Twoja wyszukiwarka

PAWEŁ ŚPIEWAK
DEMOKRACJA PARTYCYPACYJNA
Wiedza i Życie nr 3/1997
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 3/1997

"BEZ POMOCY INSTYTUCJI GMINNYCH NARÓD MOŻE STWORZYĆ SOBIE WOLNY RZĄD, ALE NIE BĘDZIE W NIM DUCHA WOLNOŚCI."

ALEXIS DE TOCQUEVILLE

Do początków XIX wieku ideał demokracji kojarzono niemal wyłącznie z ateńskim jej wzorcem. A to oznaczało, że demokracja mogła przybrać jedynie postać demokracji bezpośredniej czy - jak to obecnie niekiedy mówimy - partycypacyjnej. Dobrze zbudowana starożytna polis powinna była posiadać dwie istotne cechy. Po pierwsze - miała być nieduża (Ateny powierzchnią bliskie były dzisiejszemu Luksemburgowi) i mało liczna. Gromadzenie wszystkich obywateli - a trzeba pamiętać, że stanowili oni mniejszość mieszkańców polis - było stosunkowo proste i technicznie możliwe. Niewielki obszar i mała liczba ludności uważane były zatem za tak ważną zaletę, że Arystoteles mógł napisać: państwo [...] jeśli ma ich [mieszkańców] zbyt wiele, jest wprawdzie samowystarczalne [...], ale nie jako państwo, gdyż ustrój niełatwo wówczas może istnieć: któż bowiem będzie wodzem nadmiernie wielkiej masy albo kto Heroldem bez głosu Stentora? 1. Małe państwo było jednolite kulturowo i obyczajowo. Ludzie znali się lepiej i mocniej też odczuwali zarówno swoją bliskość, jak i współzależność. Państwo nie było też, jak jest obecnie, abstrakcyjnym bytem, znanym z gazet lub pośrednictwa biurokracji, ale czymś, co istniało realnie lub stawało się w całej złożoności na każdym posiedzeniu eklezji. Drugi warunek dobrego państwa stanowiła jego niezależność.

Na przełomie XVII i XVIII wieku wraz z rozwojem myśli społecznej europejscy pisarze polityczni coraz intensywniej zaczęli zajmować się teorią ustroju demokratycznego. Jedynego wzorca, do którego mogli sięgnąć, dostarczała starożytność. Monteskiusz uważał, że demokracja - ustrój oparty na cnocie i samodyscyplinie obywateli - nie może udać się tam, gdzie w grę wchodzi zbyt wielkie państwo. Jan Jakub Rousseau zaś zafascynowany tak grecką tradycją, jak i szwajcarską demokracją kantonalną uważał, że pierwszym i podstawowym warunkiem dobrego ustroju równości jest, by każdy obywatel był uprawniony do podejmowania decyzji, którym z kolei podlegaliby wszyscy. A więc z racji przynależności do wspólnoty, będąc osobą dorosłą, zdrową na umyśle, płci męskiej, jednostka może stanowić prawo. Ojcowie Założyciele Stanów Zjednoczonych, chcąc pogodzić ideał żywej demokracji z dużą liczebnością i obszarem nowożytnego państwa, zaproponowali zasadę federalizmu: państwo było pomyślane jako związek gmin, hrabstw i stanów.

Alexis de Tocqueville, odkrywając w latach trzydziestych XIX wieku moc i słabość demokracji amerykańskiej, szczególnie wiele uwagi poświęcił gminom, najmniejszym jednostkom politycznej organizacji państwa. Pisał: właśnie w gminie tkwi siła wolnych społeczeństw. Instytucje gminne są dla wolności tym, czym dla nauki są szkoły podstawowe: sprawiają, że wolność staje się dostępna dla ludu, pozwalają mu zasmakować w swobodnym jej praktykowaniu i przyzwyczajają go do posługiwania się nią. Bez pomocy instytucji gminnych naród może stworzyć sobie wolny rząd, lecz nie będzie w nim ducha wolności 2. W gminie, powiada de Tocqueville, zasada przedstawicielstwa nie występuje. Funkcje publiczne są przekazywane małej liczbie osób nazywanych selectmenami, którzy działają ściśle wedle instrukcji zgromadzenia. W przypadku budowy szkoły zwołują zgromadzenie obywateli, zapoznają ich z sytuacją, potrzebami, kosztami budowy i cały lud decyduje, czy i jakie sumy przeznaczyć na szkołę oraz gdzie ją zbudować. Wielość funkcji i zadań, jakie spełnia gmina, sprawia, że możliwie największa liczba osób jest zainteresowana sprawami publicznymi i los swój wiąże z jej potęgą.

Zarówno Alexis de Tocqueville, jak i inni mniej lub bardziej krytyczni wobec demokracji pisarze XIX i XX wieku dostrzegali i dostrzegają istniejące jednocześnie przemożne tendencje centralistyczne. Państwa rozrastały się w każdym sensie tego słowa, aż powstały twory olbrzymie powierzchniowo, liczebnie, zróżnicowane kulturowo, obyczajowo, klasowo, które muszą podejmować coraz bardziej skomplikowane decyzje. A po temu potrzebne są nie tylko wyspecjalizowane agendy, ale i wysoce kwalifikowani eksperci, politycy, czyli tak zwani fachowcy. Współzależność gmin, hrabstw, stanów czy departamentów - a więc lokalnych jednostek administracyjnych - rośnie tak dalece, że nie sposób sensownie mówić o ich autonomii. Demokracji lokalnej nie służy też współczesny system gospodarczy. Miejsce pracy i zamieszkania często są znacznie od siebie oddalone. Nic tedy nie zostaje z poczucia przynależności do miejsca, identyfikacji z nim, z własną grupą, jeżeli w ogóle o takowej można mówić.

W tej sytuacji wydaje się, że ideał demokracji bezpośredniej nie ma racji bytu na żadnym szczeblu władania krajem, ani na szczeblu lokalnym, ani tym bardziej na poziomie państwa, że władzę należy zostawić wąskiej grupie zawodowców wywodzących się z partii politycznych, którzy - chcemy tego czy nie - zajmą się już sprawami wspólnymi.

Mimo że realizm polityczny nakazuje uznać dziś demokrację pośrednią czy reprezentacyjną za jedynie technicznie i politycznie możliwą, to tęsknota do dawnych jej form wcale nie ucichła. Co więcej, nurt myślenia i eksperymentowania z bezpośrednimi sposobami rządzenia pozostaje wcale aktywny. Nie rozstrzygając na razie, w jaki sposób i na ile możliwe jest ożywienie dziś ateńskich wzorów, warto przyjrzeć się głównym argumentom na rzecz demokracji bezpośredniej.

Zacznijmy od najważniejszego. W opinii zwolenników demokracji bezpośredniej nie jest ona tylko "zimnym projektem", jak chce tego brytyjski socjolog Ralf Dahrendorf, technicznym narzędziem rozwiązywania problemów i nieuchronnych napięć zbiorowych przy poszanowaniu wielości zdań (pluralizm), swobody wyrażania opinii i różnorodnych interesów. Jej znaczenie nie sprowadza się do ważnych skądinąd kwestii, jak metody powoływania rządu i wyłaniania ciał ustawodawczych czy zagadnienia związane z ochroną podstawowych uprawnień jednostki.

Zwolennicy demokracji partycypacyjnej uważają, że pogląd Dahrendorfa i jemu podobnych autorytetów naszej epoki jest gotowym przepisem na polityczne wyobcowanie obywateli, dominację wielkich partii politycznych i centralizację państwa. Co więcej, kłóci się z samym ideałem demokratycznym i wolnościowym. Powiadają więc, że demokracja jest najbardziej kruchym z możliwych ustrojów politycznych, bo opiera się na woli, wiedzy i wyobraźni jej obywateli. To oni mają decydować o celach politycznych, wskazywać na elity rządzące. Demokracje mogą zatem popełniać "samobójstwa", mogą oddawać się w niewolę demagogom i ideologicznym partiom (casus populizmu i faszyzmu), obywatele zaś w jej ramach mogą rezygnować z własnych uprawnień i pozwolić (zgodnie zresztą z prawem) na swe ubezwłasnowolnienie przez nadgorliwe i nadmiernie opiekuńcze państwo. Dzieje się tak, gdy ludzie nie rozumieją wyborów, przed jakimi stanęli, gdy brak im stosownej dawki przezorności. Ta zaś rodzi się wraz z politycznym obyciem, z możliwością uczestniczenia w życiu publicznym i zdobywaniem odpowiednich umiejętności i cnót. Gdy wreszcie wolność zostaje zamknięta w formułach prawa, deklaracjach polityków i usuwa się z życia obywateli, przestaje być dla nich abstrakcyjną wartością, a staje się żywą, wartą obrony realnością.

Demokracja zatem, by ostała się, a ludzie doceniali jej wartość i umieli się nią roztropnie posługiwać, musi wspierać się na dojrzałych politycznie obywatelach, na mądrej opinii publicznej. Demokracji potrzebny jest więc nie jakiś "zimny" typ obywatela, ale obywatel rozumny, aktywny, obdarzony poczuciem współodpowiedzialności za dobro publiczne. Neutralność światopoglądowa państwa demokratycznego, która wynika z zasady pluralistycznej, jest więc do pewnego stopnia ograniczona, bo wspiera się na wyraźnie sformułowanym ideale aktywności politycznej, mocnym wzorcu obywatela.

Formułując ten pogląd, zwolennicy demokracji partycypacyjnej mogą powoływać się na klasyka liberalnej myśli Johna Stuarta Milla, który w połowie XIX wieku pisał z niezwykłą energią i zdecydowaniem: praktyka spraw sądowych i politycznych podnosiła daleko wyżej umysłowy poziom obywateli w Atenach aniżeli w jakimkolwiek innym społeczeństwie [...]. Tam, gdzie nie masz takiej szkoły rozumu publicznego, nie ma też zwykłego poczucia, że ludzie prywatni [...] mogą mieć jakiekolwiek inne obowiązki względem społeczeństwa oprócz posłuszeństwa i uległości rządowi; nie ma żadnego bezinteresownego poczucia wspólności z dobrem wspólnym. I kilka zdań dalej, podsumowując swe rozważania Mill zauważył, że tam, gdzie ludzie nie mają nawyku wspólnego działania i roztrząsania spraw publicznych, tam bliźni może być tylko współzawodnikiem i tam moralność prywatna jest biedna, a o moralności publicznej mowy nawet nie ma 3.

Tę samą myśl można wyrazić prościej: w kraju, gdzie kwitnie przekupstwo, nie ma szacunku dla praworządności, ludzie nie ufają sobie i władzy. Nie sposób też oczekiwać, że wolne i demokratyczne wybory obdarzą nagle takie państwo rządem sprawiedliwych i uczciwych polityków. Poziom etyczny polityków zazwyczaj odpowiada w krajach demokratycznych przeciętnemu poziomowi obywateli.

Zwolennicy demokracji partycypacyjnej mogą więc zasadnie dalej argumentować: ostre oddzielenie mechanizmów demokracji od kultury, obyczajów, politycznych nawyków obywateli jest niczym nieuzasadnione. Efekt politycznych wyborów - twierdzą - jest funkcją obywatelskich umiejętności, a te można kształtować jedynie poprzez żywe uczestnictwo w życiu publicznym. Demokracja bezpośrednia wychowuje więc obywateli, kształci ludzi odpowiedzialnych, zdolnych do współdziałania, samoorganizowania się. A co najważniejsze, pogłębia obywatelskie kompetencje i sprawia, że głosują oni oraz działają racjonalnie. Stanowi zatem podglebie demokracji reprezentacyjnej.

Argument ten wydaje się tym bardziej ważki, gdy zdamy sobie sprawę, że największym zagrożeniem demokracji we wszelkich jej postaciach jest rozbicie więzi społecznych (zwane przez socjologów atomizacją i anomią), pasywność obywateli czy rządy większości, która zdaje kierować się nie doświadczeniem i wiedzą, lecz falującymi porywami emocji i namiętności. Nawet w społeczeństwach masowych - powiadają radykalni demokraci - możliwe są jakieś formy samoorganizowania się i zakorzenienia, jeżeli zastrzeże się dla ludzi przestrzenie działania i publicznego mówienia, gdy powierzy się im troskę o dobro ich otoczenia, regionu, warunków pracy.

Formy oddolnego władania tym bardziej powinny być zagwarantowane, że stanowią one równocześnie sposób kontroli władz centralnych. Ustroje liberalno-demokratyczne wspierają się na znanej szeroko regule równowagi władz i sił, zwanej z angielska regułą check and balance (hamuj i równoważ). Odnosi się ona nie tylko do obszarów władzy centralnej, a więc relacji między władzą wykonawczą, ustawodawczą i sądowniczą, ale również daje się zastosować do stosunków między władzami szczebla centralnego i lokalnego. Im silniejsze będą gminy i inne ośrodki oddolnego społecznego zorganizowania obywateli, tym mniejsza rola urzędów i polityków ogólnokrajowych. A więc demokracja bezpośrednia zastosowana na dolnych szczeblach kierowania państwem ma funkcje kontrolne i broni obszarów wolności inicjatywy i samorządności. Tę samą regułę można odnieść do partii politycznych.

W demokracji pośredniej rola wyborcy ogranicza się do wskazania raz na cztery czy pięć lat partii, która ma przejąć władzę i wziąć na siebie odpowiedzialność za państwo. Tymczasem - jak wskazują doświadczenia wielu krajów oraz obserwacje socjologów i politologów - właśnie partie są źródłem wielu zjawisk korupcyjnych. A mechanizm wyłaniania reprezentantów czy wysokich urzędników w systemach demokracji "partyjnej" opiera się bardziej na regułach koteryjności lub jest skutkiem nieformalnych układów niż jest wynikiem rzeczywistego doboru osób najlepszych.

Powierzanie więc władzy partiom jest cedowaniem odpowiedzialności na elity znajdujące się w znacznej mierze poza kontrolą publiczną i przeniesieniem ośrodków decyzyjnych do kierownictwa partii. Gdy tak się dzieje, gdy rządzą partie, wówczas obywatele, tracąc realne poczucie wpływu na życie publiczne, albo wycofują się z polityki i zaczynają traktować ją za coś sobie obcego i wrogiego, albo też wobec polityków wysuwają nierealistyczne żądania. Efektem może być tylko utajony stan napięcia między obywatelami a tak zwaną klasą polityczną, który w chwilach kryzysowych prowadzi do buntów i utraty legitymizacji systemu.

Zwolennicy demokracji bezpośredniej twierdzą więc, że przywracając obywatelom możliwość udziału w polityce wychowuje się aktywny typ obywatela, wzmacnia cnoty roztropności i odpowiedzialności, czyni wolność dostępną ludowi, wreszcie ogranicza władzę partii i centralnej biurokracji.

Demokracja bezpośrednia ma zaspokajać nie tylko interesy polityczne systemu, ale również ważne psychologiczne potrzeby obywatelskie, do jakich zaliczyłbym zakorzenienie, przynależność do grupy i jej integrację oraz dumę wynikającą ze zbiorowego wysiłku. Z kolei zaspokojenie tych potrzeb jest niezbędne do ustalenia własnej tożsamości. Jak ważne są to potrzeby i jak drastycznie czasem się ujawniają, widzimy na meczach piłki nożnej, w starciach między kibicami rywalizujących drużyn. Organizowanie się kibiców w watahy wyrasta w dużej mierze właśnie z potrzeby przynależności. Te potrzeby mogą też zaspokajać sekty oraz partie o silnej więzi wewnętrznej czy ruchy ideologiczne.

Zwolennik demokracji bezpośredniej twierdzi, że przed tymi "kolektywistycznymi" potrzebami nie możemy uciec. Pozostaje jedynie pytanie, jak będą one zaspokajane: w sposób dla porządku zbiorowego groźny czy też dla niego naturalny? Jednak ktoś, kto jest głęboko związany ze swym regionem, czuje się odpowiedzialny za jego los, będzie publicznie zachowywał się inaczej niż członek partii ideologicznej. Nawet silne poczucie tożsamości, lokalnego patriotyzmu (a czymże jest wielka ojczyzna, jak nie ojczyzną małych ojczyzn), które może prowadzić do "lokalnego szowinizmu", będzie zarazem równoważone przez umiejętność współdziałania, gdyż współżycie na jednej ziemi wymaga taktu, tolerancji, kompromisów.

Argumentów na rzecz korzystania z różnych form demokracji bezpośredniej jest wiele i - jak sądzę - część z nich wydaje się nader przekonywająca. Wszelako pozostaje otwartym pytanie: jaka forma politycznej partycypacji obywateli w życiu publicznym jest możliwa we współczesnych, wysoce zurbanizowanych, przemysłowych i poprzemysłowych społeczeństwach masowych? Czy można wskazać na sprawdzone jej wzory możliwe do szerokiego wykorzystania? Czy też jesteśmy skazani wyłącznie na demokrację pośrednią, zwaną też oligarchiczną? Ulubionym przykładem nadal sprawnie działającej demokracji bezpośredniej jest amerykański stan Vermont oddalony kilkadziesiąt mil od Nowego Jorku. Jest to kraina białych domów tak schludnych i zadbanych, że każdy z nich wygląda jak panna młoda na weselu. W każdym miasteczku wzniesiony został osobny budynek (klimat tu bywa surowy) z przeznaczeniem na zgromadzenia mieszkańców. Town-meetings - zebrania miasta, na których wybiera się administratorów regionu odbywają się w trzeci wtorek kwietnia, w dniu zwanym Democracy Day. Członkowie legislatury stanowej są wybierani w ostatni tydzień października. Zgromadzenie wybiera także pomocników sędziego i przedstawicieli do różnego rodzaju instytucji arbitrażowych. Na władze lokalne (stan podzielony jest na shires, liczące zwykle po około 15 tys. obywateli) spada odpowiedzialność za edukację - utrzymanie szkół, programy i wymagania szkolne - ochronę środowiska, drogi, opiekę społeczną, inwestycje gospodarcze, kultywację ziemi, lasów, dróg (rolnictwo odgrywa tu znaczną rolę). Funkcji publicznych jest wiele, a sprawy będące w gestii shire dotyczą każdego z obywateli. Vermont jest stanem może wyjątkowym, ale - co istotne - przez ponad dwieście lat instytucje demokracji bezpośredniej zachowały tam swoją żywotność.

Dziś znaczną popularność wśród obywateli amerykańskich zdobywają idee referendum i inicjatyw obywatelskich oraz zasada odwoływania osób wybranych. Celem ich jest wzmocnienie głosu obywateli. Inicjatywa pozwala wyborcom zaproponować środki legislacyjne lub poprawki konstytucyjne [...]. Referendum poddaje proponowane lub istniejące prawa i ustawy pod osąd wyborców, którzy mogą je zaaprobować lub odrzucić 4. W Danii z kolei wysunięto projekt powołania obok parlamentu izby elektronicznej. Pomysł ten wziął się z przekonania, że parlament nie jest w pełni reprezentatywny (występuje w nim nadreprezentacja mężczyzn z zawodów inteligenckich i z wysokimi dochodami), a jego decyzje, jak pokazała to sprawa wstąpienia do Wspólnoty Europejskiej, mijają się z wolą większości obywateli. W 1992 roku 83% duńskich parlamentarzystów głosowało za przystąpieniem Danii do zjednoczonej Europy, a w rozpisanym rok później referendum taką ideę poparło 50% Duńczyków. Projektowana izba elektroniczna składałaby się z 70 tys. obywateli dobieranych losowo, ale wymieniających się na zasadzie rotacji, którzy dzięki elektroniczemu systemowi połączeń wypowiadaliby się w tych samych kwestiach, co politycy. Gdy rezultat ich głosowania byłby zgodny z opinią parlamentarnej większości, uchwała zgromadzenia ustawodawczego byłaby zatwierdzona. Taką izbę elektroniczną nazwano "mini-Danią".

Kolejny pomysł Amerykanów, wywodzący się z ateńskiej probouleusis, proponuje powołanie stosunkowo licznych i reprezentatywnych małych grup samokształceniowych. W grupach tych najpierw dyskutowano by o problemach ważnych dla całego kraju. Jeśli byłby to właśnie okres dużych kampanii wyborczych, po wstępnych debatach ogólnych w grupach tych spotykano by się z kandydatami na wysokie urzędy i z nimi kontynuowano by dyskusję. Debaty, transmitowane przez telewizję, dostarczałyby obywatelom kompetentnych informacji, koniecznych do dokonania właściwego wyboru. Jednocześnie wobec owych kandydatów te małe, ale reprezentatywnie wybrane grupy, miałyby występować jako przedstawiciele narodu, którego głos brzmiałby w prezentowanych w trakcie dyskusji opiniach. Pomysłodawcy mają nadzieję, że takie forum ułatwiłoby dialog różnym grupom społecznym i politycznym uczestniczącym w życiu publicznym.

Część z tych pomysłów wydać się może utopijna, przedwczesna lub technicznie trudna do zrealizowania. Ale niezależnie od tego, jak je ocenimy, musimy pamiętać, że wyrosły one z dwóch przekonań. Pierwsze dowodzi, że centralizacja państwa i partokracja - produkty demokracji pośredniej - prowadzą do zawężenia obszarów wolności i zakwestionowania ideału demokratycznego, drugie, że demokracja oznacza równość obywateli tak w sensie prawnym, jak i politycznym. Jeżeli więc chcemy, by zasada owa towarzyszyła nam w życiu publicznym, musimy szukać ciągle nowych form jej realizacji.

Ryc. Daniel Wróblewski

1 Arystoteles, Polityka. Tłum. L. Piotrowicz, Warszawa 1964.

2 Alexis de Tocqueville, Demokracja w Ameryce. Tłum. M. Król, Warszawa 1976.
3 John Stuart Mill, O rządzie reprezentatywnym. Tłum. G. Czernicki, Kraków 1995.

4 Bronislaw Świderski, Gdańsk i Ateny. Warszawa 1996.

Dr PAWEŁ ŚPIEWAK pracuje w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego.