Twoja wyszukiwarka

STEFAN BRATKOWSKI
ZDROWE SKUTKI KATASTROFY
Wiedza i Życie nr 7/1997
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 7/1997

W SŁYNNEJ PO DZIŚ DZIEŃ POWSZECHNEJ HISTORII GOSPODARCZEJ ŚREDNIOWIECZA I CZASÓW NOWOŻYTNYCH JÓZEFA KULISZERA, NAJWYBITNIEJSZEGO HISTORYKA GOSPODARKI, FENOMEN NIEMIECKICH KAS OSZCZĘDNOŚCI W OGÓLE SIĘ NIE POJAWIA. ALE TEŻ I OD ŻADNEGO INNEGO HISTORYKA GOSPODARKI NIE DOWIEMY SIĘ, DLACZEGO NIEMCY, KRAJ NAJZDROWSZEGO SYSTEMU PIENIĘŻNEGO, NIE GRAJĄ NA GIEŁDZIE.

Niemcy mają giełdy, niejedną nawet. I to poza Niderlandami i Anglią
- najstarsze w Europie. Giełdy w ich słynnych "wolnych miastach", Frankfurcie nad Menem i Hamburgu, funkcjonowały jednak bardzo statecznie; w roku 1720 pojawiło się wprawdzie w Hamburgu kilku spekulantów, których zachęciły londyńskie doświadczenia "baniek mydlanych" oraz afery Kompanii Mórz Południowych; spróbowali handlu akcjami jako spółka... ubezpieczeniowa. I rada giełdy, odkrywszy ten proceder, wyraziła swoje "wielkie zdziwienie i niezadowolenie". Poczem - zabroniła takich operacji.

Przez długie lata giełdy niemieckie
- funkcjonowały bowiem też inne, w różnych małych państewkach niemieckich - ograniczały się do obrotu wekslami, towarami i polisami ubezpieczeń morskich. Nie miałyby zresztą czym więcej: w państwach niemieckich aż do drugiej połowy XVIII nie było spółek akcyjnych. Na terenie samych Prus do roku 1800 powstało ich ledwie pięć. Pieniądza nie brakowało, zwłaszcza we Frankfurcie i w Hamburgu; władcy Austrii, Prus i Danii zaciągali pożyczki poprzez giełdy owych wolnych miast, ale o żadnej grze giełdowej nadal nie było mowy. Dopiero w XIX wieku Rotszyldowie wprowadzili Niemcy w kapitalizm giełdowy, a giełdę frankfurcką uczynili jedną z czołowych giełd świata.

Nie znaczy to, że sukcesy Rotszyldów przekonały solidnych niemieckich kupców do giełdy i do spółek akcyjnych. Kupcy uważali te interesy, jak odnotował inny wielki historyk gospodarki, Werner Sombart, za "zgubne i fatalne", a nawet - "oburzające". Przed opisanymi w poprzednim numerze wielkimi latami grynderstwa, gründingjahre, latami 1871-1873, w państwie pruskim powstało wszystkiego 441 spółek akcyjnych. A niemal jedynymi fachowcami od interesów pieniężnych byli w Niemczech, jak pamiętamy, niemieccy Żydzi - zakazy chrześcijańskie wykluczały lichwę, czyli wszelki kredyt oprocentowany i zezwalały na jej uprawianie tylko innowiercom. Stąd Żydzi byli wręcz skazani na specjalizację w transakcjach finansowych.

W czasach, kiedy nie uznawano giełdy, nikt by nie przypuścił, że jej przeciwwagą w finansach niemieckich staną się akurat - komunalne kasy oszczędności.

Pierwsze kasy w Niemczech były, jak w Anglii, dziełem filantropów. Ich także zafascynował Beniamin Franklin. Zyskał on w Niemczech ogromną popularność - sam Schiller pisał wiersze ku jego czci, Herder zwał go "ulubieńcem naszego wieku". Z tego ducha narodziła się owa pierwsza kasa oszczędności w Hamburgu. Nie przyznaje się dziś do niej hamburska "Haspa", współczesna słynna "Wolna Hamburska Kasa Oszczędności", bo choć tamtą założono w roku 1778, to jednak w roku 1823 zlikwidowano. Była wszelako znamieniem czasu: stworzyli ją ci sami ludzie, pod których patronatem Lessing tworzył w Hamburgu zaczątki niemieckiego teatru narodowego, a to Lessing pisał wtedy, że my, Niemcy, narodem jeszcze nie jesteśmy.

Doceńmy też owe dwie następne kasy z 1786 roku, które przetrwały do dzisiaj: kasę oszczędności i pożyczek w ksiąstewku Detmold i "Krajową Kasę Oszczędności" w Oldenburgu, gdzie rządzili ksiąężta Holstein-Oldenburg, ojcowie paru dynastii europejskich, najbliżsi kuzyni owych Holstein-Gottorp, co to pod nazwiskiem Romanowów zostali carami Rosji. Wśród niemieckiej nocy tego stulecia i one jakoś sygnalizowały szanse odrodzenia Niemiec.

I nie jest przypadkiem, że pierwsza komunalna kasa oszczędności, czyli kasa oparta na zabezpieczeniu majątkiem gminy, powstała w roku 1801 w Getyndze. Getynga już wtedy promieniowała na całe Niemcy swoim życiem intelektualnym i naukowym. Tu działał ojciec liberalizmu niemieckiego, August Schlözer, a nieco młodszy odeń Christoph Meiners, uczył rodaków brać lekcje życia politycznego od Anglików - choć jeszcze niedawno książątka niemieckie sprzedawały królowi Anglii swoich żołnierzy do walki ze zbuntowaną Ameryką, rodak zaś ich obu, hr. Manteuffel, pisał z goryczą: W Niemczech roi się od książąt, z których zaledwie trzy czwarte ma zdrowy rozsądek. Są oni hańbą i plagą ludzkości (cyt. za A. Wolff-Powęską).

Po wojnach napoleońskich z dawnych kilkuset samodzielnych państewek niemieckich zostało kilkadziesiąt, wśród nich - jedyne spośród dawnych kilkudziesięciu - cztery wolne miasta: Hamburg, Lubeka, Brema i Frankfurt nad Menem. Rządzili nimi patrycjusze niezależni i dumni - i tam rodziły się wzorem Getyngi pierwsze już XIX-wieczne kasy oszczędności. Kolejno - w 1817 roku w Lubece, w 1822 roku we Frankfurcie nad Menem, w 1825 roku w Bremie i wreszcie - w Hamburgu w 1827 roku, gdzie senator August Abendroth dał początek owej sławnej Hamburger Sparkasse, żeby niższe klasy naszych współobywateli usposobić przychylnie do myśli, że jest czymś chwalebnym troszczyć się samemu o siebie i swoją rodzinę, by stanąć samemu na nogi.

I nie zapomnijmy o księstwie Wirtembergii, które za Napoleona awansowało do rangi królestwa. Silne mieszczaństwo doprowadziło tam w roku 1818 do powstania jednej centralnej kasy oszczędności królestwa z wieloma lokalnymi filiami.

Tego też roku pierwszą swoją kasę oszczędności założyły w Berlinie Prusy. W roku 1838 ich dekret, Sparkassenreglement, uregulował działalność gminnych kas oszczędności. Mówi się, że było to prawo dla kas oszczędności wzorcowe; moim zdaniem, za dużą rolę przyznawało państwu. Choć naśladowały jego przepisy inne państwa niemieckie, racjonalny szlak rozwoju wytyczyły owe kasy wolnych miast, municypalne, czyli - komunalne.

Swoją drogą, niemieckie komunalne kasy oszczędności nie rozwinęłyby się może, gdyby nie ówczesne... rozbicie Niemiec. Każda rodziła się pod inną władzą i prawem, przy różnych systemach organizacji i lokowania rezerw, każda dla swojej lokalnej społeczności, oddzielna i samodzielna. Ustawa pruska pozostawiała samym gminom decyzje co do wysokości wkładów, zastrzegała jednak, by minimum wkładu było jak najniższe - i też wiele kas w Prusach przyjmowało wkłady już od 5 fenigów! Wiele z nich ograniczało wysokość wkładów; jak pamiętamy, nie tyle po to, by ograniczyć krąg klientów do ludzi ubogich, lecz żeby uniknąć niewypłacalności w razie runu na kasy...

