Twoja wyszukiwarka

X.RUT
CZYM SKORUPKA
Wiedza i Życie nr 3/1998
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 3/1998

W słotny, październikowy dzień spotkałem Pana S. O spacerze nie było mowy, schroniliśmy się do pobliskiej kawiarni. Do kawy chciałem zamówić coś na rozgrzewkę, ale Pan S., mrugając do mnie porozumiewawczo, zaprotestował. Kiedy zaspana kelnerka przyniosła nam wreszcie dwie porcje ciepłego, burego wywaru i oddaliła się w nieznane, Pan S. wyciągnął zza pazuchy płaską, metalową maniereczkę i uzupełnił zawartość filiżanek bursztynowym płynem. Dobra, powiedział, prosto z gorzelni. Wywnioskowałem z tego, że lato spędził na Wyspie, zapewne jako gość Kolegium Św. Jana, gdzie się zazwyczaj zatrzymuje, prowadząc zajęcia w Cambridge. Pod pretekstem wykładów w zacnych szkołach Północy robi wtedy częste wypady za mur Hadriana i odwiedza różne znane i mniej znane gleny, zawsze jednak ozdobione połyskującymi miedzianymi kotłami gorzelnianymi. Spytałem więc, czując się do tego niemalże zobowiązany: No i co dobrego słychać w Albionie?

A słychać, słychać - powiedział Pan S. - tyle że nie nazwałbym tego dobrym. Raczej ciekawym. Wyspiarze popadli w ckliwy sentymentalizm połączony z samouwielbieniem. Tego ostatniego nigdy im zresztą nie brakowało, ale połączenie jest zgoła nowe i wcale pocieszne. Od pamiętnej nocy z 1 na 2 maja, kiedy to ekrany telewizorów wypełniła czerwień zwycięstwa laburzystów nad błękitem torysów, nie przestają się cieszyć, że dzielny szewczyk Skuba wysadził w powietrze smoka. Nic to, że smok był wyleniały i niezbyt groźny, a szewczyk - niezbyt mądry. Ale za to jaki przystojny! I jaką ma miłą żonę! Od 1 maja wszystko im się wydaje bajecznie dobre i do śloz wzruszające. Po latach zmuszania do ciężkiej pracy i okrutnego nieraz rozrachunku z ekonomiczną przeszłością Brytyjczycy łyżkami pochłaniają melasę wzajemnej miłości i powszechnego szczęścia. Najbardziej zdumiewa brak głębszego rezonansu pojawiających się - choć rzadko - głosów krytycznych. Nawet w liberalnej prasie nieczęsto zastanawiano się na przykład, czy ze śmierci pijanych piratów drogowych należy robić narodowy dramat. Pragnienie osobistego uczestnictwa w inscenizacji dubeltowej bajki o Śpiącym Kopciuszku było wszechpotężne.

Pan S. rzadko wypowiada się na tak ogólne tematy. Czekałem więc, do czego przejdzie po tym zdumiewającym wstępie.

Wróciłem - ciągnął - na początek roku akademickiego, na okres wylewu hipokryzji i przyboru głupoty. Trochę w tym roku łagodniejszy niż zazwyczaj, bo tzw. klasa polityczna była tak zajęta trudnymi dla niej zadaniami arytmetycznymi, że nie dosłyszała zewsząd dobiegającej burszowskiej piosenki i nie dostrzegła wysypu tóg z nonajronu, zdobionych w ekologiczne gronostaje ze sztucznego tworzywa. Nie zawiedli jednak, jak zwykle, żurnaliści i dyżurni profesorowie prasowi. Jak zawsze, byliśmy raczeni gargantuicznymi porcjami danych statystycznych, z których "wynikało", że w te pędy należy zwiększyć stopę skolaryzacji, bo "cała Europa" ma wyższą. Przyjmowano przy tym, jako rzecz najzupełniej oczywistą, że im więcej będzie studentów, tym szybszy będzie rozwój kraju.

Korelacje statystyczne różnią się jednak od zależności przyczynowych. Nie zawsze między zjawiskami statystycznie skorelowanymi zachodzi prosty związek przyczynowy. Wygłupiłby się niebywale ten, kto by twierdził, że z ewidentnej dodatniej korelacji statystycznej wzrostu przestępczości nieletnich z wprowadzeniem nauczania religii do szkół publicznych wynika istnienie bezpośredniego związku między tymi faktami. Nie jest też wcale oczywiste, że intensywny rozwój gospodarczy wymaga wysokiej stopy skolaryzacji. A może jest przeciwnie: może to z rozwoju gospodarczego, ze wzrostu bogactwa narodu wynika wzrost odsetka młodzieży pobierającej edukację trzeciego stopnia?

Pouczające będzie spojrzenie na tę sprawę z perspektywy Azji Południowo-Wschodniej, która weszła na drogę przyspieszonego rozwoju z ogromnym analfabetyzmem i mizernym współczynnikiem skolaryzacji. Dopiero teraz zaczyna rozwijać szkolnictwo i dochodzić do likwidacji analfabetyzmu. Przez cały okres burzliwego rozwoju Hongkongu czy Singapuru współczynnik skolaryzacji i poziom analfabetyzmu wyraźnie odbiegały od brytyjskich, oczywiście na gorsze, co nie pomogło Wielkiej Brytanii w wytrzymaniu konkurencji ze swymi byłymi koloniami. Podobnie rzecz ma się z Tajwanem, Indonezją i Tajlandią, żeby ktoś nie mówił, że miasta-państwa to zły przykład.

Jednocześnie wstydliwie przemilcza się, albo zgoła fałszuje, związek masowości kształcenia z jego poziomem. Thatcherowskie reformy szkolnictwa wyższego w Wielkiej Brytanii zmusiły większość uczelni do znacznego zwiększenia liczby studentów. Oparły się temu tylko nieliczne, te najsławniejsze, które mogły liczyć na stały nabór licznych studentów spoza Europy, od których wolno pobierać wysokie czesne. W rezultacie obserwuje się drastyczne obniżenie poziomu kwalifikacji absolwentów większości szkół. I nic w tym dziwnego: po przekroczeniu pewnej progowej wartości stopy skolaryzacji w mury uczelni trafia wyraźnie więcej młodzieży mało zdolnej i słabo motywowanej. Wtedy albo obniża się wymagania akademickie (zwykle pod przykrywką jakichś górnolotnych sloganów), albo radykalnie zmniejsza się drożność studiów, co powoduje stratę tych beneficjów, którymi bodźcowano uczelnie, aby popchnąć je w kierunku wydatnego zwiększenia naboru. Zróżnicowanie poziomu analogicznych studiów w różnych uczelniach prowadzi w szybkim tempie do reorientacji kandydatów: zdolniejsi i silniej umotywowani wybierają uczelnie o wyższym poziomie kształcenia, co jeszcze bardziej pogarsza profil "typowego" studenta uczelni nastawionych na masowe kształcenie. Działa niezwykle silny mechanizm ujemnego sprzężenia zwrotnego.

Wydatne zwiększenie stopy skolaryzacji prowadzi wprost do amerykanizacji szkolnictwa wyższego, tj. do podziału na bardzo liczną sieć koledżów, zajmujących się głównie transformowaniem nastolatków w niezależnych młodych ludzi, przystosowanych do życia w nowoczesnym społeczeństwie, lecz wcale niekoniecznie wykształconych, i na znacznie mniejszą elitę uczelni pełniących funkcje tradycyjnych uniwersytetów, tj. uczących specjalistów w różnych ważnych dziedzinach. To zaś, czy owe elitarne uczelnie są prywatne, czy publiczne, nie ma w istocie większego znaczenia; tak czy inaczej, są one oczkiem w głowie całego establishmentu: rządu, wielkich korporacji, zacnych i zasobnych fundacji, wspaniałomyślnych dobroczyńców. Płynie do nich szeroki strumień dotacji, grantów i kontraktów, stymulowany umiejętną polityką fiskalną i zimnym wyrachowaniem.

W Polsce zaś - ciągnął Pan S. - obserwuję zdumiewające zjawisko: czułe zainteresowanie każdą szkółką, byleby prywatną, i zmasowaną krytykę szkół państwowych, nawet tych najlepszych. Słyszałem np. wywiad z takim, excusez le mot, rektorem powiatowej akademii, który chwalił się tym, że u niego nawet ćwiczenia prowadzą profesorowie zacnego uniwersytetu. Powszechnie wiadomo, iż profesura cienko przędzie na państwowych posadach i ima się różnych chałtur, żeby związać koniec z końcem. Wiadomo też, że profesor zatrudniony na kilku etatach błyskawicznie traci rzeczywistą wartość, staje się nosicielem pustego tytułu. To smutne i złowróżbne fakty. Ale chwalić się publicznie swoim pasożytnictwem? Czy takiemu magnificusowi do głowy nie przychodzi, że jego akademia nigdy nie wykształci prawdziwego profesora? Zimą, gdy drzewa nie mają liści, można podziwiać rosnące na nich jemioły. Ale trzeba być wyjątkowym durniem, żeby twierdzić, iż jemioły i drzewa są równoprawne, bo czasem ładniej wygląda jedno, a kiedy indziej - drugie. Dla durniów więc stawiamy kropkę nad "i": drzewa bez jemioł mogą świetnie prosperować, jemioły bez drzew, na których pasożytują - nie mogą istnieć.

Zamówiliśmy jeszcze po kawie, uzupełnili z maniereczki. Pan S. mówił dalej, powoli uogólniając swoją opowieść.

Od kilkudziesięciu lat różni zawodowi naprawiacze oświaty bombardują społeczeństwo coraz to nowymi pomysłami na to, jak doprowadzić do tego, żeby szkołę mógł ukończyć każdy. Generalnie uważają, że tradycyjna szkoła jest niedobra. Znajdują poklask u wszystkich, komu się w szkole nie powiodło albo przynajmniej nie podobało. Eksperymenty naprawiaczy edukacji mają do siebie to, że ocenia się je głównie "z góry", zanim zostały wcielone w życie; w najlepszym przypadku - na podstawie obserwacji procesu dydaktycznego prowadzonego w myśl ich zaleceń. Miarą powodzenia jest wtedy "zadowolenie" uczniów poddanych takiemu procesowi. Tymczasem o skuteczności edukacji świadczy wpływ, jaki wywarł on na całą karierę życiową osoby edukowanej.

Brytyjski Center of Economic Performance opublikował właśnie wyniki fundamentalnych badań, którymi objęto kariery życiowe kilkuset osób rozpoczynających edukację w latach 1958-1970. Okazało się, że najważniejszym czynnikiem, pozytywnie wpływającym na drogę życiową, jest stosunek do uczenia się, panujący w środowisku kształtującym osobowość dziecka. Dzieci, których rodzice wykazywali silne zainteresowanie postępami edukacyjnymi, dzieci "pędzone do nauki", uczniowie ze szkół, w których panowała atmosfera ostrego współzawodnictwa, gdzie "walczono" o stopnie, otóż te dzieci, poddane stresowi edukacyjnemu, na ogół świetnie sobie radzą w życiu. I przeciwnie, dzieci ze środowisk obojętnych względem postępów edukacji, które stykały się z opinią: "po co się uczyć, i tak nic ci z tego nie przyjdzie", wygłaszaną przez osoby będące dla tych dzieci wzorcami osobowymi, statystycznie rzecz biorąc, w życiu dorosłym do niczego nie dochodziły. Pro- lub antyedukacyjne nastawienie środowiska okazało się przy tym znacznie silniejszym wyznacznikiem jakości dalszej drogi życiowej niż jakikolwiek inny parametr, w tym: niż wszelkie parametry techniczne procesu edukacyjnego, takie jak liczebność klas, metody i organizacja nauczania.

Wypływa stąd ważna przestroga dla nas wszystkich. Wysiłek na zreformowanie oświaty zabiegami globalnymi, w makroskali, może się okazać pełnym marnotrawstwem pieniędzy, czasu i energii ludzkiej, jeśli nie uwzględni konieczności poprawy stosunku do edukacji w mikroskali, w otoczeniu pojedynczego dziecka, co jest przedsięwzięciem znacznie mniej widowiskowym, ale chyba znacznie trudniejszym.

Analiza ofert rynku pracy w Wielkiej Brytanii wskazuje, że tylko 37% miejsc pracy wymaga pełnego wykształcenia ponadpodstawowego. Tymczasem już obecnie ponad 50% młodzieży brytyjskiej uzyskuje takie wykształcenie. Oznacza to, że wcale niemała jej część będzie zatrudniona poniżej swych kwalifikacji, co prowadzi do nudy, frustracji, zachowań antyspołecznych, a przede wszystkim wzbudza przekonanie, że uczyć się nie warto. To przeświadczenie, przekazane jako opinia środowiska następnemu pokoleniu, gwarantuje mu życiowe niepowodzenie. Kółko się zamyka.

Pan S. dopił kawę. Wstając od stolika, powiedział:

W słynnej aleksandryjskiej szkole katechetycznej, prowadzonej na początku III wieku przez wielkiego Orygenesa, naukę - przygotowanie kandydatów do przyjęcia chrztu! - rozpoczynano od arytmetyki i geometrii. Tak przynajmniej pisze w swej czwartowiecznej Historii Kościoła biskup Euzebiusz, bliski współpracownik cesarza Konstantyna Wielkiego i nie ma żadnego powodu, by pod tym względem mu nie ufać. I co, młody człowieku, sądzi pan, że w ciągu tych bez mała osiemnastu stuleci pedagogika posunęła się naprzód choć o milimetr? Ja panu mówię, że się cofamy, stale cofamy.

Ilekroć ktoś zwraca się do mnie per "młody człowieku", tracę zdolność ripostowania. Pożegnaliśmy się, wróciłem do domu i spisałem, com usłyszał.

Ryc. Dariusz Piaskowski