Twoja wyszukiwarka

X.RUT
O SZTUCE MÓWIENIA "NIE WIEM"
Wiedza i Życie nr 6/1997
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 6/1997

W drugi dzień Wielkanocy włączyłem wieczorem radio i zacząłem przebiegać zaprogramowane stacje; liczyłem na to, że wyczerpał się już zapas próżnej paplaniny o tradycjach i symbolach, a że w święta kościelne zwyczaj każe unikać emisji łomotu, miałem nadzieję na złapanie odrobiny nadającej się do słuchania muzyki. Zawiodłem się, ale trafiłem na audycję z gatunku popularnonaukowej pogaduszki na żywo, jak to ostatnio modne - z telefonicznym udziałem słuchaczy. Rozmawiało dwóch bardzo zadowolonych z siebie panów, Redaktor i Profesor.

Właściwie trudno powiedzieć, że rozmawiali ze sobą. Było to coś w rodzaju dwu monologów, wygłaszanych na przemian. Każdy z Panów prowadził swój temat, od czasu do czasu ustępując mikrofon drugiemu, a kiedy znowu się doń dorywał, kontynuował, nie zwracając uwagi na to, co mówił rozmówca. W najogólniejszych zarysach mowa była o jajach. Kurzych, a może ogólniej - ptasich. W pewnej chwili Profesor wyjawił bardzo doniosłą prawdę, że masa jaja nie jest ściśle proporcjonalna do masy ptaszycy, która je znosi.

Wtedy zatelefonowała wyraźnie podekscytowana słuchaczka, że to ma związek z zasadą złotego środka. I tu zaczęła się zabawa. Pan Redaktor wykrzyknął, ależ pani ma na myśli Arystotelesa, Pan Profesor zaś skorygował, że pani słuchaczce chodzi o starogrecką zasadę złotego podziału odcinka, która jest bardzo skomplikowana, bo występuje w niej pierwiastek z trzech, a starożytni Grecy, nie znający zaprawy murarskiej posługiwali się tą zasadą przy budowie łuków architektonicznych, tak projektowanych, by ciosy kamienne, z których były wznoszone, utrzymywały się dzięki samym tylko siłom statycznym. Zdębiałem. Tyle bzdur naraz nieczęsto zdarza się usłyszeć.

O złotym środku pisał nie Arystoteles, lecz Horacy: Auream quisquis mediocritatem diligit... (Oda do Licyniusza Mureny, szwagra Mecenasa; w zbiorze Carmina dziesiąta pieśń drugiej księgi). W formule na złoty podział odcinka występuje co prawda pierwiastek kwadratowy, ale nie z trzech, lecz z pięciu, w żadnej zaś budowli starogreckiej nie było ani jednego łuku, gdyż ten element architektoniczny wynaleźli dopiero Rzymianie, którzy powszechnie stosowali zaprawę murarską i beton. Ani rzymskie, ani romańskie, ani bizantyjskie, ani żadne inne łuki nie mają nic wspólnego ze złotym podziałem odcinka.

Nie śledziłem już dalszego gaworzenia dwu miłych panów, z których jeden ciągle wracał do Arystotelesa, a drugi rozprawiał o szklanych piramidach przed Luwrem i na uniwersyteckich kampusach północnej Ameryki; związek tych tematów z jajami ptasimi wydawał mi się zresztą dość odległy. Zadumałem się natomiast nad sensownością audycji, które szerzą podobne brednie. W końcu nie tylko firmuje je poważna stacja radiowa, ale występują w nich ludzie prezentowani publiczności jako autorytety. Słuchacze mają prawo im ufać, a kiedy przypadkiem przekonają się, że z głośnika płyną ewidentnie fałszywe informacje, mają - niestety - prawo pomyśleć, że na psy schodzi poziom wykształcenia elit intelektualnych. Stąd mały już tylko kroczek do poderwania zaufania do wszystkiego, co przedstawiciele tych elit głoszą. Stąd też pożywka dla wzrostu popularności szarlatanów wszelkiej maści i trudność walki z nimi o rząd dusz. No bo nie wystarcza już złapać takiego paranaukowca na jednym czy drugim błędzie, wytknąć mu jeden czy drugi ewidentny fałsz. Nieprawdy lekkomyślnie głoszone przez bona fide uczonych usprawiedliwiają - niestety - argument, że to niby nie ma z czego robić sprawy, każdy może się pomylić, sam słyszałem, jak profesor taki to a taki też mówił od rzeczy.

Świąteczny wieczór miałem już zepsuty. Pozwoliłem więc sobie na dalsze drążenie tematu. Jak to się dzieje, że coraz częściej rzetelni uczeni dają się ponieść potokowi własnej wymowy, zapuszczają się daleko poza obszar swoich kwalifikacji zawodowych bez uprzedniej weryfikacji faktów, tym potrzebniejszej, im dalej się odchodzi od tego kawałeczka wiedzy, który opanowało się rzeczywiście znakomicie. Dlaczego w ich ustach zwrot "nie wiem" stał się czysto retoryczny, by nie powiedzieć: kokieteryjny?

Myślę, że winna jest zmieniona w ostatnich dziesięcioleciach społeczna percepcja uczonego, nadmierne upublicznienie jego wizerunku.

Kiedyś, dawno temu, uczeni budowali swoją pozycję społeczną, wykonując zawód pozwalający na rynkową weryfikację: wyliczali horoskopy (Tycho de Brahe), obliczali pojemność beczek na wino (Kepler), robili maści (Pracelsus), zarządzali mennicą (Newton) albo, utrzymując się z innych źródeł, naukę uprawiali po amatorsku (Kopernik). Niektórzy byli nieźle płatnymi nauczycielami różnych szczebli (Kartezjusz). Epoka Oświecenia stworzyła modę na salonowych uczonych, których każdy władca kolekcjonował ku zazdrości innych władców (konkurencja dworu petersburskiego z berlińskim była wręcz komiczna!). Cesarz Napoleon upaństwowił ten proceder, a od Humboldtowskiej reformy zaczął się rozkwit pruskiego uniwersytetu państwowego, modelu przejętego przez znaczną część Europy, w którym uczonemu pozycję społeczną (i doskonałe dożywotnie uposażenie) dawało objęcie katedry. Utratę takiej pozycji (choć niekoniecznie apanaży) mogło przynieść tylko jedno - skandal towarzyski,
np. dopuszczenie do zbytniej poufałości z prasą niefachową lub inne manifestacyjne zabiegi o popularność w kręgach niewtajemniczonych. Przynależność do korporacji uniwersyteckiej i zajmowany w niej szczebel hierarchiczny przydawały gravitas osobie uczonego, dostojność i - podkreślmy to raz jeszcze - dobra doczesne płynęły od instytucji do człowieka.

Inaczej rzecz miała się w Ameryce, która bardzo długo nie potrafiła zdobyć się na autonomiczną "produkcję" wybitnych uczonych w liczbie niezbędnej dla obsadzenia katedr w swoich nader licznych uniwersytetach. Tam, o klasie uczelni decydował kaliber importowanych uczonych. Dostojność płynęła w odwrotnym kierunku: od uczonego do instytucji. Nawet masowa imigracja europejskich uczonych wygnanych ze Starego Kontynentu przez koszmary faszyzmu (i, w mniejszym stopniu - ze względu na prawie całkowitą hermetyczność - komunizmu), nie zmieniła nawyków socjalnych, jakie z takiej odwrotnej relacji wynikały. Mimo że II wojna światowa i epoka zimnej wojny stworzyły w USA wspaniałe ośrodki naukowe, do dziś będące prawdziwą Mekką dla uczonych całego świata, i mimo że sporo amerykańskich uniwersytetów daje dziś swoim profesorom niekwestionowane patenty na wielkość, nadal osobista popularność uczonego odgrywa istotną rolę w jego karierze życiowej, choćby dlatego, że zależy ona od zdolności pozyskiwania wszelkiego rodzaju funduszy, przyznawanych przez struktury administracyjne, czasem lekko zawoalowane przez naukowe nadbudówki, czasem czysto biurokratyczne.

Z upływem lat i wzrastającą dominacją amerykańskiego stylu życia model uczonego zabiegającego o swoją popularność rozpowszechnił się w całym cywilizowanym świecie. Zauważmy, że nie chodzi tu tylko o sławę. W końcu, jeśli przysięga doktorska każe młodemu uczonemu wyrzec się próżnej sławy, to - jak zawsze - u źródła zakazu leży świadomość jego częstego naruszania. O sławę uczeni zawsze zabiegali, zabiegają i będą zabiegać (zaklinając się przy tym, iż im na niej nie zależy). W "starym" modelu kariery życiowej chodziło jednak przede wszystkim o sławę i znaczenie w środowisku naukowym, w "nowym" to nie wystarcza, gdyż trzeba odpowiednio kształtować opinię biurokratów, a ci rzadko kiedy potrafią zrozumieć, na czym polega waga doniesień naukowych, jeśli nawet chcieliby poświęcić swój cenny czas na zaznajomienie się z nimi.

Do biurokratów i polityków można dotrzeć tylko poprzez te kanały informacyjne, którymi się oni na co dzień posługują: przez popularną prasę, radio i telewizję. A tu króluje dictum McLuhana: medium is the message. Tu nie ma znaczenia, co się mówi, byle się mówiło często, z pewnością siebie, bez trudnych słów, krótkimi zdaniami. Do ich świadomości docierają już tylko te wyśmiewane przez poważniejszych analityków sceny politycznej sound bites, pojedyncze, łatwe do zapamiętania frazy.

Jak już niejednokrotnie w tych felietonach pisałem, uczeni są na ogół dość inteligentni. Szybko zrozumieli, co jest grane. Nie trzeba się więc nadmiernie dziwić, że tak często pojawiają się w prasie, na antenie i wizji. Wszystko jedno o czym, będą mówić i komentować, na obojętny temat znajdą kilka słów, niekoniecznie do rzeczy, ale zawsze pleno titulo, nigdy jako pan taki, czy pani taka. Zawsze jako profesor. Z sumy takich wypowiedzi nic nie wynika, popełnionych błędów nikt nie zapamięta. Za to rośnie estyma wśród tych, którzy jutro albo pojutrze będą decydowali o przydziale środków na badania, o zaproszeniach na bale, kwesty i aukcje, gdzie sam fakt pokazania się świadczy o randze osoby, gdzie trzeba być widzianym: to musi być wybitny uczony, skoro widziałem go na raucie w Polkurdemolu, warto go poprzeć, bo my przecież popieramy naukie, no nie?