Twoja wyszukiwarka

JAN MIODEK
SŁOWA CZUŁE, SŁOWA ZJADLIWE
Wiedza i Życie nr 10/1997
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 10/1997

Jakże atrakcyjnym zabiegiem stylistycznym, odświeżającym codzienne zachowania językowe, jest posługiwanie się poszczególnymi słowami w rozmaitych odcieniach znaczeniowych. Chłopisko np. - w zależności od kontekstu i konsytuacji - może być dobre, poczciwe i sympatyczne, ale też i wstrętne, obleśne czy brudne. Chuligan, drań, łobuz i łotr tworzą, oczywiście, ciąg wyrazów o negatywnych konotacjach semantycznych. Ale czyż pod każdym z nich nie może się często kryć sama czułość - choćby wtedy, gdy rozkochani rodzice tak określają swoje pociechy?

Gdy żegnałem się przed paroma miesiącami w Warszawie z Kazimierzem Kutzem, powiedział on, że musi spieszyć się do swoich podciepów. I jakże ciepłe były te śląskie podciepy - "podrzutki"! Zresztą prawie wszyscy śląscy rodzice tak właśnie lubią nazywać swoje dzieci w momentach roztkliwienia.

Barwa emocjonalna wyrazów ściera się bardzo szybko - pisali w Stylistyce polskiej Halina Kurkowska i Stanisław Skorupka - toteż szczególnie charakterystyczna dla słownictwa uczuciowego jest dążność do odnawiania środków ekspresji, pogoń za nowością, co można zaobserwować chociażby w grupie przysłówków oznaczających intensywność: na miejscu wyblakłego, mało już wyrazistego bardzo występują często jego uintensywnione synonimy: szalenie, strasznie, okropnie, potwornie.

Ludzie spontanicznie wyrzucają więc z siebie ekspresywne konstrukcje typu strasznie cię kocham czy strasznie się cieszę. I Jan Paweł II raz powiedział: Ty, niewysłowiony, niezgłębiony Bóg - stałeś się tak straszliwie przystępny.

Pewnie, że trzeba wyczuwać, w jakich sytuacjach życiowych niewłaściwe jest użycie takiego strasznie czy straszliwie (np. dziennikarz kończący wywiad absolutnie nie powinien go wieńczyć formułą strasznie dziękuję za rozmowę). Warto jednak uświadomić sobie prawdę, że język byłby tworem nieznośnie schematycznym, gdybyśmy operowali wyłącznie podstawowymi znaczeniami poszczególnych form. Dosadnie mówiąc: morda, pysk czy łapa mogą być nieraz samą czułością, a rączuchna i łapeczka - samą zjadliwością.

Rys. Dariusz Stanert

A skoro o rączuchnie i łapeczce mowa... Tę przeciwstawną w stosunku do prymarnej funkcję zdrobnień doskonale wyczuwał Stefan Kisielewski. Wśród wielu środków stylistycznych, jakie prześledzić można chociażby w czasie lektury jego Dzienników, dużą grupę stanowią właśnie deminutiva - użyte złośliwie, ironicznie, sarkastycznie: Nasza władzuchna umie zniechęcić ludzi, Żyję więc małą naszą polityczką, Już sobie prymasik na komunizm poszczekał, Stary dyhcio (dyktator) musiał się wściec, I biedny Stach Stomma w tym wszystkim, z czterema bałwanami i spryciarzykami, Ostrzegałem, że pogrzebik się zbliża, Znów poczułem smrodek katolicki, jakieś tam rozgryweczki, taktyczki, Zdany jestem na stylik felietonowo-aluzyjny, Miasto parszywieńkie w centrum.

I na koniec gorzki przykład wykorzystania słowa w znaczeniu przeciwstawnym wobec prymarnego: czyż w dramatycznych dniach powodzi w Polsce, patrząc na bez przerwy lejący deszcz, nie wykrzykiwaliśmy sarkastycznie: dawno nie padało!?