Twoja wyszukiwarka

PAWEŁ ŚPIEWAK
ŻYWA DEMOKRACJA
Wiedza i Życie nr 5/1997
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 5/1997

NIE MA DEMOKRACJI TAM, GDZIE SIĘ JEJ NIE PRAKTYKUJE NA CO DZIEŃ, GDZIE OBYWATELE NIE TWORZĄ SIECI POROZUMIEŃ, GDZIE ICH DZIAŁANIA NIE MAJĄ WPŁYWU NA URZĄDZENIA PUBLICZNE, A KAPITAŁ SPOŁECZNEGO ZAUFANIA NIE JEST STALE ODNAWIANY.

System federacyjny wprowadzili Amerykanie. Meksykanie, chcąc skorzystać z jego dobrodziejstw, skopiowali rozwiązania prawne Anglosasów. Lecz - jak pisał Alexis de Tocqueville - przepisując literę prawa, nie zdołali przenieść jej ducha. Dzięki zdrowemu rozsądkowi i praktycznej inteligencji Amerykanie potrafili uniknąć rozlicznych pułapek rozwiązań federacyjnych. Ich południowi sąsiedzi pogubili się w zawiłościach prawnych i zamiast rządów ludu wprowadzili nepotyzm i korupcję, a kraj ich do dziś miota się między anarchią a wojskową dyktaturą. O trwałości amerykańskiej konstytucji decyduje, jak twierdził de Tocqueville, jednolitość cywilizacyjna narodu, jego wyjątkowe obyczaje i temperament. Podstawą zaś jest równość możliwości i umysłów, dobrobyt, klimat oraz szacunek dla porządku, bez którego interesy nie mogłyby prosperować, a także zdrowy rozsądek, który tworzy wielkie majątki.* Powodzenie demokracji i wolności autor klasycznego dzieła o demokracji amerykańskiej wiąże zatem z tym, co nazwał mores, czyli obyczajem, nawykami obywatelskimi, stylem myślenia, jednym słowem z tym, co stanowi kulturowe podglebie uprawiania polityki bieżącej.

Teza ta stawia nas wobec kwestii szalenie istotnej i żywo dyskutowanej, a mianowicie co sprawia, że ustroje demokratyczne dobrze funkcjonują, ich instytucje są szanowane, a obywatele czują się w ich otoczeniu bezpiecznie, mając do ich działania niezbędne zaufanie?

Można w pewnym przybliżeniu mówić o trzech szkołach myślenia na temat przyczyn stabilności i zakorzenienia ładu demokratycznego. Pierwszą z nich nazwać można szkołą socjologiczno-ekonomiczną. Powiada ona, że nie ma sprawnie funkcjonującej demokracji tam, gdzie rozpiętości majątkowe są zbyt duże i gdzie znaczna część społeczeństwa jest lub czuje się wykluczona z udziału w dobrobycie zbiorowym. W takiej sytuacji udział mas w polityce jest fikcyjny, a stopień ich niezadowolenia bywa na tyle wysoki, że szeroki poklask zdobyć mogą antydemokratyczne idee i ruchy, które obiecują rychłe rozwiązanie ich problemów. Wtedy do władzy dochodzą albo skrajna lewica, albo ugrupowania populistyczne. Socjologowie wskazują również na zależności bardziej złożone. Twierdzą, że w podobny sposób niszczy demokracje niski poziom rozwoju gospodarczego. Ustrój ten z reguły zakorzeniał się w krajach stosunkowo zamożnych, o wysokim poziomie cywilizacyjnym. Źle jest, gdy dostęp do wykształcenia jest ograniczony albo gdy naród podzielony jest na niewielką grupę wykształconych i resztę, która niezdolna jest do formułowania krytycznej opinii politycznej. Powiada się, że demokracja nie udaje się w krajach o silnych podziałach etnicznych i religijnych.

