Twoja wyszukiwarka

STEFAN BRATKOWSKI
LIBERALIZM JEST IDEĄ TAKŻE DLA UBOGICH
Wiedza i Życie nr 11/1997
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 11/1997

HERMANN SCHULZE, MŁODY, ATLETYCZNEJ BUDOWY, DOBRODUSZNY I ZAWSZE POGODNY SĘDZIA Z SASKIEGO MIASTECZKA DELITZSCH (KILKANAŚCIE KILOMETRÓW NA PÓŁNOC OD LIPSKA), MIAŁ NIE TYLKO POMYSŁY. MIAŁ POGLĄDY. UWAŻAŁ KORZYSTANIE Z POMOCY PAŃSTWA, CZYLI Z PODATKÓW PŁACONYCH PRZEZ INNYCH OBYWATELI, ZA DEMORALIZUJĄCE. JEGO IDEĄ BYŁA - SAMOPOMOC. SAMOPOMOC BANKOWA.

Urodził się dziesięć lat przed Marksem. I dorastał w epoce triumfu liberalizmu, w epoce, kiedy w Anglii nawet warstwy niższe przejmowały swój los w swoje ręce. Zaradność stała się nakazem moralnym - i sposobem na biedę.

We Francji podczas Wiosny Ludów Louis Blanc zakładał państwowe warsztaty narodowe, ateliers nationaux, które zbankrutowały po kilku miesiącach. W Niemczech robił furorę romantyczny przywódca robotników, Ferdynand Lassalle, młodszy o parę lat od Marksa i Engelsa, zazdroszczących mu powodzenia; ten żądał od państwa milionów marek na robotnicze stowarzyszenia produkcyjne, odpowiadające pomysłom jego mistrza duchowego, Blanca.

Schulze uczył się na wzorach angielskich: własna praca, własne oszczędności, solidarność i pomoc wzajemna miały być drogą warstw niższych do lepszego bytu i do partnerstwa wobec wielkiego kapitału. Te idee miały zwyciężyć - wsparte szkockim kredytem gotówkowym, zainicjowanym, jak może Czytelnicy pamiętają, przez Royal Bank of Scotland w 1729 roku; w Anglii od lat już udzielano kredytu ludziom drobnych interesów bez zabezpieczenia rzeczowego, lecz za solidarnym poręczeniem ze strony dwóch co najmniej, solidnych poręczycieli. Pomysły Schulzego nie miały w sobie nic z utopii.

Hermann Schulze znajdował sposoby na wszystko. Zakładał kasy ubezpieczeniowe na wzór angielskich friendly societies, zakładał stowarzyszenia dla wspólnego, hurtowego zakupu tańszej żywności (podobne do spółdzielni spożywców z Rochdale), ze sprzedażą we wspólnych sklepach (Magazingenossenschaften), zakładał piekarnie, zakładał z rzemieślnikami różnych branż ich Rohstoffgenossenschaften, stowarzyszenia dla wspólnego, więc tańszego, hurtowego zakupu surowca, stowarzyszenia budowlane i produkcyjne. Ale najbardziej zasłynął swym pierwszym Vorschussverein, Stowarzyszeniem Zaliczkowym, założonym w Delitzsch w 1850 roku. Tak narodziła się nowa i oryginalna instytucja życia finansowego, która stanowi dziś potęgę zarówno w Niemczech, jak w Stanach Zjednoczonych, gromadząc więcej w sumie środków niż którykolwiek z wielkich banków.

Mechanizm odkrycia był prosty: Schulze zorientował się, że nie wszyscy drobni przedsiębiorcy, rzemieślnicy i sklepikarze, potrzebują w tym samym czasie kredytu na zaliczkowanie towarów czy surowców, każdy zaś dysponuje jakimiś małymi, chwilowymi rezerwami kapitałowymi; te środki, zebrane razem, mogą razem pracować, dając podstawę taniemu i szybkiemu kredytowi. Poręczenie, zamiast na parę osób, rozkłada się na wszystkich członków - solidarnie.

Pierwszy zarodek nie był wcale doskonały: w Delitzsch pierwsze pieniądze, kapitał zakładowy, 150 srebrnych talarów, ówczesnych Vereinstalerów, czyli "talarów związkowych" (o stopie menniczej przyjętej w Niemieckim Związku Celnym), wnieśli nie sami członkowie, lecz - przyjaciele Schulzego, nie żądając żadnego oprocentowania; członkowie nie brali na siebie solidarnej odpowiedzialności, mieli tylko powiększać kapitał zakładowy, wpłacając miesięcznie po jednej marce (czy, jak przypuszczam, raczej po 10 "nowych" groszy, po jednej trzeciej talara, bo Saksonia wtedy marek nie biła, ujednolicono zaś pieniądz niemiecki, instalując wspólną jedną markę, dopiero po zjednoczeniu Niemiec, w 1873 roku). Było to więc jeszcze przedsięwzięcie niemal filantropijne.

Jednakże Schulze wiedział, czego chciał. I wiedział to jego przyjaciel, dr Bernhardt. Kiedy pacyfikatorzy Wiosny Ludów posłali Schulzego do pracy w sądzie daleko od domu, bo aż
do wielkopolskiej Wrześni, Bernhardt w Eilenburgu, odległym od Delitzsch o 20 km, założył Kreditverein, "stowarzyszenie kredytowe" - z nieograniczoną już, solidarną poręką ze strony wszystkich członków (czyli nieograniczoną ich odpowiedzialnością) i oprocentowanymi udziałami wpłacanymi na kapitał zakładowy.

Schulze po powrocie z Wrześni zreorganizował na takich zasadach pierwotne "swoje" Vorschussverein w Delitzsch. W 1855 roku ukazała się zaś jego książka, Vorschuss- und Kreditvereine als Volksbanken, Stowarzyszenia zaliczkowe i kredytowe jako banki ludowe. I już wtedy spopularyzował, jak widzimy, drugą, popularniejszą dziś w Niemczech, nazwę organizacji tworzonych wedle jego wzorów - "banki ludowe".

Później uznano je za "banki spółdzielcze", a cały ruch - za ruch "spółdzielczości kredytowej". Trochę myląco: spółdzielczość wymyślili ludzie zupełnie bez pieniędzy, otwartą dla wszystkich, tu zaś chodziło o stowarzyszenie się ludzi z jakimiś pieniędzmi i o kredyt wyłącznie dla członków, wyłącznie na interesy, z wykluczeniem kredytu na konsumpcję. Każdy mógł wprawdzie zdeponować swoje pieniądze w banku ludowym, ale nie każdy mógł zostać jego członkiem. I nie same pieniądze się liczyły: przyjmowano tylko takich kandydatów, którzy cieszyli się opinią ludzi uczciwych. Spożytkowanie zaś kredytu kontrolowano na bieżąco.

Dlaczego Schulze użył przymiotnika "ludowy"? Ci XIX-wieczni sklepikarze, rzemieślnicy, sprzedawcy w handlu okrężnym, straganiarze, restauratorzy, nie mieli wykształcenia, sami się więc za "lud" uważali. Był to zatem lud, ale ze zmysłem kalkulacji. Otrzymali od Schulzego bankowość prostą, łatwo zrozumiałą i bardzo tanią w kosztach, bo członkowie znali się wzajem, nie musieli, inaczej niż wielkie banki, opłacać kosztownych zawodowych urzędników, którzy rozpoznają wiarygodność klienta. Cel główny był prosty: nie zysk, lecz - tani, łatwo dostępny, więc i szybki kredyt dla członków, na trzy do sześciu miesięcy. "Bank ludowy" nie był, jak widać, lokalnym odpowiednikiem wielkiego banku.

Żadne studium porównawcze nie ukazało, jak rozwijały się niemieckie banki "kredytu ruchomego", oparte na koncepcjach braci Pereirów, a równocześnie - komunalne kasy oszczędności i obok nich "banki ludowe" liberała z Delitzsch, które też produkowały kapitał "z niczego", ucząc warstwę średnią Niemiec, ich "Mittelstand", robić interesy po protestancku - solidnie i skrupulatnie (choć same narodziły się w tradycyjnie katolickiej Saksonii).