Powyżej gminnych i miejskich kas oszczędności instalowano kasy okręgowe, Kreissparkassen, z gwarancjami państwowymi. Same kasy w zasadzie nie udzielały pożyczek; lokowały swe pieniądze na hipotekach, w obligacjach państwowych i lokalnych, bądź po prostu w Skarbie danego państwa. Przy wielu kasach, w ich najbliższym sąsiedztwie, otwierano za to lombardy, które pożyczały pieniądze kasy potrzebującym biedakom, biorąc od nich skromne zastawy.

Tak czy inaczej, nie był to - system oszczędnościowy. Po Wiośnie Ludów, po jej pacyfikacji, w roku 1851 zastanawiano się jednak w Prusach, czy by wzorem przymusu oświatowego nie zaprowadzić przymusu oszczędnościowego. Każdy obywatel musiałby wtedy należeć do jakiejś kasy oszczędności. Bo jak liczba umiejących czytać i pisać świadczy o oświacie narodu, tak liczba książeczek oszczędnościowych miałaby świadczyć o pomyślności bytu narodowego. Projekt jednakże upadł. Narodziny i sukcesy późniejszego niemieckiego systemu oszczędnościowego wzięły się z czego innego. W dużej zaś mierze
- z katastrofy...

Nie zwraca się dziś uwagi na to, jaki wpływ miała ta katastrofa na rozwój niemieckich oszczędności. To nie był "zwykły" krach giełdowy. Zamienił w klęskę wielki wzlot entuzjazmu spekulacji i - jedności narodowej.

Część państewek niemieckich zawiązała pod egidą Prus w roku 1834 Związek Celny i był to pierwszy krok ku zjednoczeniu Niemiec. Młodzi Niemcy śpiewali Deutschland, Deutschland über alles..., myśląc o jednych, wspólnych Niemczech, ale ich marzenia zrealizował "żelazny kanclerz" Prus, Otto von Bismarck. Na pruski sposób - najpierw złamał Austrię, potem zdruzgotał cesarstwo francuskie Napoleona III. W sali zwierciadlanej pałacu w Wersalu ogłosił cesarzem Niemiec swojego pruskiego króla, który wcale o tym nie marzył. Francja musiała zapłacić kontrybucję - w ciągu trzech lat 5 miliardów franków w złocie, prawie tyle, ile wynosił cały dochód narodowy Prus. Zwycięstwa, zjednoczenie i deszcz złota pozwoliły Niemcom zapomnieć o naturze Prus. Reżim pruski stał się wyznaniem wiary Niemiec.

Francja przeżyła i kontrybucję. Jak pamiętamy, nie robiła użytku ze swych pieniędzy, to saint-simoniści próbowali je uczynnić. Zaznawszy niewypłacalności rządów i banków, Francuzi trzymali pieniądze w sakiewkach. Teraz jako patrioci subskrybowali masowo pożyczkę ogólnonarodową na pokrycie kontrybucji, od chłopów zaś ściągał ich złoto podatek gruntowy - bo chłopi francuscy od czasów afery Lawa nie wierzyli ani w banknoty, ani nawet w srebro, i odkładali oszczędności wyłącznie w złocie.

W ciągu trzech lat zaplombowane wagony ze zbrojnymi eskortami woziły złoto francuskie do Niemiec. Nie mieściło się w sejfach Berlina. A jak napisał cytowany tu już Günter Ogger, nie mieściło się i we wyobraźni pruskiej biurokracji finansowej, ba, nawet w głowie głównego bankiera Bismarcka, Gersona
Bleichrödera, który tę kontrybucję w Wersalu swoim dyktatem wydusił.

Obraz tamtych lat mamy głównie z tekstów ówczesnych publicystów, w tym m.in. Fryderyka Engelsa. Stąd Ogger np. zarzucał Prusom, że nie finansowały długofalowych projektów w kolejnictwie - choć przy wielkim akurat boomie kolejowym budowano wtedy przeciętnie kilka tysięcy kilometrów linii rocznie, a w roku 1871, pierwszym "złotym roku", wybudowano ich 12 tys. kilometrów!

To nie były tylko szaleństwa spekulacji. Nawet Engels pisał, że aby umożliwić spekulację, trzeba było stworzyć środki produkcji i łączności, fabryki, koleje żelazne, itd., których akcje były przedmiotem spekulacji. I dalej: W ślad za kolejnictwem spekulacja obrała sobie przede wszystkim za obiekt hutnictwo żelaza. Zakłady powstawały jak grzyby po deszczu, powstało nawet kilka przedsiębiorstw, które zaćmiły Creuzot (tłum. J. Gruber). A więc inwestowano. I wcale, wbrew Engelsowi, nie inwestowano "dla spekulacji". Niemcy nie zwariowały, starano się wykorzystać dopływ pieniądza racjonalnie i racjonalnie go zagospodarować.

W roku 1870 Niemcy miały 31 banków akcyjnych z kapitałem łącznym około 400 mln marek. W ciągu owych następnych trzech lat powstało dalsze 107 banków z kapitałem 706 mln marek. Ale to wtedy narodziły się trzy banki, które zadecydowały w dużym stopniu o przyszłości Niemiec, Deu-
tschebank, Dresdnerbank i Kommerz- und Privatbank (zajmiemy się nimi bliżej w tym cyklu). Wtedy rozrósł się w potęgę przemysł ciężki, dla którego rynków zbytu, jak powiadali złośliwi, Niemcy wywołały dwie wojny światowe. Nowe prawo z roku 1870 pozwoliło spółkom akcyjnym emitować akcje bez żadnych ograniczeń, ale też nie to było zarodkiem późniejszej katastrofy. Mechanizm katastrofy uruchomiły tłoczone w gospodarkę wolne pieniądze.

Powstawały w efekcie, jak 150 lat wcześniej, w epoce "baniek mydlanych", spółki bez żadnych zadań gospodarczych. Mimo to na wszelkie emitowane akcje czekała łapczywa publiczność, którą prasa karmiła coraz to nowymi nadziejami. Kto tylko miał pieniądze, grał na giełdzie lub lokował swoje środki w akcjach lukratywnych z pozoru spółek.

Jednakże nie gra wywołała krach. Przyszedł z zewnątrz: najpierw dotknął giełdę w Wiedniu, a przesilenie giełdowe ogarnęło prawie cały świat, bo wszędzie w tych latach działo się to samo, od Nowego Jorku po Sankt Petersburg. Nie dała się tylko Anglia. Ale Anglia umiała już obchodzić się z pieniądzem.

Rok 1873 raz na zawsze wyleczył z giełdy niemiecką warstwę średnią. Nauczyła się ona wtedy, z jednej strony, antysemityzmu, bo winnych odkryła w ludziach finansów, w 9/10 - Żydach, z drugiej, nauczyła się ufać tylko sobie. I gdyby nie ta gorzka lekcja pieniądza, nie rozwinęłyby się prawdopodobnie w Niemczech na taką skalę ani komunalne kasy oszczędności, ani inna niemiecka specjalność finansowa - tzw. banki ludowe i kasy Raiffeisena.

Angielskie kasy oszczędności w ostatniej ćwierci wieku XIX nie mogły sobie poradzić ze sprawnością swych zarządów i z... konkurencją pocztowych kas oszczędności. W starych, XIX-wiecznych źródłach stoi, że w roku 1885 miały 47.3 mln funtów szterlingów, w roku 1892 tylko 42 mln, i choć po ustawie z 1891, regulującej kontrolę zarządów, zasoby kas oszczędności wzrosły znowu do 47.7 mln w roku 1897, to pocztowe kasy oszczędności miały w owymże 1892 roku 74 mln funtów, a w 1897 - 108.1 mln, przy czym prowadzone przez nie ubezpieczenia na życie odbierały lokalnym kasom oszczędności dalszą klientelę.

W roku 1885 także do parlamentu Niemiec wniesiono projekt ustawy o pocztowych kasach oszczędności, a na międzynarodowym kongresie pocztowym w Lizbonie Francja zaproponowała przekształcenie tych kas w organizację międzynarodową. Ale już wtedy orientowano się, że kasy pocztowe odpompowują środki ze społeczności lokalnych. Autorzy ustawy niemieckiej chcieli temu zaradzić, zobowiązując kasy pocztowe do kredytowania władz miejscowych i wspomagania gminnych kas oszczędności. Na szczęście, posłowie nie dali się zwieść. Projekt odrzucono i pocztowe kasy oszczędności nigdy w Niemczech nie powstały.

Dodajmy, że zwolennicy Marksa w kręgu socjaldemokratów występowali... przeciw kasom w ogóle i przeciw oszczędzaniu; hasła oszczędnościowe mieli za oszustwo. Oszczędzających robotników piętnowali jako "zdrajców" robotniczej sprawy. Oszczędności jednak okazały się silniejsze.

W tymże samym roku 1885 rada miejska niedużego miasta Muelheim leżącego w Badenii, zwróciła się do rządu Prus o zgodę na uruchomienie w zasięgu kasy - obrotu czekowego. I chociaż w Anglii od lat regulowano czekami należności poniżej nawet jednego funta, pruskie ministerstwo spraw wewnętrznych rozpisało specjalną ankietę na ten temat. Niestety, według respondentów tej ankiety obrót czekowy nie zgadzał się z zadaniami kas oszczędności. Wniosek odrzucono.

Nie zamknęło to dyskusji. Obroty kas rosły. W roku 1892 dr Bertold Michael opublikował książkę Kasy oszczędności a obrót czekowy. Argumentował, że w praktyce kasy dzięki swym obrotom przestały służyć tylko samemu gromadzeniu drobnych oszczędności ludzi niezamożnych. Korzystali z nich teraz wszyscy, około 300 kas zniosło wszelkie ograniczenia co do wysokości pojedynczych wkładów. Liczby mówiły za siebie: w roku 1893 kasy miały razem 3 mld 714 mln marek, podczas gdy wszystkie banki akcyjne Niemiec po "złotych latach" grynderstwa potrafiły zgromadzić niewiele ponad miliard, a najpotężniejszy z nich, Dresdner Bank, w roku 1900 miał kapitału własnego 164 mln marek! Co zabawne, ani Kuliszer, ani też inni historycy gospodarki aż po nasze czasy, fenomenu tych kas oszczędności nie zauważają, ponieważ interesują ich tylko banki i monopole...

Kasy wykonywały coraz więcej funkcji banków. Najpierw wspomagały kredytami owe "banki ludowe" oraz kasy Raiffeisena, czyli organizacje kredytu wzajemnego warstwy średniej, potem dyskontowały weksle lokalnym przedsiębiorcom, wreszcie zaczęły udzielać kredytów, nie tylko swoim gminom, ale i swoim własnym wkładcom. Aż w końcu dr Christian Eberle, którego nazwiska nie spotkamy w żadnej historii Niemiec, przeprowadził w roku 1908 przez parlament niemiecki - z kilkudziesięcioletnim opóźnieniem w stosunku do Anglii - Reichsscheckgesetz, prawo czekowe, upoważniające komunalne i gminne kasy oszczędności do obsługi obrotu czekowego.

Obrót bezgotówkowy, reklamowany jeszcze przez Adama Smitha jako jeden z największych wynalazków ludzkości, zwiększając fantastycznie możliwości kredytowe niemieckich kas oszczędności, pociągnął za sobą ich lawinowy już rozrost. Rzeczywiście, nie były one już zbiornicami drobnych oszczędności ludzi ubogich. Ale swoimi środkami zmieniły ich warunki bytu. Nie było już teraz mowy o nędzy mieszkaniowej z tysiącami berlińczyków gnieżdżących się podczas "złotych lat" w pozbawionych słońca, wilgotnych suterenach. Reformy ubezpieczeniowe Bismarcka, które dały w skali światowej początek ubezpieczeniom społecznym, zdjęły wiatr z żagli rewolucjonistom, stąd i spora część socjaldemokratów odeszła od Marksa i jego teorii. Robotnicy wcale nie biednieli coraz bardziej, a wręcz odwrotnie. I nie tylko nie bali się kas oszczędności, ale stali się ich masowymi wkładcami.

Niemieckie komunalne kasy oszczędności przetrwały dwie wojny światowe, katastrofę hiperinflacji lat dwudziestych i hitleryzm. Po II wojnie światowej pomogły Erhardowi odbudować gospodarkę, Adenauerowi zaś - odbudować demokrację w Niemczech. Ale to już późniejsza historia...

Ryc. Julian Bohdanowicz