Twoja wyszukiwarka

X.RUT
PALANT
Wiedza i Życie nr 10/1997
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 10/1997

To było tak dawno, że z trudem przypominam sobie szczegóły, ale w szczenięcych latach grywałem w palanta. Chyba nie mieliśmy żadnych specjalnych przyrządów ani - to już na pewno - ochraniaczy, piłka też była zwyczajna, lanka, a i kije jakie kto miał, chyba przycięte od szczotki czy grabi.

Potem z palantem zetknąłem się już po studiach, w Anglii. Instytut naukowy, w którym pracowałem, rozgrywał doroczny mecz z pobliskim uniwersytetem. Palant nazywał się tam krykietem, do gry służyły specjalne wysmukłe packi, piłka była bardzo wytworna, gracze ubrani jak lodziarze, na biało od stóp do głów, a przepisów nie mogłem pojąć, mimo wielu elokwentnych gospodarzy, którzy jeden przez drugiego starali się mi je objaśnić. Gra wydała mi się śmiertelnie nudna. Bardzo mi się natomiast podobały rytualne przerwy, podczas których gracze i kibice obu stron ochoczo konsumowali góry trójkątnych kanapeczek i różne napoje, z których słyną Wyspy Brytyjskie.

Jeszcze później, w Ameryce, koledzy z pracy zabrali mnie na mecz palanta, który tam nazywa się bejzbolem. Za nic nie mogłem zrozumieć przepisów, mimo że moi przemili gospodarze jeden przez drugiego z anielską cierpliwością, chórem i solo, po kolei i jeden przez drugiego tłumaczyli mi, o co właściwie chodzi. Przyrządy do gry były jeszcze inne niż w Anglii, kije przypominały wydłużone tłuczki do kartofli, przerw na posiłek nie było, ale cały ogromny stadion widzów bez przerwy poruszał szczękami: co parę kroków stali sprzedawcy kiełbasek, smażonych ziemniaków i innych niezdrowych pokarmów tudzież zimnych, przesłodzonych napoi. Gra wydała mi się nieskończenie nudna, ale atmosfera wielkiego święta rodzinnego, autentyczna radość dzieciarni płci obojga i tatusiów, a także wcale licznych mamuś, wywarły na mnie ogromnie pozytywne wrażenie.

Przypomniałem sobie, jak tuż po wojnie ojciec zabierał mnie na mecze piłki nożnej. Cały tydzień czekałem na to święto, jechaliśmy tramwajem, potem szliśmy dość długo od pętli do stadionu, szeroką aleją, z rzadka trafiały się takie trochę odpustowe kramy, na których zamiast dewocjonaliów sprzedawano ubożuchne pamiątki piłkarskie, zdjęcia drużyn i zawodników, a poza tym lody, cukierki, oranżadę i inne psujące zęby smakołyki. Na meczu wolno mi było drzeć się wniebogłosy, a nawet gwizdać, co samo w sobie było atrakcją, gdyż normalnie obie te czynności były surowo zabronione. Stadion pełen był tatusiów z synami, choć moja żona twierdzi, że - jako jedynaczka - też była zabierana przez ojca na mecze futbolu. Po meczu wracaliśmy tą samą drogą do domu, żywo omawiając grę poszczególnych zawodników, ciekawsze akcje, a także dyskutując, co by było gdyby... I ta dyskusja trwała jeszcze długo po powrocie do domu, gdyż należało zreferować przebieg miłego popołudnia damskiej połowie rodu, która - nolens volens - okazywała żywe zainteresowanie.

Jak to się stało, że za nic bym dziś nie poszedł na stadion piłkarski, a wieść o meczu mającym się odbyć na pobliskim boisku napawa mnie lękiem? Jak to się stało, że do kraju, w którym nikt chyba nie gra w amerykańskiego palanta, sprowadza się tysiące "tłuczków", przeznaczonych do wyłącznego użytku młodych bandytów, których dobrotliwe społeczeństwo uwalnia tym samym od nadmiernego wysiłku przy zdobywaniu narzędzi zbrodni?

Wcale poważni socjologowie winę za ten stan rzeczy przypisują telewizji. Nie, nie chodzi o to, że pokazuje się w niej za dużo obrazów przemocy, choć i to nie jest pewno bez znaczenia.

Ryc. Krzysztof Płuciennik

Gdybym miał szukać medium winnego masowego zdziczenia obyczajów młodych ludzi i ich codziennej już agresji, nie przejmowałbym się zbytnio tymi mediami, które w zasadzie przeznaczone są do odbioru w pojedynkę. Bo w pojedynkę, to oni nie są ani groźni, ani nawet zbytnio pewni siebie. Dopiero w kupie, na podwórku, w parku albo - jeszcze lepiej - na stadionie wyzwala się wyhodowana w nich bestia zbiorowej napastliwości. Głównych winowajców - między mediami - szukałbym wśród tych, które adresowane są do tłumu. I nie szukałbym długo: tzw. muzyka młodzieżowa nie ma innego programu niż zbiorową ekstazę agresji, innych środków wyrazu niż rytmiczne, hipnotyczne wprowadzanie w stan amoku swoich słuchaczy, temu jednemu celowi podporządkowana jest faktura dźwięku i towarzyszący jej przekaz słowny.

Ale wróćmy do telewizji. Jej wkład w brutalizację zachowań na stadionach piłkarskich polega na tym, że, udostępniwszy transmisję meczów, odebrała podstawowy powód chodzenia na stadiony tatusiów z synami. Mecz można było lepiej oglądać w domu, siedząc na wygodnej kanapie. Telewizja podbijała Europę powoli, poczynając od warstw średnich, bo była dość droga (głównie zresztą dzięki polityce podatkowej rządów). Najpierw więc ze stadionów zniknęli tatusiowie z tej warstwy społecznej, w każdym zgromadzeniu odgrywający rolę stabilizatorów. Potem odeszli inni, bo wśród tatusiów niemodne, wręcz wstydliwe, stało się chodzenie na mecz, dające świadectwo ubóstwa czy zacofania (nie ma chyba telewizora, skoro chodzi na stadion). A widownię zajęli chłopcy bez tatusiów, którzy na mecz nie chodzili, by go obejrzeć, lecz aby się znaleźć w ryczącym, falującym tłumie. Agresja
wszczepiana przez złowrogich szamanów "muzyki" młodzieżowej znalazła idealne pole do rozkwitu.

Dlaczego więc w Ameryce telewizja nie zabiła zwyczaju rodzinnego chodzenia na mecze, dlaczego jak Stany długie i szerokie stadiony jak niegdyś wypełnia radosny tłum tatusiów, mamuś i ich pociech? Dwa były tego powody. Po pierwsze, telewizja - będąc prawie od razu tania dla odbiorcy - nigdy nie była tam przywilejem klasy średniej, oglądanie meczu w domu nie było więc nigdy widomą oznaką zamożności. A po drugie, ze względu na piekielną nudę meczu palanta amerykańskiego, na stadion nie chodziło się dla meczu; mecz był pretekstem rodzinnej wyprawy. Można też dodać, że bardzo licznym stadionowym sprzedawcom kiełbasek i łakoci mocno nie na rękę byłyby burdy i nieporządek, odstraszające statecznych (i w miarę zasobnych) obywateli. Kupcom na orientalnych bazarach też wielce zależy na fizycznym bezpieczeństwie kupujących i dlatego utrzymują świetną prywatną policję bazarową, skutecznie i bezlitośnie prześladującą wszelkich wichrzycieli. Na europejskich stadionach zawsze było mało handlarzy, nawet reklama zwraca się do widzów siedzących w domach.

Zerwanie więzi pokoleniowej wśród widzów przychodzących na mecze piłkarskie i wyeliminowanie z ich grona przedstawicieli klasy średniej - wielce prawdopodobna zasługa transmisji telewizyjnych! - to główny czynnik sprawczy degradacji widowisk sportowych z masowymi widowniami. Strach pomyśleć, do czego może doprowadzić podobna stratyfikacja, jaką niesie ze sobą narastająca penetracja Internetu, a zwłaszcza jego inwazja na prywatne domostwa.

W Ameryce, "tłuczki" do palanta służą głównie do odbijania piłek, w Polsce - do rozbijania głów.