|
 |
| Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 4/1997 |
|
|
|
SENS UBEZPIECZEŃ SPROWADZA SIĘ DO UNIKANIA RYZYKA, A PRZYNAJMNIEJ DO JEGO ZMNIEJSZANIA. TYMCZASEM WŁAŚNIE UBEZPIECZENIA STAŁY SIĘ W HISTORII FINANSÓW POLEM INTERESÓW NAJBARDZIEJ RYZYKOWNYCH. WSZĘDZIE. TAKŻE, JAK SIĘ PRZEKONAMY, W KRAJU, GDZIE WSZYSCY CHCIELI NAŚLADOWAĆ ANGIELSKI ROZSĄDEK...
Dla mnie bohaterami XIX wieku, wieku angielskiego, były angielskie warstwy niższe. Pomyślmy, do połowy lat trzydziestych pięcio-, sześcioletnie brzdące, trappers kopalni węgla, całymi miesiącami nie oglądały słońca, zimą zjeżdżając na dół o drugiej lub trzeciej w nocy, a wracając na powierzchnię po czternastu godzinach, a więc po zmroku. Dzieci otwierały i zamykały drzwi w chodnikach dla przejazdu wagoników z węglem. Niby nie była to praca niebezpieczna, ale często zasypiały albo z nudów woziły się wagonikami, dość, że co roku w kopalniach angielskich ginęło ich kilkadziesiąt! Tak samo pracowały dzieci w przędzalniach bawełny, zbierając szpulki i wdychając pył bawełniany... Jeśli tak traktowano dzieci, łatwo sobie wyobrazić warunki pracy dorosłych. A jednak to oni, prości angielscy robotnicy, rzemieślnicy, drobni kupcy, dzierżawcy i rolnicy, stworzyli prototypy paru podstawowych instytucji naszej cywilizacji.
Opowiadałem już o angielskich friendly societies, towarzystwach pomocy wzajemnej, a także o na pół masońskich, tajemniczych organizacjach oddfellows, jako o pionierskich organizacjach ruchu oszczędnościowego. Ale ich twórcy i członkowie byli w równej mierze pionierami ubezpieczeń.
Szczęśliwie, ten sam rząd Pitta Młodszego, który z równą energią zwalczał Rewolucję Francuską i Napoleona, jak ruchy demokratyczne we własnym kraju, w tym samym roku 1793, kiedy podjął wojnę z Francją, uregulował po raz pierwszy status owych friendly societies. Pitt był wielkim politykiem: wiedział, że za plecami walczącej armii panować musi jeśli już nie atmosfera poparcia, to przynajmniej spokój.
Towarzystwa pomocy wzajemnej wyszły z cienia półlegalności. Potem przychodziły kolejne modyfikacje przepisów, ale podstawowy zrąb zasad pozostawał ten sam. Przyjrzyjmy się ich ostatecznej wersji, ustawie z roku 1855, Friendly Society Act - żeby zobaczyć, jak daleko my sami jesteśmy w tyle za prostymi ludźmi Anglii połowy XIX wieku.
Nic nie ograniczało ich ubezpieczeń. Mogli się ubezpieczać tradycyjnie, aby wspomóc rodzinę w razie śmierci ubezpieczonego, na wypadek choroby czy też kalectwa, od pożaru czy pomoru bydła, ale mogli też od wszelkich podobnych klęsk, które - uwaga! - rachunek prawdopodobieństwa pozwala przewidzieć i obliczyć. Z tym, że ustawa żądała, by dla każdego przedmiotu ubezpieczenia prowadzono osobną "kasę"; możliwość łatania niedoborów w jednej dziedzinie nadwyżkami z innej wykluczono, były to bowiem przecież ubezpieczenia wzajemne.
Anglicy nie ograniczali wcale swych friendly societies do samych ubezpieczeń. Mogły one również swe środki pożyczać członkom. Mogli się też członkowie składać na tańszy zakup opału, odzieży, żywności, narzędzi do pracy czy też materiałów do rzemieślniczej produkcji, a także - organizować się dla pomocy wzajemnej... w wychowaniu dzieci.
