Twoja wyszukiwarka

MAREK HOŁYŃSKI
DOLINA KRZEMOWA
Wiedza i Życie nr 12/1997
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 12/1997

SILICON VALLEY JEST ZJAWISKIEM WYJĄTKOWYM W SKALI ŚWIATA. SKĄD WZIĄŁ SIĘ TEN FENOMEN? JAKIE PANUJĄ TAM ZWYCZAJE? CZY MOŻNA ZNALEŹĆ PRACĘ W DOLINIE KRZEMOWEJ?

Nazwa miejscowości Mountain View zwykle nikomu nic nie mówi, chociaż znaleźć ją można na każdej mapie. Kiedy podaję swój adres, muszę więc dodawać, że znajduje się ona w Silicon Valley. Tego z kolei nie ma w żadnym atlasie, jednak zwykle wywołuje odzew: Aha, Dolina Krzemowa... Komputery. Ale gdzie to właściwie jest?

Zaczynam więc tłumaczyć, że Silicon Valley leży 50 km na południe od San Francisco i oficjalnie nazywa się Doliną Santa Clara. Tutaj, między zielonymi zboczami pasm górskich Santa Cruz i Diablo, usadowiło się parę osad o nazwach brzmiących jak miejscowości
uzdrowiskowe. Jedynie ludzie obeznani z komputerami kojarzą Palo Alto, San José, Sunnyvale, Mountain View, Cupertino czy Los Altos z artykułami w prasie fachowej i nalepkami na pudłach ze sprzętem.

Zabudowa Doliny Krzemowej nie zdradza obecności światowego centrum przemysłowego

Pod koniec ubiegłego stulecia, gdy o komputerach nikomu się nie śniło, Dolina Santa Clara znana była ze swych śliwkowych i morelowych sadów, orzechów włoskich i znakomitego wina. Nie pojawiały się tu wcale, obecne prawie wszędzie indziej, skałki kwarcowe, z których uzyskuje się krzem. Wiecznie błękitne niebo, temperatura oscylująca latem i zimą wokół 20oC oraz żyzna gleba pozwalały na uprawę wszystkich zwożonych z odległych zakątków świata roślin. Mieszkańcy Doliny zdawali sobie sprawę, że żyją w raju i mieli nadzieję, iż przynajmniej przez jakiś czas nikt się o tym nie dowie.

KOLEJĄ NA UNIWERSYTET

Ich spokój naruszony został po trzęsieniu ziemi w 1906 roku. Cztery piąte San Francisco legło w gruzach i domki letniskowe w Santa Clara stały się jedynym schronieniem. Wielu ich właścicieli, rozsmakowawszy się w urokach wiejskiego życia czy może też w obawie przed następnym trzęsieniem, postanowiło nie wracać do miasta.

Grafika: Internet

Drugi najazd zawdzięcza Dolina Santa Clara pobliskiemu Uniwersytetowi Stanforda. Leland Stanford był jednym z założycieli linii kolejowej Central Pacific, która otworzyła Kalifornię dla osadników. Samemu Stanfordowi umożliwiła natomiast dojście do gubernatorskiego fotela i nie byle jakiej fortuny. Z części tych pieniędzy postanowił w 1885 roku ufundować na terenie swoich posiadłości w Palo Alto uniwersytet dla upamiętnienia swego 16-letniego syna, który w czasie podróży do Wenecji zmarł na dur brzuszny.

Uczelnia ta pozostawała jednak w cieniu renomowanych ośrodków akademickich wschodniego Wybrzeża aż do początku lat czterdziestych. Wtedy to fabryczki maszyn rolniczych w Dolinie Santa Clara przestawiały się na produkcję czołgów i amunicji. Uniwersytet Stanforda wytypowany został na jedno z wiodących centrów nowych technik elektronicznych. Chodziło o strategiczne rozproszenie finansowanych przez rząd badań, aby uniknąć koncentracji wszystkich znaczących placówek naukowych w jednym regionie kraju.

Zatrudniani w Stanfordzie pracownicy naukowi nie mieli na ogół ochoty mieszkać w gęsto już zaludnionym obszarze między Palo Alto i San Francisco. Na południe od Palo Alto klimat był lepszy i było jeszcze sporo miejsca; liczba mieszkańców Doliny Santa Clara wkrótce więc się potroiła.

Wśród pomarańczowych sadów zaczęły szybko powstawać kolonie domków jednorodzinnych. Produkowane seryjnie z drewna i sklejki, były wówczas w miarę tanie - po ok. 10 tys. dolarów; dziś ich cena dochodzi do pół miliona. Z zewnątrz mało imponujące, przypominające domek kampingowy, ale funkcjonalne i wygodne. Widać wpływ koncepcji popularnego wtedy Franka Lloyda Wrighta: nieodłączny ogródek, patio i okna na całą ścianę zachęcały do kontaktów z naturą.

PO CO KOMU GARAŻ?

Ze względu na wzbierającą właśnie falę powszechnej motoryzacji każdy z tych domów był wyposażony w garaż, który stał się istotnym rekwizytem lokalnej wersji amerykańskiego mitu, że każdy może zostać milionerem. Rzecznicy prasowi wielkich firm podtrzymują tę legendę, nagminnie wywodząc początki swoich przedsiębiorstw z garażu założycieli.

Profesorowie i studenci ze Stanfordu załatwiali sobie bowiem prace zlecone, które istotnie wykonywali w domu. Tak właśnie było z Williamem Hewlettem i Davidem Packardem. Po zajęciach na uczelni rozkręcali oni w garażu Hewletta chałupniczą produkcję audiooscylatorów, tanich generatorów sygnałów akustycznych o przyzwoitej jakości. Hewlett-Packard (kolejność założycieli w nazwie firmy ustalono, rzucając monetą) wsławił się produkcją pierwsze-
go kieszonkowego kalkulatora, natomiast w trzy dekady poźniej był światowym koncernem sprzedającym aparaturę pomiarową i komputery za ponad miliard dolarów rocznie. Identyczną historię rozpowszechniają pracownicy Apple'a o twórcach pierwszego komputera osobistego - Steve Woźniaku i Steve Jobsie.

Brzmi to prawdopodobnie, bowiem śnieg w Dolinie Krzemowej nigdy nie pada, deszcze tylko czasami w zimie, kradzieże są rzadkie. Znacznie więc wygodniej trzymać samochód na podjeździe przed domem, a z garażu zrobić warsztat albo skład zimowych ubrań i kartonów z ozdobami na choinkę. Z technologicznym romantyzmem trzeba jednak ostrożnie, bo wersja mojego znajomego, który parę lat siedział z Jobsem w jednej ławce, jest inna. Podobno już w szkole średniej pokój Jobsa w domu rodzinnym był wyposażony znacznie lepiej niż przeciętne elektroniczne laboratorium, nie zaistniała zatem potrzeba wymykania się do garażu.

700 FIRM

Firm z prawdziwą lub podrabianą garażową genealogią jest w Dolinie Krzemowej około 700. Tu rodzą się nowe pomysły i rozwiązania techniczne, które po roku lub dwu zalewają rynki międzynarodowe. To największe na świecie skupisko przemysłu "high-tech" w miesiąc zarabia grubo powyżej tego, co huty Katowice, Lenina, Bieruta i pozostałych osiągnęły w całej swej historii.

Kolonie domków jednorodzinnych nie prezentują się z zewnątrz zbyt imponująco, choć ich garaże odegrały ważną rolę w historii Doliny Krzemowej

Specjalnością Doliny Krzemowej jest, rzecz jasna, projektowanie i wytwarzanie komputerów. Prosperują tu nie tylko te firmy, które się na miejscu urodziły, jak Apple, Hewlett-Packard, Sun czy Silicon Graphics. IBM, Digital i Microsoft powstały gdzie indziej, ale uznały za konieczne przenieść znaczną część swoich biur i fabryk właśnie tutaj. Nie chodzi jedynie o symboliczne zaznaczenie obecności - poza Silicon Valley znacznie trudniej znaleźć fachowców najwyższej klasy. Nawet jeśli się skompletuje przyzwoitej jakości zespół, to odcięci od nieformalnego przepływu informacji naukowcy i inżynierowie szybko zestarzeją się zawodowo.

Dużo jest w Dolinie firm elektronicznych, zwłaszcza produkujących oparte na krzemie układy scalone, którym Silicon Valley zawdzięcza swoją nową nazwę. Potentaci, jak Intel, Fairchild i National Semiconductor, giną w książce telefonicznej wśród dziesiątków innych przedsiębiorstw. Niektóre z nich staną się równie znane za parę lat. Inne splajtują albo zostaną wykupione. Obok sklepu spożywczego, w którym robię zakupy, jest mały pawilon wynajmowany przez startujące firmy. W ostatnim roku szyld nad drzwiami zmieniał się cztery razy.

Mimo ostatnich cięć w budżecie obronnym, laboratoria Lockheada, Raytheona i inne pracujące na potrzeby wojska nie zniknęły z pejzażu Doliny. Podobne redukcje w programie kosmicznym nie odbiły się negatywnie na centrum doświadczalnym NASA. Powiększyło się ono nawet o sąsiednie lotnisko wojskowe opuszczone po zakończeniu zimnej wojny. Pojawiły się natomiast ośrodki badawcze zajmujące się ostatnimi nowinkami: bioinżynierią, genetyką i rzeczywistością wirtualną. Silicon Valley pilnuje swej wiodącej roli i stara się ciągle wyprzedzać świat o pół kroku.

W SZORTACH I NA BOSAKA

Goście odwiedzający po raz pierwszy Dolinę Krzemową przybywają zwykle w pełnym zawodowym rynsztunku: garnitur, biała koszula, krawat, teczka, wypucowane buty. Natychmiast doznają szoku. Na powitanie wychodzi prezes firmy w dżinsach, tenisówkach i bawełnianym podkoszulku. W ten sposób odróżnia się od personelu, który często przychodzi do pracy w szortach, a czasem na bosaka.

Kontrastuje to ze zwyczajami panującymi w firmach uznawanych dotychczas za korporacyjne wzorce. W IBM-ie biała koszula i krawat były do niedawna przyjętą normą. Dla dodania fasonu z kieszeni koszuli powinno wystawać jeszcze parę ołówków i długopisów.

Różnice są nie tylko w strojach. Kafeteria centrali Digitala wygląda jak typowa stołówka pracownicza serwująca bloczkowy obiad na niedomytej tacy. Modelem Doliny Krzemowej stała się natomiast sieć kameralnych restauracji-barków. Bezpłatne dania przygotowywane są przez francuskich kucharzy, a espresso i drinka można sobie zrobić samemu.

Darmowe jedzenie kalkuluje się firmom, bo oszczędza się czas na związane z posiłkami dojazdy. Mimo że nie ma sztywnych godzin, pracuje się ostro - opuszczenie laboratorium przed uzyskaniem wyników i tak kończy się bezsenną nocą wśród rozmyślań nad rozwiązaniem. Krótka drzemka jest zresztą możliwa na miejscu, bo w pokojach są kanapy, jako że, obcując z komputerem, zatraca się poczucie czasu. Celem jest dotarcie do domu przed świtem, natomiast podkrążone oczy są swoistą legitymacją przynależności do hackerskiej podkultury.

Wewnętrzne książki telefoniczne układane są według imion (a nie nazwisk) zatrudnionych, rowery używane do wewnętrznej komunikacji, psy wylegują się pod terminalami, w pokojach piętrzą się stosy ubrań i butelek po coca-coli - tak jak w akademiku. Większość pracowników trafiła tu bezpośrednio ze Stanfordu, MIT czy Berkeley i nie ma ochoty zmieniać uniwersyteckich nawyków.

HIPPIS PRZY TERMINALU

Drugą przyczyną odrębności stylu nowych korporacji są ruchy pacyfistyczne lat sześćdziesiątych. Komputery osobiste powstały w odpowiedzi na hasło "Power to the people" ("Władza dla ludzi"). W tamtych czasach chodziło
o wyrwanie maszyn cyfrowych z krwawych szponów rządu, wojska i wielkiego przemysłu, o przechytrzenie stojących na ich straży gładko wygolonych kapłanów w białych fartuchach. Komputery osobiste trafiające do rąk indywidualnych użytkowników miały stać się narzędziem, za pomocą którego zmienią oni świat.

Za furtką nieodłączny ogródek, patio i okna na całą ścianę zachęcają do kontaktów z naturą

Świat przełknął komputery ze smakiem, ale o towarzyszących im pryncypiach jakby zapomniał. W Dolinie Krzemowej kontestacyjny rodowód jest jednak wyczuwalny na co dzień. Zwyczaje niewiele się zmieniły od czasów, kiedy w Homebrew Club, klubie projektantów-amatorów, zaczynali Jobs z Woźniakiem. Wtedy hobbiści na dobre przemieszali się z ideologami. Na zebraniach klubu otwarcie opowiadali o swoich projektach, dzielili się schematami. Po rozwiązaniu problemu, zamiast lecieć do biura patentowego, szli do Homebrew Club i tłumaczyli go zainteresowanym. Po zebraniach szefowie startujących (często konkurujących ze sobą) firm udawali się na cheeseburgera i wymieniali doświadczeniami.

Dziś w szufladach biurek 40-latków natknąć się można na fotografie dokumentujące ich poprzednie wcielenia: brody, długie włosy, rozszerzane na dole dżinsy, hippisowskie kurtki. Tamte czasy przetrwały w detalach takich, jak psychodeliczna tęcza jabłka na znaku firmowym Apple.

Pionierzy z lat sześćdziesiątych, mimo sukcesów komercyjnych, dochowali wierności dawnym ideałom. Ed McCracken, prezes Silicon Graphics, ciągle prowadzi piątkowe zajęcia z medytacji dla pracowników. Udzielają się społecznie Larry Tesler i John Gage, obecnie na kluczowych stanowiskach "chief scientist" (główny naukowiec) w Apple i Sun, kiedyś członkowie
Homebrew Club i znani aktywiści ruchu przeciwko wojnie wietnamskiej.

Nawiasem mówiąc, burzliwy rozwój komputerów osobistych był możliwy dzięki pojawieniu się w Dolinie Krzemowej 90-tysięcznej fali powojennych uciekinierów z Wietnamu; pilnych, dokładnych i nie stawiających wygórowanych wymagań. Roboty przy montowaniu podzespołów elektronicznych było w bród, dużo nadgodzin, minimalne wymagania językowe. Ameryka wygrała na przegranej wojnie.

OŚWIECONE KORPORACJE

W nowych korporacjach zasada zysku za wszelką cenę przestała być nadrzędną motywacją. Jasne, że należy przynosić dochód, ale nie trzeba przy tym zaogniać stosunków międzyludzkich. Ilustruje to dekalog cnót Doliny Krzemowej, wręczany przez niektóre firmy nowym pracownikom:

  1. Bądź uczciwy, ufaj innym i wzbudzaj zaufanie.
  2. Kwestionuj autorytety.
  3. Wyrażaj swoje poglądy oraz idee w sposób konstruktywny.
  4. Unikaj biurokracji.
  5. Spodziewaj się zmian i podejmuj ryzyko.
  6. Bądź twórczy i szukaj innowacyjnych rozwiązań.
  7. Uznawaj popełnione błędy i wyciągaj z nich wnioski.
  8. Współdziałaj z innymi i przyczyniaj się do budowania zespołu.
  9. Zależnie od potrzeby bądź równie dobrym szefem, jak podwładnym.
  10. Traktuj klientów jak współpracowników, a współpracowników jak siebie samego.

Informatycy z Silicon Valley przyjmują te reguły bez zastrzeżeń. Nie trzeba ich przekonywać do koncepcji dzielenia się oprogramowaniem. Kwestionują zasadność software'owych praw autorskich i bronią niezawisłości Internetu. Ta nowa generacja, przejmując stery oświeconych korporacji, ma wreszcie szansę, by przeobrazić świat zgodnie z zamiarami kontestatorów działających w latach sześćdziesiątych.

Sama Dolina pasuje do tej wizji - bardziej wygląda na uczelniany kampus niż wiodące zagłębie światowego przemysłu: budynki nowoczesne, zaprojektowane przez znanych architektów: rzeźby, obrazy na ścianach. Z okolicznych pagórków przypomina to wielki park, poprzecinany autostradami, dzięki którym dotarcie do dowolnego punktu w Silicon Valley to kwestia minut. Obecność przemysłu zdradzają jedynie talerze anten satelitarnych, wystające tu i ówdzie ponad korony drzew. Żadnych kominów, buchających pieców i straży przemysłowej w pomiętych mundurach. Luźna zabudowa poprzedzielana skwerami z altankami, fontannami, kortami tenisowymi, basenami i boiskami do koszykówki.

Zatoka San Francisco świetnie nadaje się do żeglowania i pływania na desce. Przez okoliczne pagórki wytyczono dziesiątki szlaków spacerowych. Plaże nad oceanem są o pół godziny jazdy na zachód. Parę godzin w drugą stronę mamy już góry Sierra Nevada z ośrodkami narciarskimi o ustalonej renomie, jak choćby znana z zimowej olimpiady 1960 roku Squaw Valley. Na północ winnice Napa Valley, na południe Los Angeles i uroki Hollywood. Jest więc co rzucać na szalę i do pracy w słonecznej Dolinie Krzemowej nie trzeba nikogo specjalnie namawiać.

COŚ ZA COŚ

Koncentracja pieniędzy i intelektu nie wypełnia jednak, tak jak powinna, uliczek Mountain View kolorowym, międzynarodowym tłumem. Wieczorami jest cicho i pusto. Zapchane do północy parkingi przed firmami są wystarczającym dowodem na to, że w życiu wszystkiego naraz mieć nie można i za uczestnictwo w technologicznych wyścigach trzeba płacić rezygnacją z wielu uroków Kalifornii. W podobnym nafaszerowanym elektroniką bunkrze można by równie dobrze przyklejać się do ekranu w Nowym Jorku czy na Alasce.

Z okolicznych pagórków Silicon Valley wygląda jak wielki park

Stali mieszkańcy Doliny Krzemowej robią, co mogą, dla utemperowania entuzjazmu gości. Kominów nie widać, bo są skierowane w dół, pompując krzemowe chemikalia do ziemi. Przemysł wysysa wodę (w ostatnim półwieczu Dolina obsunęła się o 3 metry), której i tak brakuje. Ludzi nazjeżdżało się tyle, że ceny domów są dwa razy wyższe niż gdzie indziej. Jedyna nadzieja w następnym trzęsieniu ziemi, które, jak zwykle, część przybyszów wystraszy.

Trzęsienia ziemi, które są obsesją Kalifornijczyków, Silicon Valley znosi jednak lepiej niż okoliczne tereny. Dolina Krzemowa znajdowała się w połowie drogi między epicentrum ostatniego poważnego trzęsienia na jesieni 1989 roku a San Francisco. Straty powinny być więc co najmniej dwa razy większe, w rzeczywistości były zaś minimalne w stosunku do szkód wyrządzonych w mieście.

Zaczęło się parę minut po piątej, akurat w czasie popołudniowej odprawy kierowników działów. Przy pierwszym dudniącym pomruku ludzie popatrzyli na siebie znacząco, ale nikt nie zareagował, żeby nie wykazać braku opanowania. Drugi, głośniejszy, zastał wszystkich w drzwiach, manewrujących tam ze sprawnością nabytą dzięki codziennej półgodzinie koszykówki w czasie przerwy na lunch. Przy trzecim obserwowaliśmy już przebieg wydarzeń z parkingu w bezpiecznej odległości od biurowca, w nastroju klasy, której udało się zerwać z nudnej lekcji. I pewnie tak z racji strojów wyglądaliśmy.

Chodnik rytmicznie falował, jakby przemieszczał się pod nim gigantyczny wąż z japońskiego filmu. Pośrodku sadzawki przed budynkiem powstał warkocz wody, jak przy płukaniu miski, wychlapujący się na zewnątrz. Sam budynek kiwał się wyraźnie. Dołączona od frontu ozdóbka architektoniczna, coś w rodzaju ukośnej, grubej na dwie cegły bramy, chybotała się o co najmniej metr w prawo i w lewo. Nic się jednak nie zarysowało, nie wypadła żadna cegiełka.

ODWROTNA PERSPEKTYWA

Nie mogliśmy wrócić do pracy, bo ekipy techniczne musiały sprawdzić przewody elektryczne i gazowe, których uszkodzenie mogło grozić wybuchem. Supermarkety były zamknięte, ale sprzedawcy stali na zewnątrz i rozdawali jedzenie. Kolidowało to z wyniesioną ze szkoły tezą, jakoby kapitaliści zbijali majątek na krzywdzie wdów, sierot i ofiar kataklizmów. Choć, rzecz jasna, trudno o lepszą reklamę niż pomoc klientowi w biedzie. A zresztą lodówki nie działały, więc i tak towary by się im popsuły.

Resztę dnia spędziłem zatem na uspokajaniu wydzwaniających z całego świata bliższych i dalszych znajomych. Paradoks odwrotnej perspektywy powoduje, iż wydarzenia zasługujące na wzmiankę w dziennikach telewizyjnych wydają się znacznie poważniejsze z daleka niż z bliska. Sam muszę się powstrzymywać, żeby nie dzwonić do Warszawy na wiadomość o wykolejeniu pociągu pod Szczecinem.

Dolina jest na trzęsienia po inżyniersku przygotowana - strat należy się spodziewać, ale można je ograniczyć. Szafki zostały więc zabezpieczone zamkami, regały przyśrubowane do ściany, monitory przymocowane pasami do biurek. Apteczka jest pod ręką, zapasy jedzenia i bańka wody w garażu. Wiadomo, gdzie znajduje się lokalny punkt ewakuacyjny i który sąsiad przeszedł przeszkolenie w kierowaniu akcją ratunkową.

Następnego dnia, gdy w San Francisco płonęły jeszcze domy i dokopywano się do zasypanych pod autostradami ludzi, życie w Dolinie Krzemowej wróciło do normy. Przedsiębiorstwa komputerowe są bardziej czułe na trzęsienia giełdy niż trzęsienia ziemi - zatrudniły jedynie psychoterapeutów oferujących pomoc w przezwyciężaniu powstrząsowych fobii.

INFORMATYCZNA MIĘDZYNARODÓWKA

W ogólnym bilansie trzęsienia ziemi nie stanowią przeciwwagi dla możliwości zawodowych i atrakcyjności codziennej egzystencji, które przyciągają do Doliny Krzemowej czołówkę światowej nauki i techniki. Samochody na parkingach firm komputerowych mają rejestrację kalifornijską, ale rozmaite nalepki ze skrótami krajów. Różnorodność etniczna jest w Stanach czymś naturalnym, bo każdy tu jest Amerykaninem w drugim, trzecim czy piątym pokoleniu. W Dolinie Krzemowej jednak przeważają Amerykanie pokolenia zerowego.

Wśród moich kolegów z pracy tylko dwie osoby urodziły się w USA. Reszta trafiła tu stosunkowo niedawno. Do Silicon Valley powadzą odmienne drogi, ale scenariusze podróży są podobne. Gianpaolo robił studia w Mediolanie, a doktorat w Chicago. Suresh zaczął
naukę w Indiach, a kończył na Uniwersytecie Stanforda, bo po drugim roku zakwalifikował się na stypendium. Cheng, jako kierownik pracowni w Chińskiej Akademii Nauk, przyjechał początkowo na rządową wymianę. Craig był konstruktorem pierwszego komputera osobistego w W. Brytanii. Adrian wygrał olimpiadę matematyczną w Rumunii i w nagrodę został wysłany na uczelnię do Paryża.

Każda większa firma w Dolinie Krzemowej ma w dziale personalnym komórkę zajmującą się wyławianiem ludzi,
takich jak oni. Śledzi ona publikacje z branży, obsadza konferencje i stale namierza potencjalne gwiazdy informatycznej międzynarodówki. Utrzymuje również kontakty z pośrednikami pra-
cy ("headhunterami", czyli "łowcami głów"), którym zręczniej podchodzić specjalistów pracujących dla konkurencji.

Gdy zlokalizuje się odpowiedniego kandydata, negocjacje nie trwają długo. Oferta finansowa jest na ogół nie do odrzucenia, bo pensja znacznie przewyższa średnią krajową, a poza tym dostaje się jeszcze akcje firmy, ubezpieczenie medyczne, dentystyczne i świadczenia rodzinne. Koszty przeprowadzki, łącznie z transportem mebli i samochodu, pokrywa pracodawca, a czasem jeszcze dołoży trochę pieniędzy na zakup domu.

OTWARTE DRZWI

Najbardziej opłaca się jednak bezpośrednia rekrutacja na uniwersytetach, bo eliminuje słone honorarium pośrednika. Dostarcza rwących się do pracy fachowców, naładowanych aktualną wiedzą i, po latach skromnej akademickiej egzystencji, nie stawiających nadmiernych żądań finansowych. Ograniczając się do czołowych uniwersytetów, takichjak MIT, Princeton, Stanford i Berkeley, wybiera się najlepszych spośród najlepszych.

Jak poważnie traktują to działy personalne, świadczy przykład przygotowanego przez jeden z nich stustronicowego materiału na ten temat. Rozpoczyna się on od następującego tekstu: Musisz być absolutnie pewny, że nie będziesz podświadomie oceniał kandydatów ze względu na ich płeć lub kolor skóry.

W środku są wskazówki, jak przesiewać życiorysy studentów i notować pierwsze wrażenia z rozmowy telefonicznej, jak zgrywać wyselekcjonowanych kandydatów z listą oferowanych stanowisk i proponować wstępny wywiad. Potem wzór kwestionariusza szczegółowo oceniającego kwalifikacje zawodowe i osobiste, który po spotkaniu trzeba wypełnić dla każdego studenta.

Kolejny rozdział poucza w stylu wojskowej instrukcji, jak przeprowadzać zasadniczą rozmowę. Na pojedynczego kandydata przewidziane jest pół godziny. W ciągu pierwszych 2 minut powinieneś: przywitać studenta, przedstawić się, stworzyć miłą, luźną atmosferę, wyjaśnić cel rozmowy, uprzedzić, że będziesz robił notatki i masz dla niego tylko pół godziny. Kolejne 3 minuty powinieneś poświęcić na...

Aby wywiadowca nie dał się zaskoczyć, dokument cytuje także koło setki najczęściej zadawanych przez kandydatów pytań wraz z poprawnymi politycznie odpowiedziami. Podaje też przykłady tego, o co sam może, a o co nie powinien indagować. Podstawowa zasada: jeśli to nie jest związane z pracą - nie pytaj.

O doświadczenie zawodowe można się dowiadywać, o stan cywilny i wyznanie nie należy. Czy istnieją jakieś czynniki ograniczające pańską efektywność zawodową? - w porządku, jeśli nie da się do zrozumienia, że chodzi o ograniczenia fizyczne lub mentalne. Pytanie o znajomość języków obcych jest na miejscu, ale bez dociekania, jak się tę wiedzę zdobyło. Nie wolno żądać informacji o pochodzeniu, obywatelstwie, miejscu urodzenia ani miejscu urodzenia rodziców. Drzwi do Doliny Krzemowej są więc ciągle dla cudzoziemskich specjalistów otwarte.

Zdjęcia autora