Zwraca się uwagę na to, że system ten nie sprawdza się tam, gdzie wybitną rolę w życiu gospodarczym kraju odgrywa wielka własność ziemska. Przykładów takich można przytaczać więcej. Istotne jest, że wskazują na trwałe społeczne lub ekonomiczne zależności, które ograniczają swobody demokratyczne oraz sterowność władz i których zasięg lub skutki można dzięki stosownym zabiegom pomniejszyć albo też nad nimi zapanować. Sugeruje się więc, że zapewnienie minimum socjalnego będzie sprzyjało procesom demokratycznym, że odpowiednia i prowadzona przez dłuższy czas polityka edukacyjna powinna przynieść nowym grupom szanse awansu społecznego, a przez to wzmocnić zaufanie do demokracji i nauczyć korzystania z jej dobrodziejstw.

Druga szkoła myślenia o przyczynach stabilności ładu demokratycznego - zwana instytucjonalno-jurydyczną - zwraca uwagę na jakość prawa i stosowne rozwiązania instytucjonalne, których celem jest wzmocnienie ustroju demokratycznego. Szczególnie znaczące z tego punktu widzenia są rozważania na temat prawa wyborczego. Ponad sto piędziesiąt lat temu John Stuart Mill zalecał, by dostęp do legislatury zdobyły opinie oryginalne i twórcze, a reprezentowane przez grupy mniejszościowe w istniejących okręgach wyborczych. Kilka lat temu w Polsce jedynym lekarstwem na rozdrobnienie parlamentu, a tym samym niestabilność koalicji rządowych i niesterowność administrowania państwem znajdywano w przejściu od proporcjonalnej do proporcjonalno-większościowej ordynacji wyborczej. Z kolei remedium na niejasności w podziale kompetencji poszczególnych organów władzy państwowej, a także w wyniku tego częste spięcia, widziano w dobrze skontruowanej konstytucji.

Najciekawsze jednak wydają mi się uwagi trzeciej szkoły, zwanej kulturową, oraz opinie tych pisarzy, którzy niemal
wprost odwołują się do de Tocqueville'a i jego rodaka barona Charlesa Luisa de Montesquieu. Nie lekceważą oni znaczenia porządku prawnego, ale uważają, że zarówno u podstaw działań gospodarczych, jak i legalnego porządku państwa stoją nawyki ludzi, ich namiętności, obyczaje. Porównanie doświadczenia amerykańskiego i meksykańskiego hipotezę tę potwierdza. Inaczej mówiąc, nie wystarczy pewnego pięknego dnia wprowadzić w jakimś państwie pięcioprzymiotnikowe prawo wyborcze, ogłosić wolność prasy, stowarzyszeń, uruchomić swobodną inicjatywę gospodarczą, by mówić o tym kraju, że jest demokratyczny. Nie wystarczy dobrze skonstruowana konstytucja. Niezbędna jest również zmiana zachowań zbiorowych zarówno na co dzień, jak i od święta, na przykład w czasie wyborów. Należy najpierw zbudować społeczeństwo obywatelskie, zainicjować życie stowarzyszeniowe, wzmocnić nawyki organizowania się, zbiorowego działania, nauczyć się prowadzenia dialogu i takiej walki o swe racje, by nie przerodziła się ona w krucjatę ideologiczną.

Argumenty przemawiające za tą tezą przedstawił kilka lat temu amerykański socjolog Robert D. Putnam w opublikowanej pracy o systemie samorządowym Włoch. Przekonuje w niej czytelników, że nie sposób analizować ustrojów politycznych poza kontekstem ich dziejów. Demokratyczne rozwiązania ustrojowe mogą się udać jedynie wtedy, gdy na ich straży z jednej strony stoi sprawna policja, sprawiedliwi sędziowie czy arcykompetentni inżynierowie systemów politycznych, z drugiej zaś cieszą się społecznym poparciem, które sprawia, że owe instytucje, prawa, konstytucje są żywe i stanowią cząstkę ludzkiego bytowania i społecznych więzi.

