Twoja wyszukiwarka

TOMASZ WÓJCIK
O POŚCIE, JAJKU I ŚWIĘCONYM
Wiedza i Życie nr 4/1997
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 4/1997

ZGODNIE Z TRADYCJĄ, W WIELKĄ SOBOTĘ PO POWROCIE Z KOŚCIOŁA ZE ŚWIĘCONYM TRZEBA BYŁO TRZYKROTNIE OBEJŚĆ Z NIM DOMOSTWO, ABY ODPĘDZIĆ WSZELKIE ZŁE MOCE.

Wielkanoc, Święto Zmartwychwstania Pańskiego, jest w religii chrześcijańskiej najważniejszym świętem roku liturgicznego. Poprzedza je okres postu, zwany Wielkim Postem, który rozpoczyna się w środę popielcową. W tym dniu, we wszystkich kościołach, kapłani posypują głowy wiernych popiołem, mówiąc prochem jesteś i w proch się obrócisz. Obrzęd ten wyraża pokorę i skruchę za grzechy oraz marność i przemijanie wszystkich rzeczy doczesnych. Popiół używany w tej ceremonii pochodzi ze spalonych palm wielkanocnych z poprzedniego roku. Niegdyś posypywano głowy popiołem z ognisk i - jak głosi legenda - aby pokuta była większa, ze znalezionych na cmentarzach kości ludzkich.

W dawnej Polsce, zwłaszcza na wsi, bardzo gorliwie przestrzegano postu. Przez cały okres od środy popielcowej niemal całkowicie wyrzekano się mięsa i tłuszczów zwierzęcych, a nawet nabiału i, później, cukru. Potrawy maszczono - i to bardzo skąpo - olejami roślinnymi. W czasie Wielkiego Postu jadano przede wszystkim żur z mąki żytniej, różnego rodzaju kasze, ziemniaki, rzepę, gotowane suszone owoce, a od święta solone lub opiekane śledzie. W niektórych regionach w wielkopostne środy, piątki i soboty szczególnie pobożne osoby jadały tylko suchy chleb i popijały go tak zwaną wodzianką - osoloną gotowaną wodą z dodatkiem rozdrobnionego czosnku. Nic więc dziwnego, że pod koniec Wielkiego Postu, w Wielki Piątek, a czasami w Wielką Sobotę, urządzano "pogrzeb" żuru i śledzia. Wśród okrzyków radości wynoszono z domów garnki z zupą, rozbijano je kijami, a skorupy wrzucano do jamy i zasypywano. Śpiewano przy tym:

Oj, żegnaj nam, żegnaj, / Nasz panie Żurowski.
Nie będzie cię jadał/ i sam pan krakowski.
Nie będziesz Żurowski/ Miał żadnej roboty,
Bo cię grzebiem w ziemi/ Pod koniec soboty.*

Śledzia zaś lub jego szkielet wieszano na drzewie. Wszystko to oznaczało bliski już koniec postu i było zapowiedzią nadchodzącego wielkiego święta i wielkiej świątecznej biesiady.

Obchody świąteczne Wielkanocy trwają przez cały tydzień, nazywany Wielkim Tygodniem. Rozpoczynają się w Niedzielę Palmową, którą Kościół obchodzi na pamiątkę uroczystego wjazdu Jezusa do Jerozolimy. W Polsce Niedzielę tę nazywano kiedyś Kwietną lub Wierzbną. Wierzba bowiem zastępowała u nas liście palmy rzucane Jezusowi pod nogi. Do palmy poza witkami wierzby wkładano także inne gałązki, na przykład cisu, wiśni, porzeczki, a czasem też sitowie. Obecnie, jako ozdoby, dodaje się kolorowy papier lub krepinę.

Palmy święci się w kościele i następnie obnosi się je w uroczystej procesji. Najpiękniejsze procesje z palmami odbywają się na Kurpiach i na Podkarpaciu. W tych regionach robi się bowiem jeszcze wielkie, czasami nawet kilkumetrowe palmy. Każdego roku obywają się konkursy na najpiękniejszą i najwyższą palmę.

Istniał kiedyś zwyczaj bicia się palmami. Ten, kto pierwszy obudził się w Niedzielę Palmową, mógł wysmagać palmą wszystkich śpiochów. W drodze do kościoła i z powrotem także uderzano się palmami dla zdrowia, siły i urody. Wołano przy tym:

Palma bije, nie ja biję.
Wielki Dzień za tydzień,
Za sześć noc - Wielkanoc.

Poświęconą, przyniesioną z kościoła palmę lub jej cząstkę należało przybić nad drzwiami wejściowymi albo włożyć za święty obraz, aby chroniła dom i gospodarstwo przed ogniem i uderzeniami piorunów. Gospodynie biły zwierzęta domowe witkami wierzby pochodzącymi z palemki, aby zabezpieczyć psy przed wścieklizną i aby krowy były okrągłe jak bazie i dawały dużo mleka. Bazie wkładano do gniazd drobiu i do uli. Po jednej oderwanej z palmy bazi dawano dzieciom do połknięcia, aby ustrzec je przed chorobami gardła.

W Wielki Piątek przez cały dzień obowiązywał bardzo ścisły post. Niektórzy pobożni ludzie całkowicie wyrzekali się spożywania jakichkolwiek pokarmów. W tym dniu, a także w Wielką Sobotę nie wypadało chodzić na polowania, prowadzić procesów sądowych, zakazane było pożycie małżeńskie. Ludzie modlili się i odwiedzali kościoły, w których w Wielki Piątek po południu w nawach bocznych odsłaniane były Groby Pańskie. Tradycja ta znana jest u nas już od XVII wieku. Równie stary jest zwyczaj straży grobowych. Jest to obyczaj wielkanocny, który w całej Polsce zachował się aż do naszych czasów.

Niedziela Palmowa; Łyse na Kurpiach. W tym regionie i na Podkarpaciu robi się nawet kilkumetrowe palmy

Najciekawsze straże grobowe wystawiane są na Ziemi Rzeszowskiej. Nazywa się je "turkami" lub "turkami wielkanocnymi", rzekomo na pamiątkę odsieczy wiedeńskiej i zwycięstwa Polaków - chrześcijan nad Turkami, poganami. Oddziały "turków" noszą ubiory paramilitarne, przybrane wstążkami i kwiatami, a niektóre z nich mają stroje orientalne: jedwabne bluzy, szarawary i wysokie stożkowe czapki. Legenda głosi, że powracający spod Wiednia żołnierze przybyli w swoje rodzinne strony w okresie Wielkanocy, w Wielkim Tygodniu. Przed wejściem do wsi przebrali się w zdobyte na Turkach szaty i tak przystrojeni zaciągnęli warty honorowe przy grobie Chrystusa, dziękując za szczęśliwy powrót do domu.

Po dzień dzisiejszy "turki" w swych barwnych kostiumach trzymają straże przy grobie Chrystusa, od Wielkiego Piątku aż do rezurekcji w Wielką Niedzielę. A po skończeniu mszy popisują się musztrą wykonywaną na dziedzińcu kościelnym, przed plebanią, i paradnymi marszami na ulicach wsi.

Również w Wielki Piątek, na pamiątkę przejścia Chrystusa przez rzekę Cedron, w Polsce ludzie udawali się o świcie nad strumyki lub jeziora i obmywali w nich twarz oraz ręce. Wierzono, że w tym dniu woda nabiera cudownych właściwości. Płukano więc nią zęby, żeby się nie psuły i obmywano twarz dla pięknej cery. Wierzono również, że tego dnia woda staje się lekarstwem na padaczkę. Przed wschodem słońca należało nanosić do domu wody i wykąpać w niej chorą osobę. Chory musiał mieć na sobie ubranie, w którym dostał pierwszego ataku. Po kąpieli wodę należało zanieść nad rzekę lub strumień, z którego była czerpana, i wylać. Wracając do domu, nie wolno było oglądać się za siebie, aby choroba nie powróciła.

W Wielką Sobotę we wszystkich kościołach święci się wodę, ogień i jadło. Poświęcone w kościele jedzenie oraz uczta wielkanocna do dziś noszą nazwę "święconego".

Oddział "turków wielkanocnych"; Grodzisko Górne, woj. rzeszowskie

Kiedyś święcono wszystko, co miało być spożyte podczas uczty w Niedzielę Wielkanocną. Dawniej w Wielką Sobotę ksiądz chodził od domu do domu i święcił jadło. Tradycja ta zanikła na przełomie XVIII i XIX wieku. Pisze o tym biskup płocki Andrzej Stanisław Załuski: Proboszczowie [...] biegają po wsiach i domach i często ledwie zdążą na jutrznię, a niekiedy niezdolni są nawet do odprawiania mszy św., ze zgorszeniem ludu i zniewagą stanu duchownego. Dlatego też niech wyłożą wiernym, iż nie jest koniecznością wszystkie pokarmy poświęcać, lecz dosyć niektóre z nich, choćby tylko sam chleb, a ten z łatwością może być przyniesiony do drzwi kościelnych i tam błogosławiony. Z tym wszystkim, tam zwłaszcza, gdzie jest kilku księży, można się udać do domów osób znakomitszych, szczególnie dobrodziejów kościoła [...].

O tym, co wchodziło w skład święconego, można się dowiedzieć z niektórych dawnych zapisków. Franciszkanin Protazy Newerani tak w XVIII wieku opisuje święcone, tłumacząc jednocześnie symbolikę potraw: Święcą baranka, przypominając prawdziwego Baranka Chrystusa i Jego triumf [...] chorągiewki na pieczonym baranku, święcą mięsiwa, którego się Żydom pożywić nie godziło [...]. Święcą chrzan na znak tego, że gorzkość Męki Chrystusowej tego dnia w słodycz się nam i radość zamieniła, i dlatego też przy tym masło święcą, które znaczy tę słodycz. Święcą na ostatek i jaja, na dowód tego, że jako kokosz dwojako niby kurczęta rodzi, raz niosąc owoc, drugi raz go wysiadując, tak przez Chrystusa dwa razy odrodzeni jesteśmy. Obecnie w koszyczku ze święconym znajduje się baranek, jajko, kromka chleba i sól.

Po powrocie z kościoła trzeba było trzykrotnie obejść ze święconym domostwo, aby odpędzić wszelkie złe moce. Wierzono, że dzięki temu węże, żmije i ropuchy nie wejdą do zabudowań.

Dziecięca straż grobowa - "rzymianie"; Sarzyna, woj. tarnobrzeskie

Najważniejszym momentem obchodów wielkanocnych i Wielkiej Niedzieli była i jest dotychczas msza rezurekcyjna odprawiana o świcie lub nawet w Wielką Sobotę w nocy. Po nabożeństwie śpiesznie udawano się do domu na święcone - wielkie, uroczyste, świąteczne śniadanie. W przeszłości, w Niedzielę Wielkanocną, odbywały się wspaniałe wystawne uczty, zwłaszcza w domach bogaczy. W "Kurierze Warszawskim" z 1828 roku można przeczytać, że u Sapiehy stół wyglądał bardzo okazale: [...] Stało cztery przeogromnych dzików, to jest tyle, ile części roku. Każdy dzik miał w sobie wieprzowinę, czyli szynki, kiełbasy, prosiątka [...]. Stało również dwanaście jeleni, także całkowicie pieczonych, nadziane były rozmaitą zwierzyną, zającami, cietrzewiami, dropiami, pardwami. Te jelenie wyobrażały dwanaście miesięcy. Naokoło były ciasta sążniste, tyle, ile tygodni w roku, to jest 52, cudne placki, mazury, żmudzkie pierogi, a wszystko wysadzane bakalią. Za nimi było 365 babek, to jest tyle, ile dni w roku. Co zaś do bibendy, było cztery puchary na pamiątkę czterech pór roku, napełnione winem jeszcze od czasów króla Stefana. Dwanaście konewek srebrnych z winem po królu Zygmuncie. I było 52 baryłek także srebrnych na pamiątkę 52 tygodni, było w nich wino cypryjskie, hiszpańskie i włoskie. Dalej 365 gąsiorków z winem węgierskim, czyli tyle gąsiorków, ile dni w roku. A dla czeladzi 8760 kwart miodu, to jest tyle, ile godzin w roku.**

Wielkanocne śniadanie rozpoczyna się zawsze od podzielenia się jajkiem i złożenia sobie życzeń. Na zastawionym obficie stole honorowe miejsce zajmuje baranek i misa z kolorowymi jajkami, które w Polsce potocznie nazywa się pisankami. Najstarsze polskie pisanki datuje się na X wiek, ale prawdopodobnie wykonywano je już znacznie wcześniej.

Jest kilka legend, które tłumaczą zwyczaj malowania jajek na Wielkanoc. Jedna z nich głosi, że święta Magdalena, dowiedziawszy się od anioła, że Jezus zmartwychwstał, radośnie pobiegła do domu. Tam dostrzegła, że wszystkie jajka stały się kolorowe. Później, mówiąc apostołom o cudzie, pokazała im też jajka. Wtedy to wykluły się z nich piękne kolorowe ptaki, które od razu poderwały się do lotu, aby na całym świecie głosić dobrą nowinę. Inna legenda mówi, że Matka Boska udała się do Piłata, chcąc wybłagać życie syna. Przyniosła wtedy ze sobą malowane jajka jako prezent dla dzieci prefekta Judei.

Wielkanocny objazd pól; Pietrowice Wielkie, Śląsk. Obyczaj ten łączy się ze starymi zwyczajami rolniczymi

Barwy pisanek nie były przypadkowo dobrane. Każda miała swoje symboliczne znaczenie - fioletowa i niebieska oznaczały żałobę wielkopostną, żółta, zielona i brązowa to radość ze zmartwychwstania, a czerwona - krew Chrystusa przelana za grzechy. Obecnie istnieją barwniki chemiczne, kiedyś do sporządzania kolorów używano barwników pochodzenia naturalnego. Kolor żółty otrzymywano z łupin cebuli, czerwony z odwaru wykonanego z owadów zwanych czerwcami. Do sporządzania barw brunatnych stosowano wywar z kory dębowej, a czarnej - z kory olszy.

Wierzono, że jajko posiada wielką moc magiczną - chroni przed złymi duchami. Kładziono je pod próg obory, zanim wypędziło się bydło na pierwszy wiosenny wypas, zakopywano jajka na polach, by przynosiły urodzaj, wkopywano pod węgły budowanych domów, skorupki z wielkanocnego stołu zostawiało się w kurnikach, aby kury lepiej się niosły.

Tradycją świąt wielkanocnych, zakorzenioną u nas znacznie silniej niż w innych krajach, jest śmigus-dyngus. Kiedyś były to najprawdopodobniej dwa obrzędy. Wyraz dyngus pochodzi od niemieckiego słowa dingen i znaczy wykupywać się. Obyczaj ten polegał wcześniej na chodzeniu po tak zwanym dyngusie, czyli włóczebnym, i śpiewaniu pieśni ludowych bądź religijnych. Rodziny, którym złożono taką wizytę, musiały obdarowywać chodzących "po dyngusie" jajkami lub pozostałościami wielkanocnych smakołyków.

Śmigus natomiast pochodzi od słowa Schmeckostern, czyli uderzać na Wielkanoc (schmecken - bić, Ostern - Wielkanoc). Śmigus polegał na biciu się witkami wierzby po nogach i polewaniu się wodą. Wielki znawca polskich obyczajów, Aleksander Brückner tak opisuje śmigus: [...] parobek wyłazi na dach karczmy wioskowej z miednicą w ręku i, pobrzękując w takową, obwołuje dziewki, które będą oblewane i zapowiada, ile dla której potrzeba dla jej szorowania fur piasku, perzu na wiechcie, grac do skrobania, ile kubłów wody i mydliska. Tak to wygląda, jakby śmigus był pamiątką umywania się na Wielkanoc po pokucie wielkopostnej, polegającej w średnich wiekach na zaniedbaniu cielesnym. Niekiedy zwyczaj ten lud nazywa jeszcze i po polsku dniem św. Lejka, oblewanką lub polewanką. Inny opis, pochodzący z epoki saskiej, znaleźć można w pamiętnikach księdza Jędrzeja Kitowicza: Lud wiejski, dosyć wiernie trzymający się obyczaju starego, pocieszny wyprawia dyngus alias śmigus, a mianowicie koło studzien. Parobcy od rana gromadzą się, czatując na dziewki, idące czerpać wodę i tam, porwawszy między siebie jedną, leją na nią wodę wiadrami, albo zanurzają ją w stawie, a niekiedy w przerębli, jeżeli lód jeszcze trzyma. W miastach oblewanie się wodą nie było zwyczajem powszechnie przyjętym.

W Polsce występują dotychczas bardzo ciekawe obyczaje związane ze świętami Wielkanocy. Mieszają się w nich echa tradycji pogańskich, echa wydarzeń sprzed stuleci i fantazja ludowa. Na przykład koło Raciborza w Pietrowicach Wielkich w Poniedziałek Wielkanocny wyrusza konna procesja z krzyżem oraz chorągwiami kościelnymi i objeżdża okoliczne pola. Podobno obyczaj ten wywodzi się z pogańskich tradycji objeżdżania pól, przywoływania wiosny i odpędzania zimy oraz złych mocy. Bogate i kolorowe polskie tradycje budzą zainteresowanie za granicą. Coraz częściej turyści wybierają się do naszego kraju właśnie na Święto Zmartwychwstania Pańskiego. Są to głównie Skandynawowie i Francuzi - u nich bowiem święta Wielkanocy obchodzi się skromnie i przeważnie traktuje się je tylko jako urlop od pracy.

Zdjęcia: Krzysztof Chojnacki

* Cytaty zostały zaczerpnięte z opracowania Franciszka Lewandowskiego, które ukazało się na łamach "Kierunków" 30 marca 1986 r.

** Cytat ten pochodzi z artykułu Macieja Kołyszki, opublikowanego w czasopiśmie "Plus" z 9-30 marca 1991 r.

TOMASZ WÓJCIK jest studentem II roku Wydziału Radia i Telewizji na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach.