Twoja wyszukiwarka

KRZYSZTOF SZYMBORSKI
SYN CZY CÓRKA?
Wiedza i Życie nr 9/1997
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 9/1997

NIEMAL W TYM SAMYM CZASIE, KIEDY ŚWIATOWĄ OPINIĘ PUBLICZNĄ ZELEKTRYZOWAŁA WIADOMOŚĆ O SKLONOWANIU OWCY DOLLY, PRZEMKNĘŁO PRAWIE NIEZAUWAŻONE PRZEZ MEDIA DONIESIENIE O ZAŁOŻENIU PRYWATNEJ KLINIKI, KTÓRA BĘDZIE ŚWIADCZYĆ USŁUGI W ZAKRESIE WYBORU PŁCI PRZYSZŁEGO DZIECKA DROGĄ ZAPŁODNIENIA IN VITRO. JEJ "OJCEM" JEST BRYTYJSKI LEKARZ PAUL RAINSBURY.

Założyciel kliniki nie przejmuje się, że usługa tego rodzaju jest w Wielkiej Brytanii nielegalna. Laboratorium będzie w Rijadzie, ze swymi pacjentami pan doktor spotykać się będzie także w Neapolu.

Technika zapłodnienia in vitro jest w ograniczonym zakresie stosowana w leczeniu pewnych typów niepłodności od ponad dwudziestu lat. Niekiedy bywa też używana do wyboru płci dziecka, kiedy rodzice są nosicielami genetycznej choroby dziedziczonej przez męskich potomków. Wybór płci dziecka "na życzenie" nie jest jednak, zdaniem jednego z pionierów tej dziedziny, Lorda Roberta Winstona, w żaden sposób medycznie uzasadniony i zastosowanie techniki zapłodnienia
in vitro do tego celu jest sprzeczne z etyką medyczną. Rzecznik "Life" - brytyjskiej grupy przeciwników aborcji, uzasadnił to bardziej dosadnie: Uważam ten pomysł za odrażający, ponieważ oznacza on traktowanie dziecka jak towar. Decyzja posiadania dziecka stanie się podobna do decyzji kupna samochodu - zamiast bezwarunkowej akceptacji, rodzice zastanawić się będą nad wyborem modelu i datą dostawy.

Czy jednak etyczna powściągliwość bądź moralna odraza, niezależnie od ich intensywności, będą skuteczną zaporą przed coraz szerszym zastosowaniem nowoczesnych technik medycznych do determinacji płci przyszłego potomstwa jeszcze przed jego poczęciem? Kwestia ta, jak mało która, jest przykładem zderzenia kultury z biologią. Biorąc pod uwagę historyczne doświadczenia, trudno oprzeć się wrażeniu, że nieetyczne nadużycie, jakiego planuje dokonać dr Rainsbury, może być pewnym postępem - jeśli zważy się, jakie metody stosowane były dotychczas w niektórych krajach do osiągnięcia tego samego celu...

PO CO NAM TEN SEKS?

Zwierzęta zapewne nie zadają sobie pytania - czy wolę chłopca, czy dziewczynkę? Niemniej, preferencje co do płci potomstwa są w naturze wyraźnie widoczne i umieszczenie ludzkiego zachowania w szerszym, biologicznym kontekście może być pouczające. Najpierw jednak należy rozważyć kwestię, po co w ogóle potrzebne są dwie płci. Napisano na ten temat niezliczone naukowe rozprawy, ale wynikające z nich wnioski da się streścić krótko: dokładnie nie wiadomo. Na temat biologicznej przydatności reprodukcji seksualnej istnieje wiele teorii, które głoszą m.in., że seks przyspiesza ewolucję biologiczną, pomaga oczyścić materiał genetyczny z mutacyjnych uszkodzeń i przyczynia się do poprawy odporności gatunków, które ją stosują. Ma ona także inne, bardziej może podstawowe zadanie - rzec można - ekonomicznej natury. Rozmnażanie płciowe definiuje biologiczne pojęcie gatunku jako tej grupy organizmów, które mogą mieć wspólne potomstwo zdolne do dalszego rozrodu. (W tym sensie, na przykład muł, czyli krzyżówka konia i osła, nie należy do osobnego gatunku, ponieważ jest bezpłodny.) Gatunek to stowarzyszenie osobników, które wymieniają pomiędzy sobą (w idealnym przypadku tylko pomiędzy sobą) informację genetyczną, czyli swobodnie "dzielą się biologiczną myślą techniczną", strzegąc jej zazdrośnie przed "przemysłowymi szpiegami". Pula genowa gatunku stanowi archiwum specyficznych adaptacyjnych przystosowań, które zapewniają korzystającym z niego osobnikom możliwość konkurencji
w walce o przetrwanie.

Zadaniem seksu jest więc rozmnażanie połączone z wymianą informacji genetycznej. Ale seks i rozmnażanie to nie są pojęcia równoznaczne - nie tylko wśród ludzi. U bakterii, na przykład, u których nie istnieją dwie różne płci, obie funkcje są całkowicie rozdzielone. Związek dwóch bakterii, które, jeśli można to tak nazwać, "mają z sobą seks", zostaje dosłownie skonsumowany, tzn. jedna bakteria pożera drugą, w całości lub częściowo. Pozyskany w ten sposób materiał genetyczny może następnie zostać wykorzystany do uzupełnienia własnego genotypu. Kiedy bakteria chce się rozmnożyć, po prostu się dzieli, czyli wytwarza swój klon. U innych stworzeń rozdział płci od rozmnażania nie jest tak kompletny jak u bakterii, ale rozmnażanie płciowe i partenogeneza, czyli dzieworództwo, istnieją często obok siebie jako dwie odmienne, dopuszczalne opcje. Niektóre organizmy rozmnażają się bezpłciowo przez wiele pokoleń - raz na jakiś czas część ich populacji przybiera cechy męskie i następne pokolenie powstaje przez rozmnażanie płciowe. Jest to praktyka szeroko stosowana przez organizmy jednokomórkowe, a także pospolite mszyce.

Dzieworództwo jest także możliwe wśród organizmów bardziej ewolucyjnie zaawansowanych, na przykład gadów. Na południowym zachodzie Ameryki żyje gatunek jaszczurki zwany Cnemidophorus uniparens, którego cała populacja składa się z samic. Cnemidophorus, podobnie jak muł, jest produktem dawnego "mezaliansu" między samcem i samicą dwu różnych gatunków (w tym przypadku jaszczurek), tyle że w odróżnieniu od muła wynikła z tej przygody krzyżówka zachowała zdolność do rozrodu bez potrzeby zapłodnienia. Co ciekawe, jaszczurki te w okresie godowym wiążą się często w "lesbijskie" pary i dokonują tzw. pseudokopulacji, zachowując się jak normalny samiec i samica. Jak zaobserwowali naukowcy, samice, które weszły w taki "związek małżeński", znoszą trzy razy więcej jaj niż te, które rozmnożyły się samotnie.

Z pomocą pseudokopulacji czy bez niej, matki Cnemidophorus urodzić mogą jedynie córki. Skoro jednak mowa o wyborze płci dziecka i o proporcji liczbowej męskich i żeńskich osobników w wybranej społeczności, to ciekawsze są przypadki gatunków, u których proporcje te nie są wynikiem genetycznej ruletki, lecz mogą być przedmiotem manipulacji. Nie powiedziałem "świadomej" manipulacji, pszczoły czy mrówki bowiem pozbawione są świadomości w sensie, jaki się temu słowu normalnie przypisuje. Choć często zachowanie ich wydaje się zadziwiająco rozumne...

PSZCZOŁY, MRÓWKI I SESZELSKIE TRZCINIAKI

Do niedawna osy, pszczoły i mrówki uważane były za jedyne zwierzęta, których zachowanie miało wpływ na płeć mającego się narodzić dziecka. Należą one, jak wiemy, do owadów społecznych, żyjących w koloniach liczących od kilkudziesięciu osobników do kilku milionów i każda taka kolonia jest dosłownie "jedną wielką rodziną". Jedna tylko samica spośród wszystkich mieszkanek ula czy mrowiska, zwana królową, dostępuje zaszczytu macierzyństwa.

Wszystkie pozostałe są jej córkami i tylko bardzo nieliczne z nich wychowywane są na przyszłe królowe, założycielki nowych rodów. Są też wśród mieszkanek tych owadzich społeczności i samce, w przypadku pszczół zwane trutniami. Czy z określonego jaja, złożonego przez królową, urodzi się syn czy córka, decyduje sama królowa. W czasie godowego lotu gromadzi ona zapas spermy od rozmaitych kopulujących z nią samców i do końca swego płodowego życia przechowuje ich nasienie w zbiorniku nasiennym, czyli spermatece, do której może w razie potrzeby sięgnąć, aby zapłodnić jajo. Z zapłodnionego jaja wyrasta samica, z jaja nie zapłodnionego samiec. To, czy samica wyrośnie na płodną matkę, czy na zwykłą bezdzietną robotnicę, zależy od diety, jaką karmione są larwy.

Te społeczne owady od dawna fascynowały biologów, którzy próbowali wyjaśnić pozorny altruizm i poświęcenie bezpłodnych samic, zajmujących się, niczym niańki, swoimi siostrami. Wyjaśnienie, jakie zaproponował brytyjski socjolog William Hamilton, było proste - samice mrówek są w istocie bliżej spokrewnione genetycznie ze swymi siostrami niż z córkami i opieka nad tymi pierwszymi przynosi im większą genetyczną korzyść. Co ciekawsze, są też one bliżej spokrewnione ze swymi siostrami niż z braćmi, a zatem powinny - wedle praw socjobiologii - traktować swych męskich krewnych z mniejszym oddaniem. Empiryczne potwierdzenie tej hipotezy, wysuniętej w latach siedemdziesiątych przez Roberta Triversa z Harvardu, było jednym z wielkich sukcesów socjobiologii.

Okazało się, że królowe nie uprawiają żadnej seksualnej dyskryminacji i zapładniają - statystycznie biorąc - co drugie jajo. Dają więc równą liczbę potomstwa obu płci. W niektórych jednak gniazdach, zbadanych przez Triversa i jego współpracowniczkę dr Hope Hare, stosunek liczbowy samic do samców wynosił 3:1. Czyżby robotnice uprawiały w mrowisku sabotaż, a może nawet selektywne dzieciobójstwo, na korzyść swych genetycznie bliższych sióstr?

Zdumiewającej weryfikacji tego przypuszczenia dostarczyły badania mrowisk, w których wychowaniem dzieci zajmowały się niewolnice innego gatunku. Nie mając genetycznego interesu w faworyzowaniu jednej bądź drugiej płci, niewolnice traktowały wszystkie oddane ich pieczy larwy bez żadnych uprzedzeń i w tych mrowiskach liczba dzieci obu płci była niemal identyczna. Tak prysł mit naturalnej harmonii rządzącej życiem mrowiska. Do niedawna biolodzy sądzili, że zdolność mrówek i pszczół do regulacji liczbowej proporcji przedstawicieli obu płci wśród ich potomstwa jest w świecie zwierzęcym unikatowa. Wiedziano, co prawda, że płeć małego krokodyla czy żółwia zależy od temperatury, w jakiej następuje inkubacja jaj, ale krokodyle i żółwie nie mają wpływu na pogodę. Od nich jednak zależy, gdzie złożą jaja. Niedawno Nick Mrosovsky, Craig Lavin i Matthew Godfrey, uczeni badający obyczaje pewnego morskiego żółwia, składającego swe jaja na plażach Florydy, zauważyli, że w pełni lata, kiedy temperatura piasku znacznie przekracza 29o C (tzw. temperatura równowagi, zapewniająca mniej więcej równą liczbę męskiego i żeńskiego potomstwa; w temperaturach wyższych rodzą się głównie samice, w niższych samce), żółwie mają tendencję do składania jaj w cieniu hotelowych wieżowców. Te same wieżowce, które - jak głosili obrońcy zagrożonego wymarciem gatunku - miały być ich zgubą, być może pomogą im przetrwać.

Płeć potomstwa zwykle jest wynikiem genetycznej ruletki, niektóre zwierzęta potrafią jednak tak zaplanować swe zachowania, żeby urodził się "syn" lub "córka"

Ryc. Joanna Jaszuńska

Najnowszą sensacją w dziedzinie naturalnej kontroli płci potomstwa jest jednak rzadki gatunek ptaka, zwanego trzciniakiem seszelskim. Jak doniosła niedawno na łamach "Nature" grupa duńskich i holenderskich uczonych, płeć dziecka wśród trzciniaków seszelskich zależy od "sytuacji ekonomicznej" rodziców i może być regulowana z zadziwiajacą precyzją. Ptaki te, zamieszkujące archipelag niewielkich wysp na Oceanie Indyjskim, są stworzeniami terytorialnymi i każda para ma do swego wyłącznego użytku kawałek terenu, o który musi konkurować z innymi ptasimi rodzinami. Ponieważ Wyspy Seszelskie są małe (ta, na której prowadzone były obserwacje, ma powierzchnię zaledwie 30 ha), nie dla wszystkich chętnych starcza ziemi na założenie samodzielnych "gospodarstw rodzinnych" i dorosłe już osobniki często pozostają w domu, pomagając rodzicom w wychowaniu potomstwa, budowaniu gniazd, obronie terytorium i rozmaitych innych pracach. Okazało się, że te młode gajówki, które spełniają takie pomocnicze funkcje, są na ogół płci żeńskiej - samce opuszczają wcześniej rodzinne gniazda i prowadzą samodzielne życie. Zgodnie z tezą, jaką postanowili sprawdzić badacze, rodziców może być stać na "zatrudnienie" córek w swym gospodarstwie jedynie wtedy, gdy ich terytorium zapewnia wystarczające wyżywienie dla nich samych, nowych piskląt oraz "służby". W trudnych czasach nie "opłaca się" mieć córek, bo będą ekonomicznym ciężarem dla rodziców.

Jak wykazały badania, trzciniaki seszelskie rzeczywiście zachowują się tak, jakby znały prawa ekonomii i regulują płeć potomstwa w zależności od swego chwilowego "dobrobytu". Nie wiadomo jeszcze, jaki jest fizjologiczny mechanizm tej regulacji, ponieważ u ptaków o płci potomstwa decydują geny matki (nie zaś jak u ludzi geny ojca), przypuszczalnie obfitość pożywienia wywołuje u samic trzciniaka zmiany hormonalne, sprzyjające spontanicznej "aborcji" jaj z męskimi zarodkami.

JUŻ STAROŻYTNI GRECY...

Mniejsza jednak o trzciniaki czy pszczoły. Pytaniem, które naprawdę fascynowało ludzi od tysiącleci, jest oczywiście możliwość wyboru płci własnych dzieci. Jakkolwiek obserwacje prowadzone na innych zwierzętach świadczą o istnieniu - przynajmniej teoretycznie - szansy świadomej selekcji, ten emocjonalnie, politycznie i etycznie skomplikowany problem pozostaje jeszcze w dużej mierze biologiczną zagadką.

Płeć dziecka zależy od tego, czy wniknie do jajeczka plemnik wyposażony w chromosom X czy Y. Szanse na syna są statystycznie takie same jak na córkę, ponieważ mężczyźni wytwarzają dokładnie tyle samo plemników obu płci

Wiemy, że o płci ludzkiego zarodka decyduje to, któremu z dwu różnych rodzajów plemników uda się dotrzeć do komórki jajowej i ją zapłodnić. Wszystkie komórki jajowe wyposażone są w chromosom X, plemniki zaś albo w chromosom X, albo Y. Kombinacje XX dają dziewczynkę, XY zaś chłopca. Mężczyźni wytwarzają dokładnie tyle samo plemników obu płci i cały proces wydaje się statystycznie zdeterminowany; tak jak przy rzucaniu monetą może zdarzyć się kilka orłów lub kilka reszek pod rząd, ale po bardzo wielu rzutach ich proporcje się wyrównają.

Nie dajmy się jednak zwieść arytmetycznym pozorom, sprawa determinacji płci ludzkiego potomstwa nie jest wcale taka prosta. Droga od plemnika do dojrzałego, zdolnego do rozrodu człowieka jest długa i ciernista.

Po pierwsze, "męskie" i "żeńskie" plemniki, choć równie liczne, nie są bynajmniej nierozróżnialne. Te ostatnie zawierają, na przykład, 3.5% więcej DNA niż plemniki Y, a nie sparowane chromosomy zawierają inne geny. Ich rozróżnianie nie powinno być żadnym problemem dla wirusa czy bakterii, które miałyby szczególny apetyt na jeden bądź drugi z nich. Tak więc, równowaga płci mogłaby, teoretycznie rzecz biorąc, zostać poważnie zakłócona jeszcze przed próbą zapłodnienia.

Po drugie, w trakcie samego zapłodnienia oba rodzaje plemników niekoniecznie muszą mieć takie same szanse dotarcia do jaja. Jedne bądź drugie mogą być biochemicznie lub mechanicznie uprzywilejowane w tej wojnie plemników.

Po trzecie, w trakcie rozwoju płodu zarodki żeńskie i męskie mogą mieć różne szanse przeżycia, ponieważ proces ich rozwoju nie jest jednakowy.

I rzeczywiście, z wyjątkiem "seksualnie dyskryminujących" wirusów czy bakterii (które, nawiasem mówiąc, istotnie są plagą wśród niektórych os), wszystkie te czynniki mają wpływ na płeć urodzonego dziecka. Szczęśliwie mają one odwrotne oddziaływanie i wzajemnie się znoszą. Do tego stopnia, że w końcowym efekcie na każde 100 dziewczynek rodzi się około 105 chłopców, jakby w przewidywaniu, że ci ostatni są mniej odporni na choroby, jak również deformacje rozwojowe. Zanim nowo narodzone pokolenie osiągnie wiek dojrzały, proporcja będzie bliska 1:1.

Biorąc pod uwagę, że znaczna liczba zapłodnionych jaj ulega samoistnemu poronieniu we wczesnej fazie rozwoju zarodkowego i że męskie zarodki są znacznie bardziej narażone na zaburzenia rozwojowe, wynik ten jest zadziwiający. Natura dba o to, by każda panna mogła znaleźć sobie męża i każdy kawaler żonę. Czyżby była to wskazówka, że monogamia (a wraz z nią pewno też dozgonna wierność) są naturalnym przeznaczeniem rodzaju ludzkiego? Jeśli jednak istotnie taka jest "intencja" Natury, to ludzkość wydaje się na jej sugestie głucha.

Spośród kilku tysięcy znanych kultur członkowie około 80% pozostawali lub pozostają w wielożeństwie, w niektórych społeczeństwach zaś poligamia skazywała większość mężczyzn o niskiej randze społecznej na bezpotomność. Słynny wódz Inków, Atahualpa, miał w haremie tysiąc pięćset kobiet, przedstawicielom administracji natomiast dokładnie wyznaczał limity zależne od zakresu ich władzy. Jego bliscy doradcy mogli mieć pięćdziesiąt żon, przywódcy wasalnych plemion - trzydzieści; namiestnicy prowincji o ludności przekraczającej 100 tys. - dwadzieścia i tak dalej, aż do pospolitych "gminnych sołtysów", którzy - rządząc pięcioma mężczyznami - mieli prawo do trzech żon.

Wydaje się paradoksem, że rozwinięte społeczeństwa krajów uprzemysłowionych zdają się w swych obyczajach rozrodczych bliższe "naturalnemu" ideałowi monogamii niż wiele plemion żyjących "bliżej natury". Innym paradoksem (choć tylko pozornym) jest fakt, że z reguły w społeczeństwach, które ze względu na obyczaje małżeńskie potrzebują więcej kobiet niż mężczyzn, rodzice częściej marzą o dochowaniu się synów niż córek.

Chęć wpływania na płeć potomstwa ma zamierzchłą historię. Arystoteles, który uważał kobiety za "zdeformowanych mężczyzn", wierzył, że szanse na poczęcie syna wzrastają, jeśli małżeńskie łoże zorientowane jest w kierunku północ-południe. Zdaniem Anaksagorasa prawdopodobieństwo poczęcia syna wzrastało, gdy mężczyzna "robił to", leżąc na prawym boku. Nasza wiedza na temat "naturalnej" regulacji płci dziecka nie poczyniła właściwie wielkich postępów od starożytności i niezliczone domowe metody, takie jak uprawianie miłości "z zegarkiem w ręku" czy odbywanie po stosunku kwaśnej kąpieli, są wysoce zawodne.

W jaki sposób możemy wpłynąć na płeć naszego dziecka, jest wciąż dręczącą zagadką, tym bardziej że pewne fakty zdają się wskazywać na to, że nie rządzi tym procesem czysty przypadek.

Przed trzydziestu laty praktykująca w Auckland w Nowej Zelandii psychiatra, Waleria Grant, zauważyła, że prawdopodobieństwo urodzenia syna jest większe u kobiet o dominującej, niezależnej osobowości. Tym też można tłumaczyć zjawisko "powracającego żołnierza" - wkrótce po zakończeniu wojen, kiedy mężczyźni, którym udało się ujść z życiem, wracają do domów, rodzi się statystycznie więcej chłopców niż dziewczynek. Wyjaśnienie, że jest to naturalna kompensacja męskich strat wojennych, nie ma biologicznego sensu, ponieważ nowo narodzeni chłopcy nie ożenią się raczej z wdowami po ofiarach wojny. Natomiast można to wyjaśnić tym, sugeruje Grant, że kobiety pozostawione samym sobie w czasie działań wojennych z konieczności stają się bardziej dominujące i samodzielne. Dominacja i samodzielność zaś ma wpływ na metabolizm mózgu i na równowagę hormonalną organizmu.

Tak czy inaczej, rodzice - którzy pragnęliby potomka o określonej płci - nie mogą liczyć na to, że przechytrzą naturę. Mogą spróbować metod mniej naturalnych, takich jak rozdzielanie plemników w ultrawirówce. Mogą wreszcie, jeśli są w stanie zapłacić
10 tys. funtów szterlingów, udać się do nowej kliniki dr. Rainsbury'ego w Neapolu. Większość pacjentów dr. Rainsbury'ego pochodzić będzie, jak się przypuszcza, z krajów azjatyckich. W niektórych z nich, już dziś, bez jego udziału naturalna równowaga płci została poważnie zaburzona. W Korei Południowej w niektórych grupach wiekowych na każde 100 dziewczynek przypada 126 chłopców. W Chinach i Indiach, podobnie jak w Korei, narodziny dziewczynki uważane są przez wielu za rodzinną tragedię, a surowa polityka zmierzająca do kontroli przyrostu naturalnego w Chinach doprowadziła do masowego porzucania noworodków płci żeńskiej. Około 100 tys. opuszczonych dzieci jest co roku adoptowanych przez amerykańskie rodziny. W sumie, międzynarodowe organizacje kobiece oceniają, że na świecie "brakuje" dziś około stu milionów kobiet. Co się z nimi stało? Ich los nie jest żadną tajemnicą - stały się ofiarami selektywnych aborcji lub dzieciobójstwa...

Dr KRZYSZTOF SZYMBORSKI jest wykładowcą w Skidmore College w Saratoga Springs w stanie Nowy Jork.

O podobnych zagadnieniach przeczytasz w artykułach:
(01/96) NIE MA JAK SEKS
(04/96) DZIEWORÓDZTWO
(05/97) SUKCES W OWCZEJ SKÓRZE