Twoja wyszukiwarka

KATARZYNA MOSIOŁEK-KŁOSIŃSKA
POPROSZĘ PASZTET Z BABUNI
Wiedza i Życie nr 12/1997
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 12/1997

OBCOKRAJOWCY UCZĄCY SIĘ JĘZYKA POLSKIEGO CZĘSTO PORÓWNUJĄ ZNALEZIENIE WŁAŚCIWEJ FORMY WYRAZU DO GRY W TOTOLOTKA, A PO JEJ UŻYCIU RADOŚNIE KRZYCZĄ: MILIARD! ALE CZY MOŻE BYĆ INNA REAKCJA, GDY MUSZĄ ZAPAMIĘTAĆ, ŻE TNĘ I CIĄĆ TO JEDYNIE DWIE FORMY TEGO SAMEGO WYRAZU?

Jakiś czas temu pewna ucząca się języka polskiego Holenderka, po tygodniu pobytu w Warszawie, stwierdziła - posługując się językiem angielskim - że Polacy bardzo kochają psy (Poles love dogs very much). - Psy? - zdziwiłam się. - Och tak, przecież codziennie obok mojego domu mijam tabliczkę z napisem: "Uwaga piesi!". To zabawne wydarzenie może uzmysłowić nam, rodzimym użytkownikom polszczyzny, jak dużą wiedzę musi posiąść obcokrajowiec, chcąc władać naszym językiem w stopniu choćby podstawowym.

Aby dowiedzieć się, dlaczego piesi to nie forma wyrazu pies, musi on poznać przede wszystkim zasady podziału rzeczowników na kategorie rodzajowe. Tych jest - jak wiadomo - pięć: trzy w liczbie pojedynczej (męska, żeńska, nijaka) i dwie w liczbie mnogiej (męskoosobowa i niemęskoosobowa). Cudzoziemcom najdziwniejsze wydaje się to, że wyraz nie musi "przenosić" swojego rodzaju z liczby pojedynczej na mnogą. W liczbie pojedynczej bowiem o przynależności rodzajowej decyduje zakończenie słowa (rzeczowniki zakończone spółgłoską są rodzaju męskiego, te zakończone na -a, -i rodzaju żeńskiego, a na -e, -o, -ę rodzaju nijakiego, choć i od tej zasady są odstępstwa), w liczbie mnogiej zaś - znaczenie wyrazu. Świat widziany przez pryzmat języka polskiego dzieli się w liczbie mnogiej na dwie grupy - na mężczyzn i resztę. Mówimy przecież Dobrzy chłopcy, panowie, studenci byli tam, ale Dobre kobiety, szafy, samochody, psy, dzieci były tam. Są słowa, które mają dwie postaci liczby mnogiej, w zależności od tego, co oznaczają. W zdaniach Ci dobrzy przewodnicy interesująco opisywali zabytki i Te dobre przewodniki interesująco opisywały zabytki ten sam rzeczownik został użyty w różnych znaczeniach, dlatego wszystkie określające go wyrazy przybrały odmienne formy.

Z problemem przypisania wyrazowi właściwego rodzaju borykają się nie tylko cudzoziemcy, lecz niekiedy także i Polacy. Gdyby zapytać uczniów szkoły podstawowej, jaka jest liczba mnoga wyrazu chłopak, wszyscy odpowiedzieliby, że chłopaki. Forma chłopacy, jeśli jest w ogóle znana, uważana jest za niepoprawną. Tymczasem właśnie ona jest zgodna z polskim systemem (choć obie są poprawne, czyli zgodne z normą); skoro mówimy Polak - Polacy, chemik - chemicy, prawnik - prawnicy, powinniśmy mówić chłopak - chłopacy. Chłopaki jest formą niemęskoosobową, taką jak ptak - ptaki, ślimak - ślimaki. Postać mianownika liczby mnogiej narzuca rodzaj innym wyrazom w zdaniu - jeżeli zatem zdecydowaliśmy się na formę chłopaki, to konsekwentnie powinniśmy mówić: Te dobre chłopaki poszły (tak jak Te ładne ptaki odleciały), a to już wydaje nam się dziwne.

Sprawa wyboru rodzaju komplikuje się jeszcze bardziej, gdy w jednym zdaniu chcemy opisać rzeczywistość składającą się z mężczyzn, kobiet, zwierząt i rzeczy. Nie mamy wątpliwości co do poprawności zdania W pokoju znajdowali się mężczyzna i kobieta. Wystarczy bowiem jeden osobnik płci męskiej, aby czasownik w liczbie mnogiej przybrał rodzaj męskoosobowy. Jeśli rzeczowniki oznaczają "resztę", czyli kobiety, zwierzęta i przedmioty, całość występuje w rodzaju niemęskoosobowym. Z trudem jednak utworzylibyśmy zdanie W pokoju znajdowały się kobieta, pies i jego obroża. Gorzej jest, gdy do tego "zestawu" dodamy mężczyznę. Powinien on bowiem narzucić całości rodzaj męskoosobowy, ale jak tu powiedzieć W pokoju znajdowali się: mężczyzna, kobieta, pies i jego obroża? Okazuje się zatem, że niektóre reguły rządzące polską gramatyką z trudnością dają się zastosować w praktyce.