Putnam znalazł świetne pole do ukazania swojej oraz de Tocqueville'a wizji demokracji, a mianowcie mocno zróżnicowane Włochy. Badania swoje przeprowadził w sytuacji swoistego rodzaju eksperymentu. W całym kraju wprowadzono identyczny system wzmacniający władzę lokalną. Na Północy przyniósł on wspaniałe rezultaty: rozkwit inicjatyw oddolnych, sprawniejszą władzę. Na Południu lokalne samorządy wpisały się w strukturę mafijno-klanową i przez nią zostały opanowane. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Jedynie na Północy istniały silne nawyki samoorganizacji, zdolność samorządzenia była głęboko ugruntowana, a społeczeństwo miało zaufanie do rządzących. Taki stan rzeczy wynika z wielowiekowej tradycji miast i państw tej części Włoch. O sukcesie demokracji na szczeblu regionów zadecydowały właśnie owe mores opisywane przez de Tocqueville'a i Monteskiusza. Bez nich demokracja jest tylko mechanizmem, który - gdy zostaje pozbawiony wprawnych i rozumnych użytkowników - zamienia się w swoją karykaturę.

To ważny wniosek dla ciągle nowych doświadczeń polskich. Demokracja nie może się udać, jeśli każda jednostka pilnuje jedynie swoich interesów i nie przykłada należycie ręki do swego udziału w interesach ogólnych albo się o nic nie troszczy
(J. S. Mill), jeśli brak ludowi umiejętności i nawyku stowarzyszania (de Tocqueville) oraz gdy każdy człowiek zamyka się w kręgu własnych myśli i stamtąd zamierza osądzać świat. Wtedy demokracja polityczna wyradza się i daje dostęp intrydze lub skrywanej tyranii państwa. Formy zostają zachowane, ginie natomiast cel, dla jakiego rządy reprezentatywne zostały powołane.

Tradycja, w jaką wpisuje się myślenie Putnama, dowodzi, że definicja demokracji politycznej, która określa ją przez właściwe dla niej formy powoływania władzy (pięcioprzymiotnikowe prawo wyborcze), formalną separację władz, parlamentarną kontrolę rządu, jest zbyt wąska albo wręcz wadliwie skonstruowana. Państwo nie staje się demokratyczne tylko dlatego, że co pewien czas odbywają się w nim wybory. W przypadku południowych Włoch czy Meksyku - mimo przestrzegania formalnych reguł - demokracja, zamiast być obroną przed błędami rządzenia, staje się jeszcze jednym sposobem na zniewolenie ludzi, zachowanie starych przywilejów oraz dawnych nawyków bezradności i alienacji zbiorowej. Ustrój ten - pojęty w sposób czysto formalny - jest zatem czymś dalece niewystarczającym do zrealizowania pierwotnie wytyczonych celów. Okazuje się więc, że poprawna definicja demokracji musi określić nie tylko instytucjonalne ramy działania i procedowania, ale również wskazać funkcje, jakie ma wypełnić, oraz umiejętności i cnoty, jakie są niezbędne do jej istnienia. Bo nie można w pełni mówić o demokracji, gdy brak zbiorowej zaradności, niezbędnego doświadczenia tolerancji, sceptycyzmu, sprawiedliwości i roztropności.

Jeżeli reguły działania demokracji wymagają uzupełnienia i wsparcia przez mores, tedy okaże się, że każda poprawna definicja demokracji nie może się ograniczyć jedynie do wymiaru politycznego, do instytucji politycznych. Objąć musi również sferę kulturową. Okazuje się, że sensownie pomyślana najściślej wiąże się z postawami wobec świata: z indywidualizmem, zmysłem kompromisu, szacunkiem dla mniejszości i praw człowieka. A jeżeli tak jest, to owa demokratyczna baza obecna w ludzkich postawach i wrażliwości będzie szukać swego wyrazu nie tylko w sferze publicznej, ale również w życiu gospodarczym, kulturze, stylach religijności, relacjach między płciami. Demokracja ze swoją infrastrukturą duchową będzie dążyć do spełnienia w poszukiwaniu zasad równości, w tolerancji, nie znając ograniczeń dla swej ekspansji i swoiście przez siebie pojętego ideału ludzkiego życia. Demokracja zakorzeniona w historycznie ugruntowanych nawykach i namiętnościach, utrwalonych dyspozycjach będzie też przejawiać tendencje rewolucjonizujące sfery, które od polityki są odległe.