Górnicy nie organizowali pomocy wzajemnej w wychowaniu dzieci. Bardziej interesował ich ostatni punkt ustawy - o ułatwianiu... emigracji. Nie przypadkiem rodziły się na Wyspach Brytyjskich teorie takie, jak Maltusa: Anglia (sama, bez Szkocji i Irlandii) miała w roku 1801 ludności 9.1 mln, w roku 1861 liczyła ich już 20.2 mln! Mimo ciągłego odpływu emigrantów - w latach 1850-60, w dekadzie gorączki złota, same Stany Zjednoczone zwiększyły liczbę mieszkańców o ponad 8 mln, a byli to głównie Anglicy.
Owe towarzystwa pomocy wzajemnej dzieliły się na dwa stopnie, towarzystwa "certyfikowane" (certified) i "zarejestrowane" (registered), a właściwie - na trzy stopnie, ponieważ nie wszystkie się nawet rejestrowały.
Tych certyfikowanych było w połowie stulecia 14 tys. z 1.6 mln członków. Takie towarzystwo zyskiwało od państwa określone przywileje pod warunkiem, że odpowiedni urzędnik rejestrowy, registrar, dostał od niego - razem ze statutem! - tablice obliczeniowe, na których zamierzało oprzeć swe operacje, owe tablice zaś zatwierdził fachowy actuary, aktuariusz: albo sekretarz National Debt Office, Biura Długu Państwowego, albo sekretarz którejś ze spółek ubezpieczeń na życie w Londynie, Edynburgu lub Dublinie, ale z co najmniej pięcioma latami stażu.
Takie towarzystwo miało prawo lokować swoje środki w Banku Anglii na rachunku National Debt Office, czyli bez najmniejszego ryzyka, i czerpać procenty, wolne było od opłat stemplowych i rejestracyjnych, a gdyby zbankrutował lub umarł któryś z jego trustees, zarządzających powierników, pretensje towarzystwa miały pierwszeństwo przed wszelkimi innymi wierzycielami czy też spadkobiercami. A jeśli towarzystwo wedle swego uznania wypłaciło coś spadkobiercom swego członka, inni nie mogli rościć żadnych pretensji.
Nie były to przywileje duże, liczyła się raczej gwarancja wiarygodności. Towarzystw "zarejestrowanych", czyli tych nieuprzywilejowanych było więcej, około 20 tys., ale członków miały w sumie mniej, bo 1.4 mln. Inne działały, opierając się wyłącznie na prawie o stowarzyszeniach, bez registrara; z nich sam "zakon oddfellows'ów" z Manchesteru liczył blisko ćwierć miliona członków. Szacuje się, że składek wpływało razem corocznie do wszystkich takich towarzystw na sumę ponad 10 mln funtów szterlingów, ich kapitały rezerwowe zaś, lokowane - zgodnie z ustawą - w kasach oszczędności, papierach wartościowych, w akcjach Kompanii Wschodnio-Indyjskiej, na hipotekach bądź w pożyczkach dla członków, sięgały kilkudziesięciu milionów funtów! Dodajmy, że te ubezpieczenia obejmowały w praktyce - wliczając rodziny - blisko dwie trzecie społeczeństwa Wielkiej Brytanii!
Na kontynencie równą powszechnością mogły pochwalić się tylko ubezpieczenia publiczne, a przymusowe - na wypadek pożarów. Przodowały tu wielkie miasta, a raczej - republiki miejskie. Wśród nich, oczywiście, raz jeszcze Hamburg. Tu ubezpieczenie od ognia, publiczne, a więc pod auspicjami władz wolnego miasta, zainstalowano już w 1677 roku, niedługo po opisywanym tu, wielkim pożarze Londynu.
Ciekawe, że ta prosta, a pożyteczna idea wcale nie rozprzestrzeniała się ani szybko, ani łatwo. Próbował już w Prusach Fryderyk Wilhelm I, ojciec Fryderyka Wielkiego, ale udało mu się pierwszy Feuersozietaet, towarzystwo ogniowe, uruchomić w Berlinie dopiero w roku 1718. Polska przedrozbiorowa do końca nie wyszła poza fazę projektów.
Fryderyk Wielki będzie już organizował takie towarzystwa ogniowe na zasadzie przymusu; w tym trybie też powołali Prusacy w 1803 roku "Ogólne Towarzystwo Ogniowe dla miast w Prusach południowych", czyli na ziemiach swego zaboru po trzecim rozbiorze Polski (powoływanie się naszego PZU na tę datę jest co najmniej przykrym nieporozumieniem). W rok później - dla wsi. Dopiero w roku 1807 zastąpiło je nowe, polskie już Towarzystwo Ogniowe w Księstwie Warszawskim.
Zarządzała nim "Administracja" tegoż Towarzystwa. W 1816 roku, w Królestwie Kongresowym, utworzono Ogólne Towarzystwo Ogniowe dla budynków miejskich, przymusowe i na zasadach wyłączności, w rok później - dla wsi, ale już bez przymusu (choć na wsi bardziej by się on przydał). Potem połączyła je jedna Dyrekcja Jeneralna Towarzystwa Ogniowego, a ta dzięki wysiłkom polskich pionierów ubezpieczeń, Fryderyka Skarbka i Wacława Łuszczewskiego, stała się 10 stycznia 1843 roku - Dyrekcją Ubezpieczeń. Objęła ona pełny już zakres działalności ubezpieczeniowej, aż po ubezpieczenia na życie i ubezpieczenia w transporcie lądowym i wodnym (zainicjowała również kasę oszczędności!). Jak na ciemną noc paskiewiczowskich restrykcji i represji po powstaniu listopadowym w zaborze carskim, Polacy tamtego czasu potrafili w sferze gospodarki wykazywać się niesłychaną inicjatywą i prężnością!
Roli Skarbka w przemianach świadomości polskiej nie da się przecenić. Z bogatego szlachcica - pracowity uczony, profesor uniwersytetu, zarazem pisarz, autor komedii, utalentowany publicysta, pierwszy wybitny ekonomista polski, autor znakomitych rozpraw i podręczników ekonomicznych, tłumacz dzieł zagranicznych, jeden z najczynniejszych członków Towarzystwa Przyjaciół Nauk, równie fachowo zajmował się jako urzędnik władz administracyjnych Królestwa sprawami... więziennictwa i szpitali; jest jednym z polskich bohaterów zapomnianych, nie ma o nim żadnego wielkiego historycznego studium.
Podobnie o Wacławie Łuszczewskim przeczytamy w Polskim Słowniku Biograficznym, że dzięki koligacjom i stosunkom systematycznie awansował - a był to pierwszy polski teoretyk ubezpieczeń, autor statutów i przepisów, wychowanek i najbliższy współpracownik Skarbka (notabene, namiętny i równie pracowity... botanik)! Nie ukrywajmy: znalazł się w PSB dlatego właściwie, że był ojcem popularnej w drugiej połowie XIX wieku Deotymy, autorki Panienki z okienka, w innych próbach - zdeklarowanej grafomanki...
Tymczasem te ich ubezpieczenia odegrały w XIX wieku rolę historyczną, a nieznaną potomnym - dzięki nim straty materialne poniesione podczas naszych powstań, spalone budynki w powstaniu listopadowym, a wszelkie już straty w powstaniu styczniowym, wyrównano odszkodowaniami. Dzięki nim robiliśmy powstania na zupełnie innych warunkach.
Były to ubezpieczenia publiczne; Dyrekcja Ubezpieczeń stanowiła wręcz pion administracji Królestwa. Ubezpieczenia od ognia miały charakter przymusowy. Jednakże były to ubezpieczenia wzajemne i nie przestały nimi być nawet po powstaniu styczniowym, kiedy represje carskie ograniczyły je znów tylko do ubezpieczeń od ognia, resztę działów likwidując lub oddając komercyjnym spółkom rosyjskim.
Ani Skarbek, ani też Łuszczewski, nie przeżyli katastrofy swego dzieła. Skarbek, siedemdziesięcioczteroletni, zmarł w roku 1866; o 14 lat młodszy Łuszczewski, wróciwszy z zesłania, w roku 1867.
W Niemczech odwrót od ubezpieczeń publicznych nastąpił już w latach czterdziestych XIX wieku. Nasz wielki międzywojenny teoretyk ubezpieczeń, Jan Łazowski, pisał o "gorączce asekuracyjnej", która dotknęła wiele krajów w latach 1850-1880, ale w rzeczywistości zaczęło się to już wcześniej, wraz ze zwycięstwem doktryny liberalnej w polityce gospodarczej. Uznano, że w ubezpieczeniach interesy prowadzone jako przedsiębiorstwa prywatne będą również sprawiały się lepiej niż interesy pod kontrolą państwową.
Nasz Łuszczewski, w poglądach ekonomicznych liberał czystej wody, uważał jednak, że najlepiej ubezpieczać się wzajemnie, możliwie najszerzej, rozkładając ryzyko na możliwie największą liczbę ubezpieczonych, i to najlepiej - poprzez instytucję publiczną prowadzoną przez państwo prawa, podobną w swej roli do banku centralnego. Jego zdaniem, w ubezpieczeniach wolna konkurencja nie sprawdza się; małe spółki akcyjne nie mają szans przetrwania, a o wielkie w tych interesach bardzo trudno.
Rzeczywiście, w samych Niemczech najtrwalsze okazały się i największy wniosły wkład w rozwój ubezpieczeń właśnie ubezpieczenia wzajemne. Wszyscy snobi świata wiedzą, co to jest Almanach Gotajski, księgi rodowodowe arystokracji europejskiej, prowadzone w Gotha pod patronatem ambitnych książątek z rodziny Sachsen-Koburg-Gotha; mało kto się orientuje, że Gothaer Versicherungbank, gotajski bank ubezpieczeniowy, dziś z siedzibą w Kolonii, powstałe w 1820 roku gotajskie towarzystwo ubezpieczeń wzajemnych, szczyciło się najlepszymi statystykami ubezpieczeniowymi, systemy dywidendowe zaś takiegoż towarzystwa w Stuttgarcie, stolicy Wirtembergii, do dziś uważa się za dzieła pomnikowe.
I nie jest przypadkiem, że najpotężniejszymi dziś firmami w ubezpieczeniach na życie są w skali światowej trzy amerykańskie towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych: Metropolitan, powstałe w roku 1843, Prudential (przed wojną działające i w Polsce) i Equitable Pioneers, a w pierwszej piętnastce firm ubezpieczeń na życie jest dalsze osiem wielkich towarzystw ubezpieczeń wzajemnych.
Niemniej - ubezpieczenia kusiły pomysłowych finansistów nieodparcie. Nic dziwnego. W żadnej innej dziedzinie interesów nie mają takich szans przedsiębiorstwa o niepełnym kapitale. Napływem gotówki od naiwnych, przywabionych niskimi składkami ubezpieczeniowymi, sztukują niedobory i uzyskują dywidendy już w ciągu roku, więc niewyobrażalnie szybko w porównaniu nawet z handlem. Później, zarobiwszy dla swoich założycielskich wkładów "przebicie" czasem pięciokrotne, czasem i dziesięciokrotne, bankrutują, jak nasze niedawne Westy, Hestie i Gryfy.
W literaturze przedmiotu, ba, w historii gospodarki, wiele można przeczytać o fali grynderstwa, która nawiedziła Niemcy w trzeciej ćwierci XIX wieku, a już zwłaszcza ich ubezpieczenia. Samo słowo pochodzi od gruenden, czyli zakładać; gruender to założyciel, gruendingjahre to lata założycielskie. Dla jednych te słowa mają posmak ironiczny i pogardliwy; dla innych owe lata wiążą się z legendą nieokiełznanej przedsiębiorczości. Ale w ubezpieczeniach na życie w Anglii, w rozsądnej Anglii, która jeszcze w 1774 roku specjalną ustawą ukróciła manię zakładów!, zbankrutowało w latach 1844-1867, a więc jeszcze przed szczytową falą niemieckiego grynderstwa, 230 zakładów ubezpieczeniowych. Mniej więcej tyle samo - w Stanach Zjednoczonych. Cóż stąd, kiedy każdy wiedział, że właśnie spółki akcyjne ubezpieczeń na życie dają udziałowcom największe dywidendy, średnio o połowę wyższe od najbardziej dochodowych spółek handlowych!
