Twoja wyszukiwarka

X.RUT
PAN SZCZĘSNY KRYTYKUJE PRASĘ POPULARNONAUKOWĄ
Wiedza i Życie nr 3/1997
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 3/1997

Zaraz jakoś po letnim urlopie zadzwonił do mnie Pan Szczęsny (Nasza umierająca cywilizacja, "WiŻ" nr 5/1995); umówiliśmy się na Rynku Starego Miasta. Przeszliśmy się dookoła, pogderali na temat odpustowej pstrokacizny wystroju "małej architektury" ogródków kawiarnianych i kramików z dwudziestowiecznymi odpowiednikami szklanych paciorków, tu sprzedawanych aspirantom do europejskości przez wyrachowanych dzikusów. Przy okazji, Pan S. zagadnął mnie, czy wiem, jaki powszechny blamaż cywilizacyjny oczekuje nas w nieodległej przyszłości. Oczywiście, nie wiedziałem.

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, wyjaśnił Pan S., że koniec naszego wieku i tysiąclecia będziemy świętować o rok za wcześnie - o północy 31 grudnia 1999 roku. Zmianę numeru roku z 1999 na 2000 media i publika potraktują jako przejście do nowego tysiąclecia, aczkolwiek mało kto, licząc np. guziki, uzna, że dziesiąty należy już do drugiego dziesiątka, a każdy bardzo by się oburzył, gdyby pani w banku, wypłacając mu sto złotych złotówkami, zaprzestała po 99 monecie! Tak samo cały rok dwutysięczny należy jeszcze do dwudziestego wieku; zmiana tysiąclecia nastąpi dopiero w sylwestrowy wieczór roku 2000, pierwszym dniem nowego wieku będzie 1 stycznia 2001. Gwoli ścisłości trzeba dodać, że gdyby numerację lat rozpoczynał rok 0, pierwszy wiek kończyłby się z końcem roku 99 itd., tyle że ani roku 0 naszej ery, ani roku 0 po Chrystusie (ani przed Chrystusem) żadna rachuba czasu nie uwzględnia! Tak jak nikt, od przedszkolaka po emeryta, nie liczy palców: zero, jeden,..., dziewięć. (Legenda uniwersytecka głosi, że wyjątkiem był prof. Sierpiński, który nawet pakunki zabierane w podróż numerował od zera, co ponoć miało kiedyś spowodować niejakie kłopoty, ale pewności w tej materii nie ma).

Od spodziewanego błędu w rachubie tysiącleci, przeszliśmy do pleniących się błędów językowych, wynikających z tego, że się nie wie, o czym się mówi. Klasyczny przykład to cyfry oraz liczby. Wydawać by się mogło, że każdy uczeń dostatecznie wiele razy słyszał, iż cyfry to znaki, służące do zapisu liczb, jak litery - do zapisu słów. Ale choć nikt jakoś nie powie, że "litery do piosenki napisał znany poeta Makagig", to wypowiedź "cyfry obrazujące plany inwestycyjne firmy" gładko przechodzi przez wiele gardeł.

Słuchając pań i panów opowiadających przez radio i w telewizji o pogodzie, można nabrać przeświadczenia, że pomiar ciśnienia atmosferycznego wyraża się przy pomocy jakichś niewielkich stworków, zwanych hektopaskalami. "Dziś o godzinie dwudziestej w Warszawie były tysiąc trzy hektopaskale" oznajmia dama z ekranu, zapominając dodać, gdzie dokładnie one były, te hektopaskale, i jak wyglądały: takie kędzierzawe, czy może przeciwnie, uczesane na gładko. Szczyty konfuzji wywołują niedouczeni żurnaliści, którzy za najbardziej odpowiednie polskie słowo uważają zawsze to, które brzmieniem przypomina cudzoziemski oryginał. Spośród kilkunastu znaczeń angielskiego control, polskie "kontrolować" czy "kontrola" najrzadziej chyba jest prawidłowym wyborem. W polskich mediach zastępują one jednak wszystkie inne: "miasto A dostało się pod kontrolę bojowników tau-psi" (zamiast: bojownicy tau-psi zdobyli, lub opanowali miasto A). Nawiasem mówiąc, między "zdobyli" i "opanowali" też jest pewna różnica; użycie właściwego słowa wymaga znajomości stanu faktycznego. A z fonetycznego podobieństwa rosyjskiego biesiedowat' i polskiego "biesiadować" mieliśmy kabaret przez rok!

Kiedy pożal-się-boże tłumacz przekłada wypowiedź sfrustrowanego policjanta z Montany: the case is taken over by Feds and Mounties na: "sprawę przejęli Federalni i Górscy", wiem, że mam do czynienia z facetem, który nie tylko nie wie, o czym mówi, ale i nigdy w życiu nie czytał Jacka Londona, ani w oryginale, ani po polsku. A czy ktoś, do kogo nigdy nie dotarła romantyka szkarłatnych kurtek Królewskiej Konnej Policji (jak do dziś nazywa się kanadyjska policja państwowa, Royal Mounted Police - w skrócie Mounties właśnie), w ogóle może dobrze tłumaczyć teksty północno-amerykańskie?

Niechlujstwo wypowiedzi i rażący brak znajomości obydwu języków (tego, z którego się tłumaczy i ojczystego) przestały już dyskwalifikować do uprawiania zawodów polegających na mówieniu. Jakość słowa mówionego przestała cokolwiek znaczyć, a przecież niegdyś była pierwszą poręką rzetelności wypowiedzi. Ktoś, kto porządnie mówił, dawał tym świadectwo dobrego pochodzenia albo przynajmniej starannego wykształcenia; był to niezły powód, by mu wierzyć, albo przynajmniej z należytą uwagą go wysłuchać. A dziś... firmy wydają grube tysiące na reklamy swoich towarów i nikt im nie zwróci uwagi na to, że gdy do picia np. kawy zachęca się twierdząc, że ma ona bogaty smak, od razu wiadomo, że to lura, bo chwali ją chudopachołek, który ani z domu nie wyniósł, ani w życiu nie zdobył ani krztyny ogłady, bo inaczej wiedziałby, nieboże, iż po polsku smak może być "pełny", no, ostatecznie "głęboki", ale nigdy nie "bogaty". A czy taki, za przeproszeniem, prostak może coś wiedzieć o jakości kawy?

I tak sobie narzekaliśmy, podchodząc do wolnego stolika pod parasolem. Usiedliśmy, zamówili coś zimnego do picia, bo upał był straszny. I wtedy pan S., który nigdy nie prowadzi rozmowy tylko po to, by gimnastykować język, przeszedł do sedna sprawy.

Jak długo jeszcze - zaczął w tonacji stosownej dla Cycerona w Senacie (Rzymskim; Quousque..., początek filipiki przeciwko Katylinie - wyjaśniam ze względu na rażące braki klasycznego wykształcenia młodzieży poniżej lat 50) - masz Pan zamiar współdziałać z tymi pięknoduchami? Zdębiałem. Widząc wyraz pełnego zdumienia na mym obliczu, pan S., zmieniwszy głos na łagodny, co nigdy niczego dobrego nie wróżyło, zaczął wyjaśniać.

W czasie urlopu pogoda była zmienna, dużo więc siedziałem na werandzie, chroniąc się już to przed słotą, już to przed skwarem i czytałem, m.in. zaległe zeszyty "Wiedzy i Życia" oraz "Świata Nauki". Po raz nie wiem który doszedłem do wniosku, że "Scientific American" nie jest już tak dobry, jak w latach mej młodości; z pisma ciekawie piszącego o odkryciach naukowych stał się nudnawą kroniką badań, przeładowaną cytowaniami wypowiedzi ludzi, którzy w gruncie rzeczy mało co mają do powiedzenia inteligentnemu laikowi i zupełnie nieinteresującymi wyliczankami, kto i gdzie co bada. Ale taka teraz moda - artykuły w pismach naukowych też stały się okropnie nudne; czegóż jednak spodziewać się po doniesieniach sygnowanych przez kilku, kilkunastu a nawet kilkuset autorów. Wiem, wiem, że to nowa, zbiurokratyzowana etykieta wymaga takiego poplątania autorstwa z listą płac, ale nie musi mi się to podobać, prawda?

Z tym większym przeto zaciekawieniem rzucam się na teksty, w których o coś chodzi, nazwijmy je agitacyjnymi. Niekoniecznie muszę się z nimi zgadzać, ale zawsze miło poczytać, jak ktoś z pasją o coś wojuje. Tylko na Zeusa, noblesse oblige!, w czasopiśmie tej rangi nie wolno, nawet w tekstach agitacyjnych, popełniać szalbierstw. A jak inaczej nazwać argument, że nikotyna szkodzi, bo po iluś tam dniach wcierania w skórę myszy nikotyny rozpuszczonej w acetonie zwierzątko dostało raka! A jakby biedactwu wcierano zasypkę dla niemowląt rozbełtaną w acetonie, to by nie zachorowało? A jakby wcierano sam aceton? Jak inaczej niż jak szalbierstwo potraktować występujące obok siebie zachęty do rzucenia papierosów, obiecujące pełną restytucję zdrowia już po 10 latach od zaprzestania palenia i oświadczenia, że zgony na raka płuc osób, które nigdy nie paliły, przypisać należy nałogowi tytoniowemu rodziców, narażającemu owe osoby na bierne wdychanie dymu w dzieciństwie? To co, aktywny palacz po 10 latach abstynencji będzie zdrów jak ryba, ale bierny wdychacz do końca dni swoich będzie skażony? Zaiste, żarliwość agitatorów odbiera im zdolność logicznego argumentowania!

A jak określić enuncjacje feministycznych biolożek, które bez cienia eksperymentalnego poparcia, na podstawie czystej spekulacji, z asymetrii dziedziczenia chromosomów X wysuwają wniosek, że walory umysłowe dziedziczy się po kądzieli, a urodę po mieczu?

Dopiliśmy, zapłacili i niespiesznym krokiem skierowaliśmy się ku Nowemu Miastu. Na szczęście, uwagę pana S. przyciągnęły "wyroby artystyczne z drewna" rozłożone na flankach barbakanu. Jego komentarzy na ten temat nie mogę opublikować ze względu na tzw. moralność publiczną; muszę jednak przyznać, że epitety, choć niecenzuralne, były ze wszech miar usprawiedliwione.

Od redakcji: Skłamalibyśmy pisząc, że felieton X. Ruta pt. Czy czasy czasu, czy czas czasów? umieszczony w grudniowej "Wiedzy i Życiu" spodobał nam się tak bardzo, iż postanowiliśmy go ponownie wydrukować po półtorarocznej przerwie. A tak właśnie się stało, za co Czytelników i Autora najmocniej przepraszamy.