Demokracja może zatem istnieć wyłącznie jako forma kulturowa. Jeśli nie obejmie całości zjawisk, zginie z braku właściwych jej podstaw psychicznych. Owa jedność ładu demokratycznego gwarantowana jest jednością wewnętrzną jednostki. Trudno sobie wyobrazić, by w różnych sferach życia obowiązywały całkiem odmienne nawyki i wymagania. Innymi słowy, nie jest raczej możliwa sytuacja, by w domu obowiązywały formy patriarchalne, w Kościołach zasada całkowitego i bezkrytycznego posłuszeństwa, a jedynie politykę ożywiały reguły jawności i równości.

Robert D. Putnam i reprezentowana przez niego szkoła myślenia dowodzą, że demokracja polityczna, choć dobrze opisana i skodyfikowana, nie daje się łatwo przeszczepiać. Granice demokracji bowiem często pokrywają się z granicami wolnej opinii publicznej. Przeprowadzenie wyborów parlamentarnych w krajach takich, jak Azerbejdżan czy Białoruś, a ostatnio Albania, jest możliwe, trudniej jednak potwierdzić istnienie tam ustroju demokratycznego. Optymiści będą twierdzili, że ważny jest sam akt wyborczy, że obywatele - uświadamiając sobie siłę kartki do głosowania - z czasem wyrobią w sobie właściwe dla demokracji nawyki myślenia. Tak być może, ale nie musi. Rychło może się okazać, że elita, która doszła do władzy w quasi demokratycznych wyborach, uczyni wszystko, by zachować swoją pozycję, nawet kosztem reguł proceduralnych.

Wedle ostatnich badań aż 68 % Polaków nie czuje się w demokracji dobrze. Ta utrata wiary w demokrację dokonuje się zapewne z dwóch powodów. Pierwszy związany jest z uogólnioną niechęcią do całej klasy politycznej (zarówno do lewicy, jak i prawicy), a tym samym brakiem zaufania do instytucji państwa i jego praw. Te bowiem - wedle większości obywateli - są wyrazem interesów partyjnych. Drugą przyczyną jest fałszywie pojęty indywidualizm. Sądzę, że większość polskiego społeczeństwa nie poczuwa się do obowiązków względem dobra wspólnego. Bliźni jest rywalem, czasem ofiarą, z reguły współzawodnikiem. Tam, gdzie nie ma mowy o moralności publicznej, uboga jest też moralność w sferze prywatnej. Ogranicza się bowiem do ochrony swojego stanu posiadania i izoluje od tego, co wspólne.

Demokracja polityczna zatem, by trwać i wypełnić swoją funkcję, musi u swych podstaw mieć stosowne postawy obyczajowe. Efektywne i reagujące na potrzeby mieszkańców instytucje - pisał Putnam - zależą, używając języka obywatelskiego humanizmu, od republikańskich cnót i obyczajów. Tocqueville miał rację: rząd demokratyczny jest silniejszy, a nie słabszy, kiedy wokół niego jest aktywne społeczeństwo obywatelskie. Po stronie popytu, członkowie obywatelskich wspólnot oczekują lepszego rządu i dostają go (częściowo dzięki własnym wysiłkom). Domagają się bardziej sprawnych służb socjalnych i gotowi są zbiorowo działać na rzecz wspólnych celów. Ich odpowiednicy w mniej obywatelskich regionach powszechniej przyjmują rolę wyalienowanych i cynicznych petentów. Po stronie podaży, sprawne działania rządu przedstawicielskiego ułatwia społeczna infrastruktura wspólnot obywatelskich i demokratyczne wartości uznawane zarówno przez urzędników, jak i obywateli. Najbardziej fundamentalną cechą wspólnoty obywatelskiej jest zdolność obywateli do współpracy na rzecz wspólnych celów. Uogólnione odwzajemnienie [...] tworzy społeczny kapitał i wspiera współdziałanie.**

Szkoła kulturowa twierdzi, że demokracja wymaga stałego uczestnictwa, które może przybierać różnorodne formy: od stowarzyszeń sportowych i kół samokształceniowych, poprzez samorządy zawodowe, po ugrupowania czysto polityczne. Działając w nich, ludzie ćwiczą się w umiejętności odczytywania faktów, w znajomości ruchów społecznych, zmuszają do wzajemnej pomocy, uczą sztuki przekonywania i uzgadniania stanowisk. Istotą demokracji jest zatem stały system porozumień i kompromisów, bez których elitarystyczna jej forma z mocnym systemem partyjnym wyradza się. Powstają kliki, a obywatele są spychani do roli petentów.

I jeszcze jedna sprawa, na którą zwrócił uwagę Putnam. Otóż uważa on, że dla duchowej infrastruktury demokracji zasadniczą kwestią jest zaufanie. Wymaga go wspólne działanie, które każe zawierzyć kompetencjom, uczciwości i sprawności partnera. Powstały kapitał nie wyczerpuje się, lecz przeciwnie, narasta. Putnam uznaje arcytrafnie, że bez tego społecznego zaufania nie jest możliwa sieć stowarzyszeń obywatelskich. Dodaje też uwagę o fundamentalnym znaczeniu. Różnorodność powiązań, a zatem i moc społeczeństwa obywatelskiego dość dobrze prognozuje rozwój gospodarczy danego regionu. Między demokracją polityczną a powodzeniem materialnym istnieje więź subtelna, jakiej z praw czy procedur rządzenia danego kraju wywieść nie sposób. Nie wystarczy więc gospodarce rynkowej zapewnienie przestrzeni rozwoju przez ograniczenie kompetencji administracji centralnej. Nie wystarczy zwalczanie protekcjonizmu. Jak pisał XVIII-wieczny ekonomista włoski Antonio Genovesi, przy zawieraniu kontraktów [gdy brak zaufania] nie może być pewności i stąd egzekwowanie prawa nie jest możliwe, a społeczeństwo jest w takich warunkach skutecznie zredukowane do stanu pół-dzikości.** Można zasadnie twierdzić, że gospodarcze zacofanie nie jest funkcją braku innowacyjności czy rzekomej postawy rewindykacyjnej, ale daje się w znacznej mierze wyjaśnić brakiem wzajemnego zaufania.

Demokracja jest delikatnym towarem "eksportowym". Dość łatwo pokazać innym, jak z punktu widzenia formalnego zorganizować wybory. Dużo trudniej jest nauczyć, w jaki sposób budować instytucje, gromadzić społeczny kapitał zaufania. Tej wiedzy nie dostarczą nauczyciele z zewnątrz, jest ona bowiem wynikiem procesu samouczenia, którego trwanie mierzy się nie w latach, ale w dziesiątkach lat. To, czy demokracja się zakorzeniła, czy owocuje, można stwierdzić dopiero po upływie życia wielu pokoleń.

Ryciny: Daniel Wróblewski

*Alexis de Tocqueville, O demokracji w Ameryce. Tłum. M. Król, Warszawa 1976.

**Ten i następny cytat pochodzą z: Robert D. Putnam, Demokracja w działaniu. Tłum. J. Szacki, Kraków 1995. Rozwinięcie rozważań Roberta D. Putnama można znaleźć w: R. D. Putnam, Bowling alone: malejący społeczny kapitał Ameryki. "Nowa Respublica" nr 6/1996.

W cyklu "Społeczeństwo obywatelskie" dotychczas ukazały się w dodatku "Wiedza i Człowiek" następujące artykuły: A. Siciński, O idei społeczeństwa obywatelskiego; M. Środa, Ludzie i termity; W. Osiatyński, Społeczeństwo otwarte według Karla Poppera (6/96); W. Osiatyński, Sztuka społecznej organizacji (7/96), Społeczeństwo masowe (8/96), Odrodzenie społeczeństwa obywatelskiego (9/96), Wzlot i upadek społeczeństwa obywatelskiego w Polsce (10/96), Państwo złem koniecznym (11/96); B. Markiewicz, Być obywatelem (11/96); P. Śpiewak, Zwycięstwo demokracji? (1/97), Lud i demokracja (2/97), Demokracja partycypacyjna (3/97), Demokracja przedstawicielska (4/97).

Dr PAWEŁ ŚPIEWAK pracuje w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego.