Twoja wyszukiwarka

KRZYSZTOF SZYMBORSKI
UNABOMBER:WRÓG CYWILIZACJI
Wiedza i Życie nr 1/1998
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 1/1998

W POŁOWIE LISTOPADA 1997 ROKU DR TED KACZYNSKI, MATEMATYK, ZNANY POWSZECHNIE JAKO UNABOMBER, STANĄŁ PRZED SĄDEM OSKARŻONY O ZBRODNIE, ZA KTÓRE GROZI MU KARA ŚMIERCI. CO PRZYNIESIE PROCES? CZY KACZYNSKI UZNANY ZOSTANIE ZA CHOREGO, CZY ZAJMIE SIĘ NIM KAT STANOWY? MANIAK, WARIAT CZY WIZJONER I REWOLUCJONISTA?

15 maja 1985 roku to data, którą John Hauser, obecnie profesor na Colorado University, będzie pamiętał do końca życia. Wtedy pracował nad swym doktoratem na Wydziale Inżynierii Elektrycznej w Berkeley. Jego pasją była astronautyka i marzenie życia było bliskie spełnienia - jako młody kapitan Sił Powietrznych otrzymał właśnie od NASA zaproszenie do konkursu mającego wyłonić nowy zastęp astronautów. Musiał jeszcze dokończyć dysertację. Jego laboratorium w Cory Hall mieściło się w niewielkim pomieszczeniu zastawionym komputerami.

Była akurat pora lunchu i Hauser gawędził z przyjacielem, który wpadł na chwilę. Po jego wyjściu uwagę Hausera zwróciło pozostawione przez kogoś na blacie stołu małe plastykowe pudełko, na którym leżał notes. Nie więcej niż 10 doktorantów miało wstęp do laboratorium. Zastanawiałem się - wspomina po latach Hauser - czy to zostawił Joe, czy Mike? Kiedy podniósł notes, zauważył, że przyczepiony jest gumką-recepturką do rączki na plastykowym pudełku. Rączka połączona była z zapalnikiem bomby...

W następnym ułamku sekundy prawe ramię Hausera zamieniło się w krwawy strzęp. Wybuch urwał mu cztery palce i pozbawił czucia w kciuku; jeden odłamek metalowej rurki wyrwał z ramienia fragment ciała, a drugi utkwił mu w łokciu. Sygnet Akademii Sił Powietrznych, który Hauser nosił na serdecznym palcu prawej dłoni, wbił się w gipsową ścianę. Wraz z dłonią eksplodowało jego marzenie o lotach kosmicznych.

W zamachu na Hausera nie było niczego osobistego. Po prostu miał pecha, że to właśnie on zainteresował się tajemniczym pakunkiem, który leżał na stole od kilku dni. Bomba pozostawiona przez nieznanego zamachowca - jak określili to fachowcy z FBI - była "specyficzna terytorialnie", a nie adresowana do określonej osoby. Jej celem był zamach na instytucję - szkołę wyższą.

Hauser nie był też ani pierwszą, ani ostatnią ofiarą tego samego nieznanego terrorysty; nie był też najbardziej pechową. W końcu, pomimo utraty władzy w prawej ręce, mógł nadal pracować naukowo... W oficjalnym rejestrze FBI eksplozja w Cory Hall była 9 zamachem w serii 16, natomiast Hauser jedną z 23 ofiar okaleczonych przez zamachowca. Trzy straciły życie.

Kiedy w maju 1978 roku pierwsza bomba domowej produkcji, skonstruowana z główek zapałek, znaleziona na parkingu Wydziału Inżynierii Illinois State University w Chicago, eksplodowała w biurze policji uniwersyteckiej Northwestern University (gdzie paczka została skierowana na podstawie adresu zwrotnego, niegroźnie raniąc jednego z oficerów), policja przekonana była, że ma do czynienia z głupim studenckim żartem. Jednak w miarę upływu czasu zamachowiec nieustannie doskonalił swą technikę, był coraz skuteczniejszy i coraz bardziej zabójczy. Po 2 latach i 4 zamachach zaczął się pojawiać w systemie działania terrorysty pewien schemat, który pozwolił FBI połączyć poszczególne przypadki i traktować jako dzieło jednego sprawcy. Adresatami pierwszych 4 bomb były osoby związane bądź z wyższymi uczelniam, bądź też z liniami lotniczymi i FBI nadało całej operacji pseudonim UNABOM (University Airline Bombings). Później krąg ofiar objął osoby związane z przemysłem drzewnym i z komputerami.

