Twoja wyszukiwarka

X.RUT
DYMY NAD KALIMANTANEM
Wiedza i Życie nr 1/1998
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 1/1998

Na początku był ptak. Albo wiatr. Który przyniósł nasienie. Z którego wyrosło drzewo. Wielkie, rozłożyste. Najpierw rosło wśród gruzów. Potem rosło na budowie. Teraz rośnie na ulicy. (Takie są dzieje najnowsze mojej dzielnicy.) Ulica była brukowana, co tu ukrywać, kocimi łbami. W cieniu drzewa szpary między kamieniami zarastał mech. Wzdłuż jezdni ciągnęły się nieporządne trawniki. Deszcze omywały bruk, deszczówka wsiąkała w trawniki i szpary, jej nadmiar porządnym rynsztokiem spływał do studzienki. Drzewo miało co pić. Dwa czy trzy lata temu ulicę wyasfaltowali, chodniki szczelnie pokryli betonowymi płytami. Drzewu zostawili kawałek klepiska, tuż przy pniu, tyle co na grób. Klepisko jest zawsze suche: gęste poszycie z liści nie przepuszcza więcej niż kilka kropli. Studzienkę ocembrowali na nowo, wystaje teraz z asfaltu na kilka centymetrów. Jak leje, na asfalcie stoi kilkucentymetrowa warstwa wody, jak wyparuje - jest sucho. Bałem się, że drzewo uschnie. Widocznie sięgnęło jednak korzeniami jakichś wycieków z kanałów albo rur wodociągowych (innej wody podskórnej tu nie ma!), bo żyje nadal, cieszy moje oczy i daje schronienie prawdziwym ptakom, które cieszą mój słuch. Za jakiś czas, gdy staniemy się jeszcze zamożniejsi albo gdy ktoś ważny rozwali zawieszenie swej limuzyny na wystającej studzience, naprawią kanał i uszczelnią rury. Mój jesion uschnie. Posadzą wtedy jakąś lichą topolę, co to szybko rośnie i strasznie śmieci. To będzie postęp.

Na południu stanu Colorado, w parku narodowym Mesa Verde, można oglądać ruiny Cliff Palace, domu-wioski, w którym mieszkali niegdyś Indianie Anasazi. Wspaniała to była budowla. Doliczono się w niej 217 pomieszczeń "zwykłych" i 23 komnat ceremonialnych; zamieszkiwało w niej ponad 200 osób. Indianie żywili się orzeszkami pinii, jagodami jałowca, żołędziami lokalnych dębów, uprawiali kukurydzę, fasolę i dynie, wyrabiali przepiękną czarno-białą ceramikę. Kres cywilizowanej egzystencji tego pueblo (notabene wielce denerwujący jest zwyczaj stosowania hiszpańskiej terminologii w odniesieniu do cywilizacji prekolumbijskiej) położyła długotrwała susza w drugiej połowie XIII wieku. Wyschnięte cysterny nigdy już nie napełniły się wodą, ludność rozproszyła się, nastąpił koniec pewnego mikroświata. Historię tę opowiedział mi znajomy archeoantropolog, Amerykanin japońskiego pochodzenia. I dodał, że my, tj. ludzie, niczego nie uczymy się z naszej przeszłości. Na dowód czego wskazał dwie metropolie, Phoenix i Tucson, położone w sercu pustynnej Arizony, czerpiące całą wodę z nieodnawialnych, prehistorycznych zasobów podziemnych.

W starym porcie Dżakarty cumują wzdłuż nabrzeża żaglowce o liniach i takielunku żywcem z czasów Conrada; mają wprawdzie obowiązkowe silniki do manewrowania w porcie, ale nie widziałem, by którykolwiek się nim posłużył. Po trapach z dwu desek bezustannie krążą półnadzy tragarze, znosząc na ląd przywieziony towar: cudownie aromatyczne belki szlachetnego drewna z drzew wyciętych na sąsiednich wyspach, kosze owoców i jarzyn, klatki z drobiem, czasem nawet z prosiakiem. Ale głównie drewno, którego mnóstwo potrzebuje gwałtownie rozbudowujące się miasto, gdzie ściany nowych domów wylewa się co prawda z betonu, ale mieszkania - wykłada rzeźbioną boazerią i urządza meblami z litego drewna. Jako się rzekło, w tym porcie kapitan Conrad czułby się swojsko.

Ale zdziwiłby się, a może i przeląkł, gdyby pożeglował w stronę Kalimantanu, w jego czasach zwanego Borneo. Już nad Sumatrą i nad Półwyspem Malajskim niebo zasnute jest rdzawoburymi chmurami, które nad zachodnim Kalimantanem opadają do samej ziemi, stają się wszędobylską mgłą, załzawiającą oczy, wywołującą ostry, bolesny kaszel. To płoną lasy. W porze suchej zawsze było tu trochę dymów. Od wieków rolnicy palili słomę ryżową, żeby użyźnić glebę. I zawsze było trochę naturalnych pożarów lasu. Przychodziła pora deszczowa, pożary gasły, popioły wiązały się z podłożem, powietrze czyściło.

Teraz większość pożarów lasów wywołują celowo ludzie. Wypalają bezużyteczną dżunglę, by sadzić plantacje palm olejowych i szybko rosnących drzew na pulpę papierniczą. 70 mln ludzi zamieszkujących Sumatrę, Borneo i Półwysep Malajski rzadko ogląda słońce, które dzieci malują już jako czerwoną plamę przeciętą ciemnymi smugami, bo tak ono wygląda w "pogodne" dni. Na dobitkę, pora deszczowa w tym roku się spóźniła. Wszechwładne dla klimatu strefy zwrotnikowej naszej półkuli El Niño spowodowało opóźnienie monsunów co najmniej o miesiąc, może dwa. O tyle dłużej ludzie się krztusili, lotniska były zamknięte, a szkoły odwołały zajęcia sportowe. Przybyło za to trochę więcej niż zaplanowano terenów plantacyjnych. Ubyło trochę więcej lasu. (Ciekawe, czy suszę, która położyła kres Cliff Pueblo, też spowodowało El Niño?)

W ciągu ostatnich 30 lat Azja straciła połowę swoich lasów, a z nią setki gatunków zwierząt i roślin; pula genetyczna Ziemi poniosła niepowetowane straty. Czy warto się martwić, że zginęły jakieś tam chrząszcze, czy tysiąc dwudziesty siódmy rodzaj storczyka? Kłopot polega na tym, że nie wiemy na pewno. Przy całej naszej wiedzy, strasznie mało wiemy o wzajemnych zależnościach między gatunkami. To zaś, co wiemy, jest zdumiewająco niekompletne.

Wirus HIV prawdopodobnie przeszedł z małp na człowieka. Choroba wściekłych krów w niejasny sposób przenosi się z owiec na krowy, a z nich na człowieka. Potworny wirus Ebola od czasu do czasu atakuje ludzi i nie wiadomo dlaczego nagle przestaje. Co się z nim dzieje w długich (na szczęście!) okresach "spokoju"? Czy mordercze ataki na ludzi nie są przypadkiem spowodowane zakłóceniem jego zwyczajnego bytowania, chwilowym brakiem "gospodarza"? Co się stanie, gdy przy okazji jakiejś szczytnej misji cywilizacyjnej na dobre wytępimy tych gospodarzy? Syfilis leczono niegdyś, zarażając chorych malarią (za tę terapię przyznano Nobla!). Niedawno zauważono, że cierpiący na niedokrwistość sierpowatą nie zapadają na malarię, co tłumaczy wiele tajemniczych zjawisk epidemiologicznych, ale wiele pozostaje nadal tajemnicą. Kto wie, jakie powiązania występują między gatunkami, które mimochodem tępimy, a naszym zdrowiem, ba, samą naszą egzystencją?

To prawda, że głupiemu szczęście sprzyja, że jak dotąd bardzo wiele ciężkich wykroczeń przeciw naturze uszło nam płazem. W końcu Europę ogołociliśmy z wielkich borów i puszcz praktycznie bezkarnie, wiele gatunków zwierząt, nie mówiąc już o roślinach, wytępiliśmy, nie wywołując kataklizmu. Ale, o czym wie każdy hazardzista, im dłuższe pasmo powodzeń, tym prawdopodobniejszy jego kres, tym okrutniejszy, im wyżej podnosimy stawkę po każdym powodzeniu. Tragedia polega na tym, że owocami dotychczasowych wygranych podzieliliśmy się nadzwyczaj niesprawiedliwie i nieprzewidująco.

Pisałem już o tym w tych felietonach, że - w pierwszym przybliżeniu - miarą dobrobytu jest ilość zużywanej energii: w jedzeniu, opale (klimatyzacji), transporcie, dobrach konsumpcyjnych, usługach, lecznictwie itd. Ciągle tak jest, że 1/6 ludzkości zużywa 5/6 wytwarzanej na świecie energii. Drogę do poprawy losu pokrzywdzonych wskazujemy jedną: intensywniejszy udział w globalnej gospodarce rynkowej. Aby skorzystać z tej drogi, trzeba mieć co sprzedawać. Sprzedaje się więc szlachetne gatunki drewna, choć nie znamy skutecznej metody odnawiania ich zasobów, nawet gdybyśmy dysponowali niezbędnym czasem. Aby mieć co sprzedawać, sadzi się lasy eukaliptusowe, bo przyrost masy jest w nich najszybszy; wiszące nad nimi w każdy upalny dzień chmury oparów związków eterycznych może zapalić byle iskra, byle piorun uderzający, zanim opad burzowy oczyści powietrze. Aby mieć co sprzedawać, rolnicy Kalimantanu i Sumatry wypalają dżunglę i sadzą plantacje palm olejowych. A chłopi kolumbijscy (i nie tylko!) zasiewają pola rośliną o pięknej łacińskiej nazwie papaver somniferum i równie pięknych, choć nietrwałych kwiatach. Żadna inna uprawa nie przynosi im takiego zysku.

I właściwie jakim prawem chcemy im tego zabronić? Przecież najściślej trzymają się wskazanej im drogi poprawy warunków bytowania: intensyfikują swój udział w globalnym rynku! Że co, proszę? Że to nieładnie wobec naszych dzieci trujących się narkotykami? Przepraszam bardzo, a jaką drogą doszliśmy do tego, że 1/6 ludzkości pochłania 5/6 wytwarzanych dóbr? A wojny opiumowe o co się toczyły?

Wydaje się, że wybór jest tylko taki: albo pogodzimy się tym, że spóźnieni w kolejce do energetycznego żłobu poprawią swój byt tą samą drogą, którą przebyli pionierzy i wtedy wszyscy będziemy znosili plagi, jakie na nas ześle gwałcona przyroda, albo pionierzy zużyją pokaźną część zawłaszczonego dobra na ostrożną poprawę egzystencji reszty ludzkości i wtedy może (ale tylko może) uda się zachować gatunek homo sapiens sapiens w jakiej-takiej kondycji na przyszłe tysiąclecia.

Rys. Dariusz Szwed