Mało kto sobie zdaje sprawę, że z owymi gruendingjahre kojarzyć trzeba narodziny niemieckiego... antysemityzmu. Jak zapewne Czytelnik pamięta, odziedziczony po starożytnym Rzymie chrześcijański zakaz kredytu oprocentowanego, tj. "lichwy", oddał tę dziedzinę finansów w ręce innowierców. Krzyżowcy Niemiec zaczynali swoje krucjaty - od napadów na dzielnice żydowskie w miastach nad Renem, próbując likwidować swe długi przez likwidację wierzycieli; bronili tych dzielnic, słowem i orężem swoich ludzi, niemieccy biskupi. W następnych wiekach stosunki między Niemcami a Żydami jako ludźmi finansów niemieckich, na dobrą sprawę - jedynymi ich fachowcami, ułożyły się już bezkonfliktowo. Władcy Niemiec, wielcy i mali, regularnie korzystali z pomocy swoich żydowskich finansistów. Żydzi niemieccy byli lojalnymi obywatelami i w ogromnej większości - patriotami swoich krajów, a potem całych Niemiec.
Kiedy przyszła w latach 1850-60 epoka gorączki złota, z masowym dopływem kruszców na rynki wewnętrzne także i krajów Europy kontynentalnej, jedynymi ludźmi w Niemczech, którzy znali się na pieniądzu, byli finansiści żydowscy. Nie tylko Rotszyldowie; najbliższym finansowym współpracownikiem samego Bismarcka, który temu swojemu bankierowi zawdzięczał i wiele ze swego prywatnego majątku, był Gerson Bleichroeder, potężny bankier, naturalnie - żydowskiego pochodzenia...
Jak napisał trafnie autor książki o tych latach, Guenter Ogger, ówcześni Niemcy nie rozumieli kapitalizmu. Operacje pieniężne były dla nich istną magią. Stąd i ta pozycja Żydów niemieckich - w Berlinie stanowili zaledwie 3% mieszkańców, ale co drugi przedsiębiorca berliński był Żydem.
Nikogo to nie raziło, nikomu nie przeszkadzało - aż do pewnego momentu... Bismarck zmusił Francję, pokonawszy ją w wojnie 1870 roku, do zapłacenia gigantycznej kontrybucji, 5 mld franków (równowartość miliarda ówczesnych dolarów, a 200 mln funtów szterlingów). Dostał je. Ale nie wiedział, co z nimi zrobić; nie wiedział i Bleichroeder. Rząd Bismarcka postanowił więc zrewanżować się obywatelom za to, że go poparli, subskrybując pożyczki państwowe - i podjął ich spłatę, wlewając te pieniądze w rynek.
Wywołał istną gorączkę grynderską, nieporównywalną z niczym, co widziała do tej pory Europa kontynentalna. Każdy w coś inwestował, każdy lokował, każdy próbował grać na giełdzie, kupował akcje. Niemcy zwariowały. W ciągu trzech lat powstały 843 spółki akcyjne, których kapitał zakładowy obejmował łącznie 2.8 mld marek; wedle Oggera, zbudowano ponoć tyle fabryk i wielkich pieców, co przez kilkadziesiąt lat przedtem.
Na tej fali wybujało do ogromnych rozmiarów i dziesiątki spółek ubezpieczeniowych. Aż krach, po pierwszym załamaniu na giełdzie wiedeńskiej w kwietniu 1873 roku, zniszczył wszystko. Świat runął. Zbankrutowało 61 banków, nie mówiąc o tych grynderskich spółkach ubezpieczeniowych.
I wtedy właśnie warstwa średnia Niemiec odkryła winnych: dziewięć dziesiątych niemieckiego świata finansów to byli Żydzi, to oni obłowili się na jej stratach, do nich trafiły "nasze pieniądze".
Gdyby nie ten krach i jego niegasnące latami wspomnienie, wątpliwe, by Hitler w kilkadziesiąt lat później zyskał tak masowe poparcie swego antysemityzmu...
Ryc. Julian Bohdanowicz
|