuszne sformułowania, jednocześnie zawiera on dużą liczbę przekłamań, uproszczeń, przemilczeń, tendencyjnych sformułowań. Czasem tekst odwołuje się do emocji czytelnika, na przykład w zdaniach infomujących o procesie gnicia tych pomidorów, które raport określa jako "zmanipulowane genetycznie", podczas gdy chodzi o tempo ich dojrzewania. Niby mała rzecz, a w ustach konsumenta pozostaje zły smak. Czasami chodzi o brak stosownej wiedzy (rDNA w użytym kontekście bynajmniej nie oznacza rybosomalnego DNA (?), genu nie wprowadza się do komórek za pośrednictwem promotora, itp.), czasami jednak spotykamy się z tendencyjnym komentarzem, jak sądzę, przytaczanym z pełną świadomością o intelektualnym nadużyciu. Do takich należy pełne pomieszanie z poplątaniem, w całym tekście, doświadczeń, które można by wykonać, z doświadczeniami, które planuje się wykonać, które wykonano w kontrolowanych warunkach laboratoryjnych w trakcie stopniowego poznawania mechanizmów molekularnych badanych procesów, (a więc jeszcze niegotowymi do wdrażania), wreszcie z postępowaniem zmierzajacym do wytworzenia bioproduktów rynkowych.

Nie wiem skąd pojawiła się diaboliczna hipoteza o tym, że biolodzy chytrze "ukrywają" inżynierię genetyczną pod łatwiejszym do zaakceptowania pojęciem biotechnologii. Autorka konsekwentnie demaskuje zakłamanie biologów molekularnych, którzy właściwie powinni się wstydzić, że stosują w swej pracy metody inżynierii genetycznej.

Mogę jedynie zachęcić do lektury wydanych w Polsce podręczników akademickich, w których oba obszary działania są wyraźnie rozgraniczane, definiowane i nikt się nie wypiera pracy w żadnej z tych dziedzin.

W omawianym raporcie wszystko, co biologia molekularna przyniosła, przynosi i obiecuje, że przyniesie społeczeństwu, opisane jest w czarnych barwach. Autorka za szkodliwe uważa takie efekty inżynierii genetycznej, jak leczenie chorób zwierząt, uzyskiwanie genetycznie zmodyfikowanych ze względu na posiadane cechy zwierząt hodowlanych, ulepszanie metod odzyskiwania ropy naftowej, gazu i metali, odsiarczanie paliw kopalnych, oczyszczanie ścieków, rekultywację skażonych terenów, przyspieszenie rozmnażania drzew. Zamiast tego ostatniego rozwiązania proponuje się niewycinanie drzew! Raport zakłada, że uprawy odporne na herbicydy spowodują nadmierne zużycie tych ostatnich, więc lepiej nie tworzyć takich roślin. A może zamiast likwidować inżynierię genetyczną nauczyć rolników, jak należy używać herbicydów?

Zgadzam się natomiast z autorką, że na rozwiązanie czeka prawne uregulowanie tej działalności w Polsce. W tym procesie powinni uczestniczyć nie tylko ludzie nauki, choć mam wątpliwości, czy powinny proponowane w raporcie organizacje parafialne. Podpisuję się natomiast pod zdaniem ze strony 21 raportu: Na straży interesu społecznego musi stać dobrze poinformowana opinia publiczna.

Po obu stronach, po których nie stoją ani wrogowie, ani przeciwnicy - nauki i społeczeństwa, uczonych i dziennikarzy, biologów molekularnych i ekologów - potrzebna jest dobra wola i chęć zrozumienia, o czym właściwie rozmawiamy. Potrzebna jest popularyzacja osiągnięć nauki - zarówno genetyki, jak i ekologii, które stanie się naszym udziałem tylko w wyniku wieloletniej, żmudnej pracy tych, którzy tę naukę uprawiają i tych, którzy ją upowszechniają.

O podobnych zagadnieniach przeczytasz w artykułach:
(01/97) TRANSGENICZNE ROŚLINY NA CENZUROWANYM
(01/97) WOKÓŁ RYTÓW Z CÔA
(03/97) ODPORNOŚĆ KONTROLOWANA
(04/97) POMIDOR PRZECIW WŚCIEKLIŹNIE, BANAN PRZECIW MALARII
(08/97) WINO GENETYKÓW
(09/97) GENETYCZNI KOLONIZATORZY
(09/96) TRANSGENICZNE STRACHY
(04/97) TRANSGENICZNE STRACHY
(01/96) JAK ŻYĆ Z 470 GENAMI?
(06/96) Z ANTYBIOTYKIEM NA WRZODY
(01/97) DROŻDŻE W KOMPUTERZE
(12/97) NIEWINNE ZŁEGO POCZĄTKI