Schulze sam zakładał banki ludowe jeden po drugim, zapraszano go w różne krańce Niemiec; korzystając z jego wskazówek tworzono i inne. W 1859 roku z inicjatywy Schulzego zebrały się na swój pierwszy ogólnoniemiecki zjazd. Założyły wtedy, nim jeszcze prawo narzuciło spółdzielniom kredytowym przymus poddawania swych bilansów rewizjom, swój związek. Pod znamienną nazwą - Allgemeiner Verband der auf Selbsthilfe beruhenden deutschen Erwerbs- und Wirtschaftsgenossenschaften, "Powszechny Związek Niemieckich Stowarzyszeń Zarobkowych i Gospodarczych opartych na samopomocy".

Nie były jeszcze potęgą finansową: wtedy, w 1859 roku na jednego członka przypadało średnio ledwie kilkadziesiąt marek udziałów. Ale banki ludowe rozwijały się stale i niepowstrzymanie, zyskiwały coraz szersze wzięcie także wśród robotników Niemiec, aż Ferdynand Lassalle, romantyczny Lassalle, poczuł się zmuszony w 1864 roku zaatakować je paszkwilem pt. Herr Bastiat-Schulze von Delitzsch (Bastiat było to nazwisko sztandarowego francuskiego ideologa liberalizmu, rzekomo lekceważącego los najuboższych). Z drugiej strony - wystąpiły z konkurencją pruskie kręgi konserwatywne: zakładały kasy oszczędnościowo-pożyczkowe, wspierając je państwowymi kredytami.

Schulze konsekwentnie oponował przeciw odwoływaniu się do pomocy państwa. Stąd jego wrogiem został i Bismarck; Bismarck, wtedy jeszcze kanclerz królestwa Prus, inteligentnie zdejmował wiatr z żagli radykałom, przejmując ich inicjatywy - nie jest przypadkiem, że interesował się i szukał kontaktu akurat z Lassalle'm. Gdyby Lassalle nie zginął w sierpniu 1864 roku w... pojedynku z pewnym walońskim szlachcicem, byłby jako przywódca rewolucyjnej partii robotniczej współpracował z Bismarckiem, skrajnym konserwatystą!

Schulze, obrany "patronem" (Anwalt) swego Związku, pilnował zasad - i jego interesów: kiedy po kryzysie 1863 roku okazało się, że jednym bankom ludowym brakuje środków na kredyty, a inne mają nie ulokowane nadwyżki, zorganizował w Berlinie w 1865 roku bank, spółkę z kapitałem 750 tys. marek, notabene w dwóch trzecich już z wkładów samych banków ludowych!

Nie był doktrynerem. W miarę doświadczeń zmieniał poglądy. Pierwotnie kładł nacisk na to, by rosły kapitały własne banków, przy wysokim oprocentowaniu wkładów - niech dywidendy zachęcają członków do lokowania w banku ludowym swych oszczędności. Wymagał żelaznego stosowania zasady "nieograniczonej poręki" - żeby członkowie solidarnie odpowiadali za interesy banku całym swoim majątkiem. Z czasem przekonał się, że banki ludowe łatwiej osiągają swe podstawowe cele, a więc tani, szybki kredyt dla członków, jeśli nie stosują przesadnie wysokiego oprocentowania wkładów. Kiedy zaś średnia wkładów do 1870 roku wzrosła ponad trzykrotnie, uznał, że można zrezygnować ze skrajnego rygoryzmu i wystarczy odpowiedzialność członków do wysokości ich wkładów, a więc klasyczna już "ograniczona odpowiedzialność". Na grę giełdową jednak nie pozwalał; dzięki temu banki ludowe w krachu 1873 roku nie straciły nic.

Szybko nabierały one wprawy bankowej, operowały już fachowo zarówno wekslami, jak i papierami o stałym oprocentowaniu. Niektóre zajęły się wręcz "polowaniem na dywidendy", Dividendenjägerei, i sporo przekształciło się w banki akcyjne, dezerterując z obozu Schulzego. To, paradoksalnie, też świadczyło o trafności jego idei, ale Schulze wiedział, że w konkurencji z wielkimi bankami akcyjnymi nie mają one wielkich szans: zjedzą je koszty własne. Niemniej do 1889 roku odeszło ich tak aż siedemdziesiąt. Kiedy owego roku nowa ustawa zaostrzyła wymagania, w ciągu następnych trzech lat odeszły dalsze 122 banki ludowe.

Schulze już tego nie dożył. Zmarł notabene w tym samym roku, co Marks - w 1883. Ale jego dzieło kwitło. Liczba niemieckich banków ludowych zbliżała się wówczas do dziewięciuset, z ponad czterystu tysiącami członków i ponad pół miliardem marek udziałów, rezerw i zdeponowanych oszczędności. Pod następnym "patronem", Hansem Krügerem, przez następne 40 lat, banki ludowe dalej się rozrastały. Kiedy w 1913 roku odchodził z tego świata Krüger, było ich blisko półtora tysiąca z podwojoną liczbą członków, a zgromadzone środki wzrosły czterokrotnie, do skali 2 mld marek...

Jeszcze w latach sześćdziesiątych XIX wieku pewien bardzo świątobliwy wójt z Nadrenii, nazwiskiem Wilhelm Raiffeisen, "uparty nudziarz", zmodyfikował reguły Schulzego dla potrzeb wsi, dotkniętej rozpanoszoną lichwą sięgającą nawet 60%.

Chłopi mieli jeszcze mniej gotówki niż drobni przedsiębiorcy w miastach, a potrzebowali kredytu o dłuższych terminach. Czymś musieli ręczyć, więc musieli ręczyć wszystkim, co mieli. Tu nieograniczona poręka znakomicie wpływała na gospodarność; wręcz wykluczała lekkomyślność w szafowaniu kredytami...

"Kasy Raiffeisena" osiągnęły na wsi sukcesy takie, jakie w miastach były udziałem banków ludowych, choć nie stały się wcale ich wiejskim odpowiednikiem. Tu wkłady zawsze pozostały minimalne, praca była początkowo i przez długie lata - bezpłatna. Nasz wielki spółdzielca, Stanisław Wojciechowski, cytował stary opis takiej kasy: Bank Schulzego to często wspaniały gmach... Kasa Raiffeisena to mały pojedynczy pokój w wiejskiej chacie, otwierany dwa razy na tydzień, z jednym urzędnikiem - rachmistrzem... Najważniejsze sprawy załatwia się na tygodniowym zebraniu zarządu, gdzie rozpatruje się różne zgłoszenia o pożyczki...

I pomyśleć, że w 1913 roku było tych kas już 4415, przy
30 mln marek kapitału udziałowego i rezerw, i przy 767 mln (!) zdeponowanych oszczędności. Tak to warstwa średnia Niemiec stała się jedną z głównych sił ich gospodarki. Wielkie banki niemieckie próbowały parokrotnie wkroczyć na jej lokalne rynki kredytowe. I musiały za każdym razem wycofać się z konkurencji; zawsze wypadała im - po prostu - za drogo.

We Włoszech zainicjował ruch "banków ludowych" Luigi Luzzati, mądry liberał. Już w owych latach sześćdziesiątych XIX wieku. Tłumaczył, że kto wyciąga małe pieniądze z małych kieszeni do wielkich banków i państwowych kas oszczędności, naciąga biednego, by pożyczał bogatemu, przez co podcina nogi przyszłej warstwie średniej kraju...

W naszej Wielkopolsce banki ludowe pod nazwą "spółek zarobkowych" odegrały ogromną rolę w polskiej samoobronie narodowej przeciw Prusom, którą w swoim czasie przedstawiliśmy w serialu Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy, w reżyserii Jerzego Sztwiertni.

W tej wojnie strona pruska, której przewodził Bismarck, ustalała reguły gry, dysponowała siłą państwa i milionami marek, które szły na powołaną w 1886 roku Komisję Kolonizacyjną - a ta miała za cel oficjalny przejmować ziemię z rąk Polaków i osiedlać na niej Niemców. Strona polska liczyć mogła tylko na swoją inteligencję, zmysł organizacyjny i wytrwałość - oraz na wierną sympatię Hansa Krügera, patrona niemieckich banków ludowych.

Pieniędzy Polacy nie mieli: biedne było rzemiosło, biedni sklepikarze, biedna wieś... A bank polskiej wielkiej własności ziemskiej, "Tellus", padł w kryzysie 1873 roku. Pierwsze "spółki zarobkowe", które oparte były na skrzyżowaniu modelu Schulzego z modelem Raiffeisena, organizował na początku epoki "Kulturkampfu" ks. Augustyn Szamarzewski, proboszcz ze Środy (przedtem siedział półtora roku w więzieniu za udział w Powstaniu Styczniowym). Głosił: Cała zagadka naszego położenia będzie rozwiązana, gdy nie będziemy się łudzić i będziemy umieli gospodarować miedziakami. Małymi kapitalikami musi nasz świat pracować.

Zaczynali od zera. Wielu członków pierwszych spółek uczyło się dopiero czytania i pisania, ucząc się kalkulacji kredytu... Ale po latach dwie trzecie członków rad nadzorczych spółek to byli chłopi. Dwa tysiące chłopów - fachowych działaczy gospodarczych o bankowym wykształceniu!

Ks. Szamarzewski został pierwszym "patronem" Związku Spółek Zarobkowych. Po jego śmierci przejął tę funkcję ks. Piotr Wawrzyniak, jego uczeń i wychowanek.

Ten człowiek o iście końskich siłach, postury Schulzego, z twardą, kwadratową szczęką, nie był wielkim kaznodzieją. Do rozmownych nie należał. Ale był prawdziwym kapłanem i przywódcą duchowym. Jednocześnie - bankowcem o niewiarygodnej jasności i precyzji myśli.

Zaczynał w Śremie, gdzie był wikarym. Uczył miejscowych rzemieślników, kupców i chłopów dosłownie wszystkiego, od historii Polski aż po arytmetykę i biologię. Prezesował różnym lokalnym stowarzyszeniom, a twardy był to prezes: pilnował punktualności, sumienności, słowności; w tej grze nie wolno było pozwolić sobie na żadną słabość.

W wielkopolskich spółkach zarobkowych jako "patron" sam nieraz przeprowadzał osobiście lustracje i rewizje ksiąg - bo i na tym się znał. Stworzył taki system kontroli i rewizji ksiąg, że władze pruskie nigdy nie wykryły w żadnej polskiej spółce jakichś niedokładności - choć bardzo się starały. Polskie spółki zaś otwierały filie w głębi Niemiec, w Berlinie, Lipsku, Bochum, Dortmundzie, wszędzie, gdzie mieszkali jacyś Polacy.

W 1886 roku na Komisję Kolonizacyjną Polacy odpowiedzieli zorganizowaniem przez Wawrzyniaka banku ich Związku Spółek Zarobkowych. Bank zaczynał
z 40 tysiącami marek. W 1913 roku jego sumy bilansowe wyniosły już 349 milionów marek. Podczas gdy owa spółka, założona przez Schulzego dla gospodarowania nadwyżkami banków ludowych, musiała przekazać swe zadania profesjonalnemu bankowi.

Ks. Wawrzyniak nie umarł śmiercią męczeńską. Umarł z przemęczenia. Po jego śmierci niemiecka gazeta poznańska, "Posener Tageblatt", napisała: W zmarłym straciła polskość organizatora na polu gospodarczym oraz wychowawcę, człowieka takiej potęgi, o której wielkości poza kresami Prus słabe ma się pojęcie.

Podobnie Franciszek Stefczyk, niezmordowany pionier kas Raiffeisena w zaborze austriackim, uczynił je dźwignią rozwoju wsi galicyjskiej. W 1914 roku te chłopskie kasy sfinansowały wyposażenie Legionów Piłsudskiego. Poznański Bank Związku Spółek Zarobkowych w 1919 roku okazał się najpotężniejszym bankiem prywatnym całej Odrodzonej Rzeczypospolitej...

Ryciny: Julian Bohdanowicz