Twoja wyszukiwarka

STEFAN BRATKOWSKI
WBREW ZASADOM
Wiedza i Życie nr 3/1998
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 3/1998

FRANCJA W DRUGIEJ POŁOWIE XIX WIEKU NIE PILNOWAŁA SIĘ ŻADNYCH ZASAD, JAKIE JEJ PRZEPISYWALI - SŁUSZNIE! - ÓWCZEŚNI, ZAPATRZENI W MODEL ANGIELSKI, EKONOMIŚCI I JESZCZE BARDZIEJ OD NICH WYMAGAJĄCY HISTORYCY GOSPODARKI W STO LAT PÓŹNIEJ. BARWNE DZIEJE FRANCUSKICH PORAŻEK, AFER I SKANDALI POWINIEN ZAMYKAĆ PRZYKŁADNY UPADEK, TYMCZASEM FRANCJA BOGACIŁA SIĘ I POTĘŻNIAŁA...

Tak, Francja powinna była upaść. Wszystkie fakty za tym przemawiały. Idea braci Pereirów, twórców Crédit Mobilier, banku finansującego wzorem banków angielskich rozwój przemysłowy, zwyciężała wszędzie, dała napęd istnej eksplozji przemysłowej Niemiec, ale we Francji Crédit Mobilier zbankrutował. Cesarstwo Napoleona III, władcy lepiej rozumiejącego pieniądz niż Bismarck, załamało się pod uderzeniami potęgi pruskiej. Po klęsce militarnej Francja musiała zapłacić Prusom gigantyczną kontrybucję, której żaden kraj by nie wytrzymał. Samo państwo francuskie doznało w stolicy krwawego buntu własnych poddanych, zorganizowanych w utopijną, ale okrutną Komunę Paryską. Republikę rozkładały potem nie kończące się, kompromitujące sam ustrój kłótnie ugrupowań politycznych, niezdolnych do zrobienia czegokolwiek razem. Skandale korupcyjne wstrząsały posadami władzy. Ba, to nawet, co się udało, co było triumfem przedsiębiorczości francuskiej, jak budowa Kanału Sueskiego, przynosiło dochody komu innemu, bo kanał trafił w ręce angielskie. Wszystko prawie, jak się okaże, było nie tak, jak być powinno, a mimo to Francja przystąpiła do pierwszej wojny światowej jako mocarstwo światowe i - wsparta przez pozostałych aliantów - wygrała ją.

Jak, być może, Czytelnicy pamiętają, Crédit Foncier de France, pierwszy w Europie ogólnokrajowy bank hipoteczny, założono przy poparciu cesarza Napoleona III dzięki inicjatywie polskiego ekonomisty, Ludwika Wołowskiego, dobrze obeznanego z osiągnięciami Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego. Crédit Foncier miał swoimi długoterminowymi kredytami unowocześniać francuskie rolnictwo. Jego listy zastawne, czyli swoiste obligacje, zabezpieczone majątkiem i dochodami kredytobiorców, powinny były osiągać na giełdach europejskich wysokie ceny, można więc było udzielać kredytów, dając chętnym same nawet listy zastawne do zyskownego spieniężenia na giełdach.

Autor znakomitego studium porównawczego dziejów gospodarki brytyjskiej i francuskiej lat 1850-1950, cytowany tu już Charles Kindleberger, informował, za swoimi francuskimi kolegami, że kredyt hipoteczny powierzono Crédit Foncier dopiero w roku 1868, ale to nieporozumienie. Już w roku 1860 przyszło utworzyć na analogicznych zasadach odrębny Crédit Agricole, Kredyt Rolniczy. Crédit Foncier bowiem, nie znalazłszy klientów pośród wielkich właścicieli ziemskich Francji, zajął się kredytowaniem... przebudowy i rozbudowy miast, tudzież handlem nieruchomościami; z 480 mln franków jego kredytów hipotecznych w latach 1865-1869 400 mln poszło na sam Paryż, przebudowywany przez słynnego burzyciela staroci, barona Haussmanna. Innymi słowy, nowy Paryż Haussmanna rodził się głównie dzięki Crédit Foncier. A dla swych nadmiarów gotówki Crédit Foncier rychło wyszukał sobie nową specjalność kredytową - pożyczki zagraniczne.

Co zabawne, Crédit Agricole też nie znalazł klientów na wsi. Miał finansować meliorację gruntów. Ale do roku 1870 rolnicy francuscy wzięli odeń na ten cel zaledwie 1.1 mln kredytów, choć też wypłacał pożyczane sumy w swoich listach zastawnych; pożyczkobiorca, sprzedawszy je na giełdzie za cenę wyższą od nominału, dostawał praktycznie w gotówce np. w roku 1873 o 15% więcej! Crédit Agricole dysponował na potrzeby swoich wiejskich klientów aż stoma milionami franków i też musiał coś zrobić ze swoimi pieniędzmi, lokował je więc, jak i Crédit Foncier, w... obligacjach wicekróla Egiptu.

Rok 1873 dla Niemiec i Austrii na zawsze pozostał datą na poły tragiczną, datą wielkiego przesilenia giełdowego, datą katastrofy grynderów niemieckich.

Dla Francji rok 1873 oznaczał koniec spłaty kontrybucji; wycofała się też i reszta garnizonów niemieckich. Nie tylko nie doszło do żadnego załamania, ale przeciwnie, ten rok otworzył epokę prosperity. Bałagan polityczny w niczym jej nie przeszkadzał.

Czy Francuzi tak wspaniale gospodarowali? Bynajmniej. Ich kasy oszczędności, jak już wiemy, były zaprzeczeniem wszystkiego, co stworzyło potęgę warstwy średniej w Anglii czy też w Niemczech. Nie pożyczały swoim współobywatelom, drobnym przedsiębiorcom czy też rolnikom; pożyczały państwu lub swoim miastom. Ale i sami obywatele chętnie pożyczali państwu - państwu, które, przyznać trzeba, nigdy ich już po lekcji krachu roku 1848 jako dłużnik nie zawiodło. W roku 1871 subskrybowali pożyczkę, którą na pokrycie kontrybucji wojennej rozpisał Adolf Thiers, pierwszy premier republiki, stary "okrutny karzeł" w okularach, pogromca Komuny, świetny mówca i świetny administrator; tę pożyczkę subskrybowali jako patrioci. Ale hasło Thiersa Wolność, Równość, Porządek, Oszczędność urobiło zaufanie do państwa, więc potem kupowali papiery państwowe jako dobrą lokatę.

Ówcześni pisarze i publicyści celnie punktowali różnice między Anglikami i Francuzami. Anglicy dorabiali się, żeby inwestować i rozwijać swoje interesy, Francuzi - żeby kupić niezawodne, wysoce rentowne i pewne papiery wartościowe, godne miana "valeur de père de famille", walorów ojca rodziny - obligacje państwowe, francuskie i zagraniczne, akcje solidnych przedsiębiorstw. Francuski kupiec, fabrykant czy rzemieślnik marzył, by po pięćdziesiątce uwolnić się od pracy i żyć z "renty", czyli ze swych lokat, z obcinania kuponów (w znaczeniu dosłownym, bo kolejne wypłaty otrzymywało się, odciąwszy kolejny kupon od danego papieru wartościowego). Ideałem stał się rentier.

Ideał taki powinien był Francję stale ubożyć. Tymczasem Francji nigdy nie brakowało pieniędzy. Z czego je brała? A właśnie...

Większość historyków francuskiej gospodarki marginalizuje ich główne źródło, jakby wstydliwe, nie mieszczące się w żadnym porządnym, teoretycznym modelu wzrostu. Były nim francuskie winnice. Winorośl krzewiła się wszędzie poza chłodniejszym, północnym pasem Francji, cały zaś cywilizowany świat kupował i lubował się we francuskich winach, koniakach i likierach; ani Grecja, ledwo wyzwolona spod panowania Turków, ani zacofana Hiszpania, ani zjednoczone dopiero Włochy nie mogły liczyć na konkurencyjność. Winnice francuskie obradzały więc dochodami stale, rok po roku; półtora hektara gruntów dla produkcji szampana, a dziesięć hektarów dla produkcji najzwyklejszego, nierocznikowego wina, starczało na dostatek rodziny, żyło z tego kilka milionów Francuzów! Francuscy chłopi zapożyczali się, czasem na iście lichwiarski, zdzierczy procent, głównie u miejscowych notariuszy, ale tylko na zakup ziemi; swoje z kolei oszczędności lokowali w jakichś rentownych papierach albo trzymali w domu, w złocie; banki przyciągały do siebie pieniądze większych właścicieli.

Żadna klęska państwowa, rewolucja czy zaburzenia rynkowe nie mogły zatkać tego źródła tryskającego pieniędzmi. Gwałtowny rozwój komunikacji kolejowej znakomicie powiększył przewozy, a tym samym obroty i popyt. Jedynym naprawdę groźnym wrogiem Francji stał się pewien maleńki owad, żerujący na liściach i korzeniach winorośli. Była to niespełna półtoramilimetrowa mszyca, zawleczona z Ameryki do Europy w latach sześćdziesiątych XIX wieku, zwana przez polską entomologię "wińcem", Europie znana jako "filoksera" (sucholub), którą to nazwę historycy gospodarki przekręcają często niemiłosiernie. Składając jaja raz do roku, mnożyła się dalej przez dzieworództwo aż do kilku w ciągu roku pokoleń; w byłym ZSRR, gdzie wszystko było rekordowe, nawet do ośmiu! Francję naszła po roku 1875 i nękała długo; w latach dziewięćdziesiątych lokalne banki południa kraju padły w walce z nią pospołu z chłopami, ziemię wykupywali tam wielcy przemysłowcy, wspierani przez wielkie banki, by sadzić szczepy gorsze, ale odporne...

Jeżeli można było serio mówić o Wielkiej Depresji w ciągu dwudziestu lat po roku 1875, to doprawdy nie we Francji; spadła produkcja win, koniaków i likierów, ale złotodajne źródło biło nadal - przy mniejszej podaży rosły wszak ceny. Francuskie wstrząsy finansowe, jak się przekonamy za miesiąc, nie miały z winem nic wspólnego.

I współcześni, i historycy przypisywali złowrogą rolę we francuskiej gospodarce Bankowi Francji, zwanemu popularnie "Bankiem", założonemu jeszcze w roku 1800. W roku 1803 otrzymał on wyłączne prawo emisji banknotów. Banque de France nie był to wszakże bank centralny, jak Bank Angielski. Tej roli "gubernatorowie" Banku nie nauczyli się aż do końca wieku. Dla nich był, ot, największym bankiem handlowym; stąd też ograniczali, zdaniem historyków, konkurencję i starali się ją niszczyć.

Zapewne odnosili się do "konkurencji" naprawdę wrogo; ale, jak dowiodła katastrofa Crédit Mobilier, nie wywołali jej ani Bank, ani Rotszyldowie. Jako bank handlowy też nie błyszczał. Pierwsze swoje prowincjonalne oddziały zakładał dopiero w roku 1835 - obok istniejących i powstających samodzielnych banków, zwanych wtedy skromnie, przez grzeczność, "kasami" (caisse) lub "kantorami" (comptoir); przedtem wolał unikać operacji, które, zdaniem Kuliszera, przy braku szybkiej komunikacji mogły oznaczać ryzyko pomyłki. Ale Francja miała doskonałe drogi bite i bardzo sprawną pocztę konną, mimo rozległości państwa w ciągu doby można było przesłać wiadomość do każdego punktu sieci drogowej; Bank więc raczej po prostu nie umiał. Czy też nie chciał umieć i umieć nie musiał. To nieporadność znamienna: clearingu, czyli umiejętności bezgotówkowego kompensowania, rozliczania, tysięcy weksli i przekazów, którą Anglia rozwinęła już w XVIII wieku, Francja nigdy właściwie nie opanowała. Nie musiała.

Przeciwdziałać powstawaniu nowych banków Bank Francji nie mógł. Kiedy w roku 1848 padły największe z nich, stało się to bez jakichkolwiek jego machinacji, pozostałe zaś - rzecz w Anglii już nie do pomyślenia - wchłonął, bo nie potrafiły się już same utrzymać na powierzchni. Zdaniem historyków, sterował w praktyce ruchem kredytowym we Francji. Ja tego nie zauważyłem. Znacznie większą rolę odgrywało w tym samo państwo, dzięki ogromnym wpływom z podatków. To ono wzięło na siebie gwarancje dla obligacji kolejowych w roku 1852; Bank dopiero w pięć lat później podjął ich dyskontowanie (czyli kupował je przed upływem terminu, potrącając sobie procent wedle stopy dyskonta) - mając zresztą pewność, że nic nie straci.

Uważa się, iż pierwszy w Europie państwowy plan robót publicznych obmyślił w roku 1879 minister Charles de Saulses Freycinet, inżynier naturalnie. Oczywiście - wychowanek saintsimonistów. My wiemy wszelako, że wódz saintsimonistów, Prosper Enfantin, propagował takie plany znacznie wcześniej, a w końcu lat czterdziestych Legrand, szef Korpusu Dróg i Mostów, przedstawił cały program budowy sieci kolejowej, wspieranej ze środków państwowych. Państwowy program robót publicznych Freycineta wymusiła nieczynność kredytowa banków francuskich. Ta sama, co za czasów Jacquesa Lafitte'a pół wieku wcześniej.

Powstały w roku 1849, po klęsce banków w trakcie Wiosny Ludów, Comptoir d'Escompte ograniczył się do dyskonta weksli; kredytem nie zajmował się w ogóle. W latach sześćdziesiątych rozwinął operacje na cały świat, by pomóc francuskiemu handlowi zagranicznemu w epoce, którą otworzyła umowa Francji z Anglią o wolnym handlu. Do tej pory zamorski import i eksport francuski obsługiwały w całości swoim dyskontem i trasowaniem weksli banki angielskie; teraz kupca francuskiego wspomagały swoimi środkami powiązane z lokalnymi bankami oddziały Comptoir d'Escompte. Równie dobrze na Karaibach, jak w Indiach, a także - jako Bank Francuski, French Bank - w Chinach i Japonii. Nie wyrugował całkowicie Anglików z tych usług, ale przynajmniej został najpoważniejszym z banków Francji. W kłopoty popadnie później.

W roku 1859, też pod auspicjami Napoleona III, powstało, z myślą o konkurencji z Crédit Mobilier, Société Générale de Crédit Industriel et Commercial, Ogólne Towarzystwo Kredytu Przemysłowego i Handlowego. Ale, wbrew opinii nieocenionego Kuliszera, to nie ono wymyśliło przyciąganie depozytów po to, by finansować udzielanie kredytów; to właśnie wymyślili Pereirowie. Wedle Kindlebergera, Société Générale przyczyniło się do narodzin wielkich paryskich domów towarowych, m.in. Printemps i galerii Lafayette. Ale mając na swoich półkach historię tych magazynów, wiem, że Printemps założył były pracownik pierwszego wielkiego magazynu, Bon Marché, ambitny Jules Jaluzot, dzięki posagowi żony, a Lafayette powstał dopiero w latach dziewięćdziesiątych. Société Générale zaś bardzo prędko zajęło się spekulacją giełdową, przedkładając ją nad rolę "banku przedsiębiorczości". Przez kilkanaście lat wszystko szło dobrze, emisja i sprzedaż zagranicznych obligacji przynosiły wysokie zyski - dopóki w roku 1877 nie zbankrutowało Peru. Wyczerpały się tam złoża guana, naturalnego nawozu, produkowanego przez miliony przybrzeżnego ptactwa Pacyfiku; ptaszki przestały pracować dla Peru i Société Générale, co doprowadziło bank do skraju katastrofy. Usunięto wprawdzie zarząd banku, ale nowym szefom odbudowa dawnej pozycji zabrała lata.

W Lyonie, w roku 1863, uczniowie saintsimonistów, w tym i sami saintsimoniści, obojga wyznań, i katolicy, i protestanci, założyli Crédit Lyonnais bez udziału Paryża. Lyon i jego okolice były najbardziej rozwiniętym przemysłowo rejonem ówczesnej Francji, połączonym Enfantinowską linią kolejową z Paryżem i Marsylią, kipiącym energią i przedsiębiorczością. Gotówki tu nie brakowało i nikt nie bał się lokowania swych pieniędzy w bankach.

Twórcy Crédit Lyonnais zaczęli jednak... zbyt ambitnie, umiejąc niewiele. Stracili już na lokalnej linii kolejowej, potem na spółce gazowej w Hiszpanii, a presją na szybkie zyski położyli najcenniejszą ze swych inicjatyw - spółkę chemiczną Fuchsine. Miała ona eksploatować jeden z pierwszych patentów na technologię produkcji sztucznego barwnika, w tym przypadku - fuksyny. Emanuel Verguin opracował ją w roku 1859, w trzy lata po narodzinach pierwszego sztucznego barwnika w laboratorium Anglika Williama Perkina, ojca przemysłu anilinowego, ale fuksyna była więcej warta handlowo od jego fioletowej moweiny, bo dawała kolor czerwony (stąd i nazwa, od barwy kwiatu fuksji), bardziej poszukiwany. Tę żyłę złota Henri Germain, prezes i główny współtwórca Crédit Lyonnais, wraz ze swymi kolegami zadeptali własną niecierpliwością.

Tak to Crédit Lyonnais rozczarował się do kredytowania działalności przemysłowej. Zresztą i rodzinne firmy, dominujące we Francji, nie kwapiły się do brania kredytów; bały się, nie bezzasadnie, że banki będą wtrącały się w zarządzanie przedsiębiorstwem. Crédit Lyonnais obsługiwał więc tylko rachunki bieżące swoich partnerów z Lyonu i pobliskiego zagłębia węglowo-stalowego St. Étienne. Porzuciwszy "l'entreprises", przedsiębiorstwa, skoncentrował się na "les grosses affaires", wielkich interesach. Już w 1865 roku otworzył oddział w Paryżu, a w 1866 roku pożyczał zagranicy. Wszyscy teraz wiedzieli, że kredytowanie "inżynierów" się nie opłaca, mimo entuzjazmu powieści Juliusza Verne'a; Alfons Rotszyld powie później, że są trzy drogi do ruiny - hazard, kobiety i inżynierowie, zaś ci ostatni są najpewniejszą.

Pierwsza żona Henriego Germaina, córka liońskiego fabrykanta jedwabiu, zmarła w roku 1867. W dwa lata później Germain ożenił się z paryską damą, przeniósł na stałe do Paryża i tegoż roku 1869 przekształcił Crédit Lyonnais całkowicie w "bank interesów". Gospodarował tylko lepiej niż Société Générale; biorąc przykład z Rotszyldów, dobrze rozpoznawał zagranicznych partnerów, nie angażował się w nadmiernie ryzykowne operacje, zyski wypłacał tylko od zwykłych operacji, a zyski nadzwyczajne lokował w rezerwach, których gromadzenia pilnował.

Charles Kindleberger podaje za Rondem Cameronem, badaczem francuskiego eksportu kapitału, że w roku 1850 zagraniczne lokaty francuskie sięgały 2 mld franków, a w ciągu następnych 20 lat urosły do 14 mld. Dawały kilka, do 11% rocznie. Ponad miliard franków za nic.

Nie brakowało więc Francji środków i kredyty pozostawały tanie. Tylko nikt ich nie brał. Przemysł francuski rozwijał się bez banków i mimo nich.

Ryc. Julian Bohdanowicz