Pierwszą śmiertelną ofiarą Unabombera (tym imieniem ochrzczono działającego samotnie terrorystę) był 38-letni Hugh Scrutton, właściciel wypożyczalni komputerów w Sacramento w Kalifornii, który zginął od bomby ukrytej w papierowej torbie, podrzuconej przy śmietniku na tyłach jego sklepu 7 miesięcy po zamachu na Hausera.

Kiedy miejscowa policja rozpoczęła śledztwo w sprawie śmierci Scruttona - pierwszą, typową hipotezą roboczą było podejrzenie, że zmarły miał jakichś wrogów i zamach był wynikiem porachunków osobistych. Nazajutrz po wybuchu w Sacramento pojawili się agenci FBI. Zamiast zająć się życiorysem ofiary, zaczęli starannie przeszukiwać miejsce zbrodni i wkrótce znaleźli to, czego szukali - inicjał FC wygrawerowany na metalowym odłamku. Był to inicjał terrorysty, zawsze pozostawiany na wszystkich jego bombach.

W śledztwo zaangażowano w ciągu ostatnich lat setki oficerów policji na poziomie lokalnym, stanowym i federalnym. Za informacje umożliwiające identyfikację Unabombera wyznaczono nagrodę w wysokości miliona dolarów (wyższą cenę zaoferowano jedynie za ujęcie sprawców katastrofy samolotu PanAm nad Lockerbie). Utworzono specjalną grupę roboczą FBI, zatrudniającą na stałe 30 oficerów, którzy zajmowali się wyłącznie tą sprawą. Sprawdzono tysiące poszlak, przesłuchano setki podejrzanych i dwu świadków. Po kilkunastu latach pracy wywiadowczej policja nie znała nawet motywu przestępstwa i dysponowała jedynie portretem pamięciowym terrorysty, który mógł pasować do dobrych kilku milionów Amerykanów.

Jest to ów słynny portret białego mężczyzny, blondyna, o krótko przystrzyżonych wąsach, wzrostu ponad 180 cm, w ciemnych okularach i wiatrówce z naciągniętym na głowę kapturem.

Wczesnym popołudniem 20 grudnia 1987 roku odpowiadający temu opisowi osobnik pojawił się na tyłach CAAMs, Inc., sklepu komputerowego w Salt Lake City, niosąc pod pachą coś, co wyglądało jak zwykły kawał drewna. Pochylił się i starannie ułożył swój pakunek na parkingu, zwykle zajmowanym przez właściciela sklepu. Pracownica sklepu, siedząca po drugiej stronie szyby, obserwowała go z zaciekawieniem i kiedy mężczyzna wyprostował się, przez chwilę patrzyli na siebie. Nie zdradzając żadnego zdenerwowania, Unabomber powoli odszedł. 45 minut później eksplodująca bomba zraniła właściciela CAAMs w stopę i łydkę.

Unabomber nie był już terrorystą bez twarzy, ale twarz ta pozostała bezimienna. W czerwcu 1993 roku Unabomber dokonał 2 zamachów w odstępie 2 dni. W obu przypadkach bomby przesłał pocztą, a ich adresatami byli znani naukowcy: genetyk Charles Epstein z California University w San Francisco oraz specjalista od języków komputerowych w Yale, David Gelertner. Obaj zostali poważnie ranni, ale przeżyli zamach. Tego samego dnia kiedy bomba raniła Gelertnera, redakcja "New York Timesa" otrzymała list zawierający następujący fragment: Jesteśmy grupą anarchistyczną o nazwie FC. W tym samym mniej więcej czasie, kiedy dotrze do was ten list, nastąpi pewne godne uwagi wydarzenie. Spytajcie FBI o FC. Słyszeli o nas. We właściwym czasie przekażemy wam informacje na temat naszych celów. List zawierał też 9-
-cyfrowy numer identyfikacyjny, zapewniający autentyczność naszych przyszłych komunikatów. Znaczenie skrótu FC nie zostało wyjaśnione ("Freedom Club" czy "Freedom Community"?) i FBI nadal było przekonane, że tajemniczą grupą jest w istocie jedna osoba.

Słynny portret pamięciowy

List do "New York Timesa" stanowił jakby zapowiedź nowej, "publicystycznej" fazy działalności Unabombera. Zanim jednak, w połowie 1995 roku, maszynopis jego słynnego dziś manifestu przesłany został do redakcji tej gazety (a także "Washington Post"), terrorysta dokonał jeszcze 2 - tym razem śmiertelnych - zamachów. W grudniu 1994 roku wskutek wybuchu bomby zginął w swoim domu w New Jersey Thomas Mosser, dyrektor nowojorskiej agencji reklamowej, a w kwietniu następnego roku, w Sacramento w Kalifornii, eksplodująca przesyłka zabiła prezesa Kalifornijskiego Stowarzyszenia Przemysłu Leśnego, Gilberta Murraya. W tym też mniej więcej czasie rozpoczyna się drugi, równie surrealistyczny, etap sprawy. Po 17 latach mordowania i okaleczania, częstokroć przypadkowych i w większości zapewne nieznanych mu ofiar, Unabomber postanowił zostać filozofem społecznym. Jako zwiastun lepszego jutra wskazywał swym oskarżycielskim palcem na prawdziwych wrogów ludzkości: naukę i technikę.

Manifest Unabombera, sążnisty traktat zatytułowany Społeczeństwo przemysłowe i jego przyszłość, trafił do "New York Timesa" i "Washington Post" w czerwcu jako ultimatum: ma zostać w całości opublikowany na łamach jednego z tych dzienników przed upływem 3 miesięcy. W przeciwnym razie mordercza działalność "FC" zostanie wznowiona. Jak świadczy przytoczony fragment tekstu (jeden z 232 starannie ponumerowanych paragrafów), Unabomber nie był osobnikiem pozbawionym realizmu. Tylko groźba śmierci niewinnych ofiar skłonić mogła szacowne redakcje do poważnego potraktowania jego propozycji. Napisany drewnianym i namaszczonym językiem studenckiego wypracowania, maszynopis miał ponad 75 stron i zawierał litanię zwietrzałych już nieco idei, sformułowanych w pseudonaukowym żargonie. Niezależnie jednak od stylu i formatu przedstawionego dzieła, wydawcy gazet mieli także i inny dylemat. Słynną amerykańską wolność prasy, z której autor "poważnego eseju" wyraźnie sobie szydził, traktują oni bardzo serio i nie lubią, kiedy każe im się coś wydrukować.

Zaczęła się więc wśród dziennikarzy wielka debata. No bo, z jednej strony, gdy ogłoszą, to może uratują komuś życie; z drugiej, jeśli raz ogłoszą, to jaką mają gwarancję, że za tydzień 10 innych grafomanów i terrorystów nie przyśle im swoich rękopisów?

W końcu jednak ogłosili, spełniając oficjalną prośbę prokuratora generalnego, pani Janet Reno. Manifest Unabombera "rzucony został na rynek" 19 września, na krótko przed upływem trzymiesięcznego terminu, w postaci specjalnej wkładki do "Washington Post" ("New York Times" pokrył koszta). Nakład został natychmiast wyprzedany.

Nie znaczy to, że treść dokumentu pozostawała przedtem tajemnicą. Obszerne jego fragmenty opublikowane zostały jeszcze w czerwcu, a w lecie agenci FBI jeździli po kraju, dostarczając kompletne kopie około 50 wybranym osobom. Byli to głównie profesorowie historii nauki (skądinąd, moja specjalność), porozrzucani po uniwersytetach leżących na szlaku terrorysty - od Chicago, przez Salt Lake City, do Kalifornii. Według jednej z hipotez śledczych, poszukiwany przestępca - jak sugerowała analiza merytoryczna tekstu - prawdopodobnie zaliczył kiedyś wykłady z tej dyscypliny. Być może, łudzili się wywiadowcy, któryś z profesorów rozpozna w manifeście styl i poglądy swego byłego studenta. Nadzieje ich jednak nie spełniły się. Kilka tropów prowadziło donikąd, a kiedy już idee Unabombera stały się powszechnie znane, efektywność śledztwa została skutecznie zniweczona przez gorliwych obywateli, którzy w ciągu 2 tygodni przekazali do FBI 20 tys. donosów.

Dokładnie tak, jak przewidział Unabomber, esej jego stał się wydawniczym sukcesem. W ciągu kilku dni po publikacji tysiące ludzi - bibliotekarzy, nastolatków, urzędników państwowych i gospodyń domowych - nawiedziło "Washington Post" bądź też zadzwoniło do redakcji w poszukiwaniu egzemplarzy Społeczeństwa przemysłowego. "Time Warner" umieścił tekst w swej witrynie Internetu, gdzie natychmiast zaczęły się zawiązywać grupy dyskusyjne o nazwach takich, jak "alt.fan.unabomber" czy "Kościół Eutanazji". Profesorowie zaczęli zadawać studentom lekturę manifestu jako pracę domową. Jednym słowem, Unabomber znalazł się w intelektualnym establishmencie.

Niektóre z ofiar zamachów

Dowodem na to, że traktat terrorysty potrącił kilka strun, które zarezonowały w pewnych kręgach amerykańskiej inteligencji, są m.in. dwa artykuły, opublikowane w liberalnym tygodniku "The National" i w "Time". W pierwszym z nich Kirkpatrick Sale, autor wcześniejszej książki o antytechnologicznym ruchu luddystów i znany rzecznik ochrony środowiska, który był jednym z wczesnych, wybranych przez FBI czytelników dzieła Unabombera, scharakteryzował je jako wypowiedź racjonalnego i poważnego człowieka, głęboko oddanego swej sprawie, który jego sformułowaniu poświęcił wiele namysłu, pracy i czasu. W przedstawionym przez Sale'a edytorskim skrócie dokument ten wydaje się nawet mieć jakiś sens. Jego centralnym motywem jest idea, że "system przemysłowo-technologiczny", w którym żyjemy, jest społeczną, psychologiczną i środowiskową "katastrofą dla gatunku ludzkiego". (Fakt ten, w oczach przychylnego komentatora, czyni Unabombera bez mała spadkobiercą duchowym Jeana Jacquesa Rousseau i innych proroczych prekursorów współczesnego ruchu ekologicznego). System ten, na skutek swej przytłaczającej złożoności, pozbawił ludzkość wolności, czyli zdolności do kontrolowania okoliczności własnego życia. W konsekwencji, współczesny człowiek spętany jest siecią praw i przepisów i los jego zależy od działań nieznanych mu osób, na których decyzje nie ma on żadnego wpływu.

Cały ten nieludzki i sprzeczny z naturą system zawali się zresztą za około 40 do 100 lat i obowiązkiem świadomych jednostek (takich jak FC) jest przyspieszenie jego rozkładu przez pogłębianie napięć społecznych i destabilizację społeczeństwa przemysłowego. Ta destabilizacja doprowadzi w końcu do antytechnologicznej rewolucji. A potem? Potem będziemy żyli długo i szczęśliwie w małych grupach plemiennych, żywiąc się korzonkami i czerpiąc duchową siłę z bliskiego obcowania z naturą, od której nie będzie już nas dzielić dehumanizująca technika.

Sale, choć znajduje dla generalnej koncepcji Unabombera wiele życzliwych słów, nie uważa wszakże jego traktatu za w pełni zadowalający - gdyby była ta praca jego studenta, oceniłby ją, jak przyznaje, na 3+. Brak jej wewnętrznej spójności logicznej i pozostawia ona wiele nie wyjaśnionych punktów. Dlaczego, na przykład, autor sądzi, że wysyłanie pocztą bomb do nieznanych ludzi przyspieszyć ma nadejście tych nowych, lepszych czasów? Czy przyszła społeczna transformacja ma być (nie daj, Boże) krwawą rewolucją w stylu bolszewickim, czy stopniowym procesem ewolucyjnej przemiany? W sumie, konkluduje Sale, warto rzecz opublikować, choć Unabomber nie omieszkał powołać się, z należytym respektem, na swych znakomitych prekursorów, wśród których Sale wymienia Williama Blale'a, Mary Shelley, Lewisa Mumforda, Jacquesa Ellula i Maxa Webera. Może nigdy o nich nie słyszał?

Kalifornia: tu Unabomber wykładał matematykę...

Nieco inny charakter miał tekst Roberta Wrighta w tygodniku "Time". Autor opublikowanej w 1994 roku znakomitej książki Moral Animal: Why We are the Way We are: The New Science of Evolutionary Psychology, nie próbował dokonać egzegezy Społeczeństwa przemysłowego. Z opublikowanych fragmentów wybrał jeden passus jako motto swego artykułu i ugotował na nim zupę z gwoździa... Wspomniany passus pochodzi z 46 paragrafu manifestu, którego pierwsze słowa brzmią: Społeczne i psychologiczne problemy nowoczesnego społeczeństwa przypisujemy faktowi, że społeczeństwo to zmusza ludzi do życia w warunkach radykalnie odmiennych od tych, w których ludzka rasa rozwinęła się drogą ewolucji i do zachowań sprzecznych ze schematami zachowań, jakie ludzka rasa rozwinęła w owych wcześniejszych warunkach. Jest rzeczą zrozumiałą, że fragment ten zaintrygował Wrighta - mógł on, na dobrą sprawę, być przepisany z jego własnej książki.

Aby lepiej zrozumieć samą ideę "amerykańskiego kryzysu duchowego", dobrze jest zrobić w tym miejscu małą dygresję. Miliony ludzi na wszystkich kontynentach wydają się wciąż zapatrzone w wizerunek Ameryki jako raju na Ziemi, kraju nieograniczonych możliwości, oazy szczęścia oraz wolności. I wielu ryzykuje życie i zdrowie, by dotrzeć do tej Ziemi Obiecanej, maszerując przez pustynie czy przepływając morza na tratwach. Ja sam, jako nowo przybyły, rozumiem dobrze ich fascynację i nadzieje. Ameryka okazała się dla mnie łaskawa. Im dłużej jednak tu mieszkam, tym częściej spotykam ludzi - często mądrych i zamożnych Amerykanów - którym kraj ten jawi się jako przedsionek piekła, podążający coraz szybciej ku skrajowi przepaści. Ten stan duchowej mizerii, szczególnie dotkliwie odczuwany przez wykształcone warstwy społeczeństwa (sam opis ten kondycji wymagałby osobnej książki), jest ewidentnie irracjonalny i wyjaśnienie jego podłoża wymaga sięgnięcia do podświadomości.

Psychoanaliza popadła jednak ostatnio w niełaskę - jak cierpko zauważa Wright we wstępie do swego artykułu; nikt dziś, na przykład, nie wierzy Freudowi na słowo, kiedy ten zapewnia, że nasz przodek żył w "pierwotnej hordzie", pod absolutną władzą autokratycznego samca, aż do dnia, kiedy synowie zbuntowali się, zamordowali go i spożyli jego ciało. W jakiś cudowny sposób akt ten spowodować miał powstanie religii, a także pozostawić w naszych duszach głęboki osad poczucia winy. Dziś, twierdzi Wright, psychoanaliza zastąpiona została przez psychoanalogię ewolucyjną jako klucz do mrocznych zakamarków ludzkiej natury. Może więc Unabomber jest praktykującym psychologiem ewolucyjnym? Kto wie? Są w końcu w tej grupie uczonych i tacy, którzy przewidują, że dyscyplina ta zrodzi wkrótce nową, pokrewną dziedzinę badawczą, zwaną "teorią nieprzystosowania". Badać ona będzie psychologiczne schorzenia, których źródłem jest kontrast między współczesnym światem a pierwotnym środowiskiem naszych praojców. Cokolwiek można o tym ostatnim powiedzieć (choć tak naprawdę nikt nie potrafi go zrekonstruować z pełną wiarygodnością), to jedno jest dla Wrighta pewne - jego mieszkańcy nie cierpieli na społeczną izolację. Separacja od gromady oznaczała szybką śmierć. Nasi przodkowie zapewne rzadko lub nigdy nie cierpieli na depresję, mieli znacznie mniejszą skłonność do samobójstw i nie odczuwali alienacji. Należy też uczciwie dodać, że umierali zwykle w kwiecie wieku.

Jest trochę Unabombera w większości z nas - otwiera Wright swój wywód. - Możemy nie podzielać jego metody ekspresji swego niezadowolenia, ale samo niezadowolenie wydaje się znajome. Istotnie, generalna niechęć wobec nowoczesnej technologii wydaje się szeroko rozpowszechniona wśród tego społeczeństwa, które jest dość szczęśliwe, by na co dzień z niej korzystać. Ta niechęć, wyraźnie obecna w kontrkulturze lat sześćdziesiątych, ale mająca dużo głębsze korzenie, wydaje się dziś, po upadku Związku Radzieckiego, silniejsza niż kiedykolwiek. Istnienie imperium komunistycznego było (choć może trudno w to uwierzyć) dla wielu Amerykanów źródłem nadziei na jakąś realną alternatywę dla "bezdusznego" kapitalizmu. Dla innych komunizm był śmiertelnym wrogiem, walka z którym nadawała ich życiu sens. Upadek komunizmu spowodował uczucie pustki po obu stronach ideologicznej barykady i dziś coraz częściej słyszy się opinię, że prawdziwa linia podziału przebiega gdzie indziej - komunizm i kapitalizm właściwie mało się różniły, bo obie ideologie popierają postęp technologiczny. Przyszła bitwa rozegra się między zwolennikami technologii a obrońcami natury. Jest jedno pytanie, na które na razie brak odpowiedzi: co to jest natura?

Na taką to intelektualną glebę padła ostatnia (tym razem ideologiczna) bomba terrorysty, wystawiając wielu, skądinąd niegłupich, ludzi na nieprzepartą pokusę romantycznej interpretacji pospolitej zbrodni. W całym zamęcie przytomność i racjonalny osąd zachowała tylko policja. Kilka tygodni po opublikowaniu dzieła Unabombera i przeanalizowaniu wszystkich posiadanych informacji FBI doszło do następujących wniosków. Rzekoma ideologiczna motywacja jego terrorystycznych aktów jest nieprzekonywająca. Unabomber prawdopodobnie nigdy nie studiował historii nauki bądź matematyki, jak poprzednio sądzono. Esej jego autorstwa zawiera mało znamion intelektualnej oryginalności. Terrorysta jest człowiekiem zdradzającym cechy osobowości typowe dla innych seryjnych morderców. Jest obsesyjnie metodyczny, co można wywnioskować ze sposobu konstruowania bomby; przypuszczalnie to samotnik o niskim poczuciu własnej wartości. Jeśli mieszka w twoim sąsiedztwie, to prawdopodobnie jego zachowanie nie budzi żadnych podejrzeń. Seryjni zabójcy są często idealnymi sąsiadami. Jak widać, wnioski FBI okazały się już po raz kolejny mocno uproszczone...

Osoby dramatu (od lewej): obrońca, sędzia, brat Unabombera

Dlaczego działał ponad 16 lat, zanim postanowił wyjaśnić swe rzekome motywy? Istnieje na ten temat kilka hipotez. Jedna, generalna, głosi, że patologiczni zbrodniarze o opisanym typie osobowości angażują się w swą działalność jak w grę, w której ciągle podnosi się stawka. Unabomber nie tylko udoskonalał swą coraz bardziej zabójczą technikę, ale zaczął poszukiwać dodatkowej ekscytacji, prowokując organa ścigania swymi listami, które - jak dobrze wiedział - mogą zawierać informacje zwiększające prawdopodobieństwo jego ujęcia. Druga hipoteza jest bardziej specyficzna. Wszyscy jesteśmy próżni i Unabomber musiał czerpać pewien rodzaj perwersyjnej dumy z faktu, że przez lata był "wrogiem publicznym nr 1", najbardziej poszukiwanym przestępcą w Ameryce, za głowę którego wyznaczono milionową nagrodę. Ta jego pozycja (jak twierdzą ewolucyjni psychologowie, wszyscy jesteśmy wrażliwi na status społeczny) została zagrożona 19 kwietnia 1995 roku, kiedy eksplodująca w Oklahoma City ciężarówka, wypełniona materiałami wybuchowymi, zniszczyła budynek federalny, zabijając 168 osób. Unabomber musiał ustąpić swe miejsce Timowi McVeigh. I wtedy, zapewne, postanowił przypomnieć się szerokiej publiczności. 24 kwietnia 1995 roku w Sacramento, w Kalifornii, ginie od wybuchu bomby Gilbert Murray, prezes Kalifornijskiego Stowarzyszenia Przemysłu Leśnego. Przesłana pocztą paczka była adresowana do osoby poprzednio zajmującej jego biuro...

Ilustracje: Internet

Dr KRZYSZTOF SZYMBORSKI jest wykładowcą w Skidmore College w Saratoga Springs w stanie Nowy Jork.