Wiedza o istnieniu pięciu rodzajów i o szczególnej pozycji mężczyzn (przynajmniej w polskim systemie gramatycznym) jest naszej Holenderce niezbędna do dalszego etapu wtajemniczenia - do poznania zasad doboru końcówek przypadków. Aby móc utworzyć jakąś formę rzeczownika, należy bowiem znać przede wszystkim jego rodzaj - odmienne postaci np. dopełniacza liczby pojedynczej przybiorą wyrazy: dom, sąsiadka, mieszkanie. Polski byłby językiem dość łatwym, gdyby o doborze końcówki przypadka decydował tylko rodzaj. Kryterium rodzajowe "krzyżuje" się z kryterium fonetycznym, co oznacza, że aby odmienić wyraz, cudzoziemcy muszą wiedzieć, do jakiej grupy należy jego końcowa spółgłoska. Inaczej będą się odmieniały słowa zakończone na tzw. głoskę twardą
(np. p, b, t, d, n, r, ł, m), inaczej - na półtwardą (np. c, cz, sz, ż, dż), inaczej zaś - na miękką (np. ć, ź, ś, dź, j, ń). Słowa mające ten sam rodzaj mogą przybierać inne końcówki w zależności od tego, jaką spółgłoską zakończony jest ich temat - mimo że zarówno ulica, jak i sala są rzeczownikami żeńskimi, w dopełniaczu, celowniku i miejscowniku będą miały inne końcówki (ulicy, sali). Podobnie wyrazy liść, ptak, słup - chociaż wszystkie rodzaju męskiego i nieosobowe - mają w mianowniku liczby mnogiej różne formy: liście, ptaki, słupy.

Jeśli liczba mnoga wyrazu ptak brzmi ptaki, to piesi - pochodzi pewnie od pies? Och, jak ci Polacy kochają psy - myślą obcokrajowcy rozpoczynający naukę naszego języka, gdy widzą taki znak drogowy

Fot. Krzysztof Chojnacki

Ludzie uczący się języka polskiego jako obcego, chcąc utworzyć formę jakiegoś przypadka, za każdym razem muszą pamiętać, która zasada tu działa - fonetyczna, rodzajowa czy też obie naraz. Rzecz byłaby raczej prosta, gdyby dany przypadek "obsługiwało" tylko jedno z wymienionych kryteriów - rodzajowe lub fonetyczne. Tak się dzieje właściwie tylko w bierniku i narzędniku liczby pojedynczej. Wiadomo, że wszystkie rzeczowniki w tych przypadkach przybierają odpowiednie końcówki w zależności od rodzaju (np. w narzędniku rodzaju męskiego i nijakiego mają -em, a żeńskiego -ą: Rozmawiałem z ojcem, matką i z dzieckiem). Ciekawostką jest, że polski biernik (a także dopełniacz) wyróżnia dodatkową kategorię - męskożywotną. Należą do niej wyrazy rodzaju męskiego oznaczające istoty żywe (Widzę pana, psa, słonia, ale: Widzę stół, samochód, dom). Ze stosowaniem tej zasady przez cudzoziemców wiąże się pewna zabawna historia - zaczynający się uczyć naszego języka Amerykanin ćwiczył użycie biernika, opowiadając Kocham mojego syna, moją żonę, lubię moje miasto, lubię mój samochód, lubię Chopin i Bach. Gdy zwróciłam mu uwagę, że ostatnia część zdania powinna brzmieć Lubię Chopina i Bacha, student ów stwierdził (już w swoim języku): Ale przecież oni nie żyją!

Nawet doskonała znajomość skomplikowanych zasad gramatycznych nie uchroni cudzoziemca przed popełnieniem błędu. Istnieją bowiem przypadki, o których formach nie decydują żadne reguły, ale zwyczaj językowy. Rzeczowniki rodzaju męskiego nieżywotne w dopełniaczu liczby pojedynczej przybierają końcówkę -a (komputera, swetra, parasola) lub -u (samochodu, dżemu, kwiatu) i konia z rzędem temu, kto określi, jaka tym rządzi zasada. Tam natomiast, gdzie można podać regułę, da się również stworzyć długą listę wyjątków. Co z tego, że w podręcznikach gramatyki czytamy, iż w dopełniaczu liczby mnogiej słowa zakończone na tzw. spółgłoskę półtwardą (c, cz, dz, dż itp.) przybierają końcówkę -y, a te zakończone na miękką (ć, ź, ś itp.) -i, skoro mówimy żołnierzy - ale stróżów, koni - ale uczniów. Gdy ktoś się zastanawia, dlaczego tak się mówi, jedyną sensowną odpowiedzią jest: Bo tak się mówi. Obcokrajowcy porównują na ogół tworzenie form dopełniacza do gry w totolotka, zdarza się nawet, że zastosowawszy właściwą końcówkę, krzyczą: Miliard!

Ale nie same końcówki są zmorą tych, którzy zdecydowali się na naukę polskiego. Aby móc utworzyć formę np. miejscownika liczby pojedynczej lub mianownika liczby mnogiej, muszą oni znać dość skomplikowany system wymian samogłoskowych i spółgłoskowych. Właśnie one sprawiają, że wyraz piesi różni się od pieszy, a psy od pies na tyle, że wspomniana Holenderka przypisała Polakom wielką miłość do czworonogów. Sama znajomość tego, jak w różnych formach jednego wyrazu wymieniają się głoski, np. k, c i cz lub ó i o (nazywamy to obocznością), jednak nie wystarczy. Trzeba jeszcze wiedzieć, gdzie te wymiany stosować. Nie zawsze bowiem dzieje się tak, że zachodzą one we wszystkich wyrazach - w mianowniku liczby mnogiej np. spółgłoski wymieniają się tylko w zakończeniu tematów rzeczowników męskoosobowych. Cudzoziemiec zatem musi pamiętać, że w słowach aktor, sąsiad, student, oprócz dodania końcówki, trzeba zmienić głoski tematu (aktorzy, sąsiedzi, studenci), a w identycznie zakończonych wyrazach nie oznaczających mężczyzn, np. rower, wykład, kot, wystarczy tylko dodać końcówkę (rowery, wykłady, koty). Istnienie wymian głoskowych stwarza cudzoziemcom kłopoty nie tylko w tworzeniu polskich tekstów, lecz także w ich rozumieniu. Forma z obocznościami niekiedy różni się od formy podstawowej na tyle, że trudno ją zidentyfikować. Wyrazy cieście i ciasto "łączą" tylko dwie pierwsze litery. Oczywiście, jeśli ktoś zna reguły tworzenia miejscownika, bez trudu skojarzy formę cieście ze słowem ciasto. Podobnie - dla osoby znającej zasady stopniowania przymiotników nie powinno być zaskoczeniem, że lżejszy jest regularną postacią stopnia wyższego od lekki, choć wyrazy te mają wspólną tylko pierwszą literę. Jednak aby w wyrazach kotła i tchu rozpoznać dopełniacz słów kocioł, dech, a w tnę - formę czasownika ciąć, trzeba mieć już ogromną wiedzę, którą cudzoziemcowi trudno posiąść.

Mówi się, że nie ma języków łatwych i trudnych - w każdym języku są elementy, które wydają się cudzoziemcom nie do opanowania, jak i takie, z którymi prawie każdy bez kłopotu da sobie radę. W polskim - jak się wydaje - większość stanowią jednak zagadnienia pierwszego typu. Podobną opinię wyrażają uczący się naszego języka nie-Słowianie. Pociechą dla osób, które zamierzają wgłębiać się w tajniki polszczyzny, może być to, że prawdopodobnie za kilkaset lat uprości się ona nieco, tak jak uprościła się przez ostatnie wieki. Oprócz rzeczy bardzo skomplikowanych, o których była tutaj mowa, mamy przecież i "łatwe" formy gramatyczne, np. celownik, narzędnik i miejscownik liczby mnogiej. Każdy z tych przypadków jest dziś "obsługiwany" tylko przez jedną końcówkę (celownik -om, narzędnik -ami, z nielicznymi wyjątkami, miejscownik -ach), która "zwyciężyła w rywalizacji" między kilkoma zakończeniami. Przecież jeszcze w XVI stuleciu form tych przypadków było więcej - współczesne zdania: Przypatruję się gościom, dzieciom, wozom; Interesuję się ojcami, psami, mężami czy Myślę o dzieciach i żonach "przetłumaczone" na język staropolski brzmiałyby: Przypatruję się gościem, dzieciem, wozom, Interesuję się ojcy, psy, mężmi i Myślę o dzieciech i żonach. Fakt, że dzisiaj mówimy inaczej, świadczy o działaniu w języku tendencji upraszczającej i może być zachętą dla tych, którzy dziś próbują poznać tajniki polszczyzny. Kiedyś była ona jeszcze bardziej skomplikowana!

Dopóki nasz język nie uprościł się całkowicie, podziwiajmy tych, którzy zdecydowali się go poznać. Spójrzmy życzliwym okiem na ich błędy gramatyczne, wybaczmy pomyłki leksykalne. Te zdarzają się przecież każdemu, kto próbował uczyć się jakiegokolwiek języka obcego. Dlatego niech nas nie dziwi, że Angielka jako zawód podaje dyplomatka (skoro jest poeta i poetka, to czemu nie dyplomata i dyplomatka?) i gdy Francuz w sklepie będzie próbował kupić pasztet z babuni - przecież nie musi pamiętać, że to, co w jego języku nazywa się (integral) l'ancien, ma polski odpowiednik babuni (bez przyimka). Choć, z drugiej strony, jeśli w polskiej reklamie telewizyjnej pojawia się mleko z krowy, to może i Francuz miał prawo poprosić o pasztet z babuni...

Dr KATARZYNA MOSIOŁEK-KŁOSIŃSKA pracuje w Instytucie Języka Polskiego na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego.