Twoja wyszukiwarka

X.RUT
ROZUM GÓRĄ!
Wiedza i Życie nr 8/1997
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 8/1997

To było właśnie tak: arcymistrz przegrał mecz szachowy z zespołem ekspertów.

Eksperci byli bardzo nowocześni: zgromadzili ogromną bazę danych o dziesiątkach tysięcy rozegranych partii szachowych i wielu tysiącach końcówek, debiutów i innych "stałych elementów gry" oraz świetnie ją zorganizowali, tak, by na zawołanie szybko można było odszukać wszystkie znane analogie danej sytuacji na szachownicy. I samą bazę, i metodę wyszukiwania dostosowali do komputerowego, tj. mechanicznego, bezmyślnego stosowania. Posłużyli się przy tym komputerem specjalnie do tego przystosowanym przez dużą firmę informatyczną, która w celach reklamowych zainwestowała w to sporo grosza. Opracowali świetny cennik pozycji na szachownicy. Pozycje, w których "my" matujemy przeciwnika, były - oczywiście - najdroższe, te zaś, w których dostajemy mata, miały najwyższą wartość ujemną. Naturalnie nie wypisywali wartości wszystkich pozycji jedna po drugiej, wymyślili sposób wyceny dowolnej pozycji, czyli ułożyli program obliczania wartości wskazanej pozycji.

Zaprogramowali też reguły gry w szachy, tj. reguły określające, do jakich pozycji można przejść z dowolnie zadanej pozycji na szachownicy. Każda (no, prawie każda) pozycja szachowa ma bardzo wiele takich możliwych następników, każdy z nich - wiele swoich następników itd. Wychodząc z zadanej pozycji, można wyliczyć miliony scenariuszy, sytuacja po sytuacji, zgodnych z regułami gry. Niektóre z nich można odnaleźć w bazie rozegranych partii, wiadomo wtedy do czego prowadzą. Ogromna jednak większość takich scenariuszy ma tylko tę jedną zaletę, że są zgodne z regułami gry, poza tym są idiotyczne. Wiele z nich - nawet taki kiepski gracz, jak ja - od razu uzna za fatalne, inne wymagają głębszej analizy. Ale dla każdej pozycji w każdym scenariuszu można obliczyć jej wartość. I wybrać najcenniejszy dla "nas" scenariusz 10 posunięć, 15 posunięć itd. Wymaga to bardzo wielu rachunków, to prawda. Ale komputery po to zostały skonstruowane, żeby w miarę szybko wykonywać te gigantyczne rachunki.

Sprawa nie była jednak tak prosta, eksperci uwzględnili jeszcze kilka trików, redukujących liczbę rachunków. Jeśli wiadomo, jakie ruchy arcymistrz lubi najbardziej, wyliczanie wartości scenariuszy można zaczynać od tych, które on stara się preferować. Ba, eksperci zastrzegli sobie prawo zmiany programu w trakcie meczu, żeby móc wprowadzić poprawki zgodne z najświeższymi preferencjami arcymistrza. No i parę jeszcze podobnych usprawnień. Arcymistrz przystał na to. I arcymistrz przegrał mecz.

Pomińmy analizę ochów i achów, że to niby komputer zwyciężył człowieka, krzem zatriumfował nad białkiem (nota bene, krzem tak się ma do komputera, jak węgiel do białka). W końcu zazwyczaj nie tracimy czasu na dyskusję z poglądem, że biegacz przegrał z samochodem. Ciekawsze zresztą byłoby zastanowić się nad analogią: człowiek przegrał z rowerem. Bo tu już sprawa jest subtelniejsza: o którego człowieka chodzi? Pieszego czy cyklistę? No, bo bez cyklisty, dalibóg, rower nie pojedzie (chyba że "inteligentny", sterowany przez odpowiednio zaprogramowany - przez człowieka - komputer i napędzany jakimś silnikiem, najlepiej ekologicznym).

Zastanówmy się raczej nad tym, dlaczego arcymistrz poczuł się pokonany, a wedle niektórych relacji - poniżony. Myślę, że dlatego, iż wierzył, że gra w szachy to sztuka, a dobra gra w szachy - to wyraz szczególnej inteligencji. Że będąc arcymistrzem szachowym, być może najlepszym szachistą wszech czasów, może czuć się wybitnie inteligentny, że zasługuje na wielki podziw z tego tytułu, że jest w jakimś sensie najlepszy pośród ludzi i to nie w jakiejś kategorii mięśniowej, przyziemnej (jak ten, co dalej niż inni skacze, czy silniej niż inni wali w łuki brwiowe), lecz w kategorii duchowej. Innymi słowy arcymistrz, a - jak sądzę - i wcale spore grono miłośników szachów, nie dopuszczał do siebie myśli, że dobrą partię szachów można po prostu wyliczyć, jak nie przymierzając marszrutę domokrążcy, sprzedającego patentowane maści na odciski.

Kiedyś na odpustach cieszyli gawiedź "genialni" rachmistrze, potrafiący w pamięci obliczyć iloczyn dwu liczb wielocyfrowych, a dostojne akademie - cudacy, odtwarzający z pamięci całe stronice tablic logarytmicznych. Od czasu, jak za kilkanaście złotych można kupić kieszonkowy kalkulator, bez trudu przewyższający takie osiągnięcia, nikt już nie myli tych szczególnych zdolności z inteligencją.

Przed wojną, na Politechnice Lwowskiej był profesor, wybitny geometra, który szczycił się niezwykłą wprost umiejętnością kreślenia "od ręki" precyzyjnych okręgów na tablicy. Podczas publicznych odczytów, które chętnie wygłaszał, lubił demonstrować tę umiejętność, czyniąc przy tym dość przejrzyste aluzje do jej związku z inteligencją i wiedzą, wypływającą ze stałego obcowania z antyczną nauką grecką. Pewnego razu zgłosił się z audytorium niepozorny człowieczek, wziął do ręki kredę i nakreślił na tablicy okrąg równie doskonały, co pan profesor, a może nawet jeszcze doskonalszy. Ostatnia nadzieja pana profesora kryła się w pytaniu: a czym pan kolega zajmuje się na co dzień? (może architekt, może konstruktor trybów i kół zębatych, to by jeszcze jakoś uszło). Odpowiedź była, jak to się dziś mówi, porażająca: no, panie profesorze, ja to gram na katarynce! Ręka przywykła do tysięcy obrotów korbką, zupełnie mechanicznie wykreśliła tę samą trajektorię na tablicy.

Przegrana arcymistrza jest wielkim tryumfem rozumu (ekspertów) nad mistyczną wiarą w szczególnie inteligentną naturę szachów.

Alan Perlis, nieżyjący już wielki informatyk amerykański, zwykł mówić: Wydaje się nam, że coś umiemy, bośmy się tego uczyli. Jesteśmy przekonani, że coś umiemy, bo tego nauczamy innych. Naprawdę zaś umiemy tylko to, co potrafimy zaprogramować.

Wielkość i ciągle niepodważona przewaga rozumu człowieka nad jego umiejętnościami, które poznane można zaprogramować, polega na tym, że znudzony grą w szachy, może wymyślić inną grę albo posłuchać potrójnego koncertu C-dur (op. 56) Beethovena.