Twoja wyszukiwarka

X.RUT
ZIELSKO HEKADEMOSA
Wiedza i Życie nr 4/1998
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 4/1998

Data jego urodzenia nie jest całkiem pewna. Jedni twierdzą, że urodził się w roku śmierci Peryklesa (429 p.n.e.), inni - że w czasie osiemdziesiątej ósmej olimpiady, w urodziny Apollona (które Delijczycy obchodzili siódmego targeliona), byłby to więc rok 427. Na cześć dziadka nadano mu imię Arystokles; po kądzieli był w szóstym pokoleniu potomkiem Solona, którego ród wywodzono od Posejdona, a niektóre źródła utrzymują, że i po mieczu pochodził od tego boga. Naukę czytania i pisania pobierał u Dionizjosa w Atenach, zaś obowiązkowe ćwiczenia gimnastyczne - w gimnazjonie Aristona z Argos, gdzie - ze względu na potężną budowę ciała - nadano mu przydomek Platon (Szeroki), pod którym przeszedł do historii. (Złośliwcy twierdzą jednak, że na ów przydomek zasłużył rozgadanym stylem swych pism). Należał do uczniów Sokratesa i choć z ostrożności nie towarzyszył mu w ostatnich chwilach, po jego śmierci napisał jedną z lepiej znanych Obron. W wieku dojrzałym nauczał w gimnazjonie mieszczącym się na przedmieściach Aten, w gaju poświęconym herosowi Hekademosowi, o którym już wówczas nikt nic dokładnie nie wiedział, bez protestów przeto z czasem przyjęła się uproszczona wymowa "Akademos", a szkołę nazwano Akademią. Jak na filozofa, był Platon człowiekiem wcale bogatym, nie tylko pochodził bowiem z zamożnej rodziny, lecz także w swoim czasie przyjął od tyrana Syrakuz ogromne honorarium, ponad 80 talentów, co mu zresztą już za życia wytykano. W testamencie, przytoczonym przez Diogenesa Laertiosa, Platon rozporządza m.in. kilkoma parcelami budowlanymi w dobrych punktach oraz pięcioma niewolnikami; jak widać, do końca życia nie zubożał.

Jednym z uczniów Platona był Arystoteles ze Stagiry, guwerner Aleksandra Wielkiego, filozof nader płodny i na tyle niekontrowersyjny, że jego dzieła (a dzięki płodności zachowało się ich sporo) stały się ulubioną lekturą wczesnochrześcijańskich filozofów. Dzięki Arystotelesowi, który do Akademii Platońskiej uczęszczał prawie dwadzieścia lat, utrwalił się mit Akademii, wonnego ogrodu zaludnionego przez intelektualnych gigantów.

Na rok przed śmiercią, Piotr I, Samodzierżca Wszechrusi, wydał dekret ustanawiający Petersburską Akademię Nauk. (Z czasem kolejni lokatorzy Kremla przekształcali ją w Rosyjską, Związku Radzieckiego i znów Rosyjską; za władzy radzieckiej, po połączeniu z Akademią Komunistyczną, przeniesiono jej siedzibę do Moskwy). Z Akademią Platońską łączyła ją tradycja hojnego finansowania przez tyrana; z dość licznymi już wówczas akademiami, samorządnymi stowarzyszeniami uczonych, przez nich samych powoływanymi do życia - nie łączyło jej prawie nic.

Tak się złożyło, że wschodni odłam chrześcijaństwa nigdy nie przekształcił szkół kościelnych w szkoły uniwersalne, uniwersytety, tak charakterystyczne dla odłamu zachodniego, i to w jego obu wersjach, katolickiej i protestanckiej. Wielowiekowy konflikt między Kościołem zachodnim i państwem, a potem reformacja, mimo zmiennych kolei i okresowych przewag to tej, to innej strony, przyczyniły się do ukształtowania idei autonomii różnych instytucji społecznych, do określenia zasad współpracy lub przynajmniej koegzystencji wzajemnie niezależnych ciał. W różnych okresach dziejów Zachodu różnie przebiegały granice autonomii poszczególnych instytucji i różnie kształtowały się zasady ich współzależności, ale idea autonomii i jej nieodłącznej pochodnej - konkurencji - stanowią trwały element tego, czym jest cywilizacja Zachodu.

Od czasu, gdy pod naporem mongolskim padły na Wschodzie oświecone kalifaty arabskie, a było to klęską cywilizacyjną nieporównanie większą niż upadek kalifatów zachodnich pod naporem sfederowanych sił zachodniego chrześcijaństwa, rodzące się imperium rosyjskie stykało się głównie ze światem nie uznającym autonomii. Ani konające, do cna zbiurokratyzowane Bizancjum, ani dławiąca Moskwę Orda w najmniejszym stopniu nie respektowały tej idei. Zrzucając jarzmo tatarskie, państwo rosyjskie przejęło od niego totalitaryzm władzy, w każdej próbie uzyskania jakiejkolwiek autonomii dopatrujący się zdrady głównej. W takim klimacie nie mogły i nigdy nie powstały uniwersytety.

Piotr I na własne oczy przekonał się, jaka przepaść dzieli cywilizację małych (w porównaniu z Rosją) królestw i księstw Zachodu od państwa Romanowów. Dojrzał owoce, jakie na biednej ziemi rodzi handel, manufaktury, edukacja, dobra organizacja służb państwowych, i postanowił to przenieść do bogatej w substraty Rosji. Ale metoda transferu była barbarzyńska. Nie wiem, czy brakowało mu cierpliwości, czy nie pojmował, że drzewo rodzi owoce dopiero po latach troskliwej pielęgnacji, czy też, jako Romanow, po prostu nie potrafił inaczej.

Akademię założył jako twór ściśle państwowy, wśród głównych zasad jej działania eksponując lojalność wobec władcy. W zamian uposażył ją szczodrze, na projekcie dekretu własną ręką zwiększył przewidzianą dotację o kilkanaście tysięcy rubli (równowartość kilkunastu wsi z mieszkańcami), zabezpieczając ją na dochodach z nader lukratywnych komór celnych, wszystko po to, by akademicy byli bezwzględnie lojalni swemu carowi. Wydawało się mu to tym jeszcze ważniejsze, że wielu akademików sprowadzano z zagranicy, o ich lojalność trzeba więc było dbać szczególnie. I Rosyjska Akademia ze swej lojalności względem dworu słynęła, nawet kosztem takiego skandalu, jakim było zamknięcie drzwi przed Dymitrem Mendelejewem, uważanym za niezbyt prawomyślnego (ten grzech zmyła z siebie dopiero AN ZSRR, odmawiając wykluczenia ze swego grona Andrieja Sacharowa).

Rys. Grzegorz Szumowski

Między powstającymi w XIX wieku rosyjskimi uniwersytetami - też w końcu cesarskimi! - a Akademią w Petersburgu stosunki były stale lodowate, a często - mocno wrogie. W przeciwieństwie do stale konkurujących między sobą uniwersytetów, Akademia Petersburska z mocy carskiego ukazu nie miała konkurencji, miała natomiast monopol na najwyższe godności, największe dotacje z carskiej kasy, a przy tym, po krótkim okresie początkowym, kiedy to akademicy uczyli nawet w gimnazjach, nie miała żadnych kłopotów ze studentami (na co wszystkie uniwersytety zawsze tradycyjnie narzekają). Ustawowej dostojności Akademii nie mogło zaszkodzić nic - nawet gdy jej prezesurę powierzono niejakiemu Razumowskiemu, kozakowi pośpiesznie mianowanemu grafem, którego edukacja naukowa, oględnie powiedziawszy, była niekompletna.

Wśród petersburskich akademików było wielu znakomitych uczonych (np. Leonhard Euler), lecz równie wielu szarlatanów i awanturników; pod tym względem nie różniła się zbytnio od innych akademii, których grona nigdy i nigdzie nie były tak zacne, jak przedstawiają to rocznicowej albumy, ani tak mierne, jak twierdzą paszkwilanci. Jednak w przeciwieństwie do wszystkich akademii na świecie, nie była po prostu wolną korporacją uczonych, powołaną w celu dyskutowania, prezentowania i propagowania wyników badań i studiów gdzie indziej prowadzonych. Ona miała wszystkimi badaniami i studiami w imieniu państwa (cara) kierować i - w dużym stopniu - sama je prowadzić we własnych, na stałe tworzonych instytutach. Inne akademie niekiedy też kierują badaniami i organizują ekspedycje naukowe; nie powołują jednak w tym celu własnych trwałych instytucji, a niezbędne środki zdobywają na konkretne, dobrze określone przedsięwzięcia, przy czym w równej mierze ubiegają się o dotacje publiczne i od prywatnych mecenasów. Dzięki temu w dużym stopniu wolne są od naturalnej, rodzicielskiej dumy, znakomicie utrudniającej obiektywną krytykę, bez której nauka nie może się rozwijać.

Władza radziecka ochoczo przejmowała najgorsze cechy carskiej administracji. AN ZSRR była wierną kopią carskiej akademii, oczywiście z niezbędnym retuszem ideologicznym (głównie zresztą polegającym na zręcznej wymianie frazesów).

Po II wojnie światowej przodujący model organizacji nauki intensywnie przenoszono do krajów demokracji ludowej. W kilku krajach udało się to w zupełności; na długie lata zrujnowano w nich szansę normalnego funkcjonowania szkolnictwa wyższego, a więc i naturalnego rozwoju badań naukowych. W Polsce, na szczęście, tradycja uniwersytecka okazała się dostatecznie silna, by Polska Akademia Nauk, stworzona na wzór i podobieństwo Akademii Petersburskiej, nie stała się wyłącznym zarządcą nauki. Z drugiej jednak strony, ponad czterdziestoletnie funkcjonowanie tej struktury ukształtowało pokaźne grono klientów, które nie maleje, gdyż nadal strumień pieniędzy z budżetu państwa najłatwiej jakoś kieruje się w stronę najwierniejszej z wiernych, zawsze lojalnej, patentowanej przewodniczki życia naukowego w Polsce.

Wbrew enuncjacjom uzależnionych apologetów, akademii typu carsko-sowieckiego nie ma nigdzie na świecie poza terenem byłego ZSRR i krajów wasalnych. Akademie istniejące poza tym obszarem (korporacje albo kluby uczonych) nie miewają własnych instytutów naukowych, a istniejące w niektórych krajach państwowe instytuty naukowe nie miewają nad sobą egidy w postaci jednoimiennej korporacji "najwybitniejszych" uczonych. Żaden dysponent publicznych pieniędzy w demokratycznym kraju nie godzi się na ich przekazywanie w ręce ustawowo kreowanego monopolisty, który sam siebie tylko kontroluje.

Wymyślony przez Piotra I, a udoskonalony przez Lenina i Stalina, ustrój nauki państwowej, którego zwornikiem jest serwilistyczna akademia
nauk składająca się z korporacji uczonych i plejady instytutów oplecionych wspólną i dobrze sytuowaną administracją, na dłuższą metę okazał się równie niesprawny, jak inne dobre pomysły despotyzmów. Ironia polega na tym, że z taką samą łatwością przetrwał upadek caratu, co klęskę komunizmu. Dramat zaś polega na tym, że choć z zewnątrz narzucony i odrzucany przez środowiska naukowe wierne tradycjom uniwersyteckim, jest tak materialnie atrakcyjny dla swych beneficjentów, iż może długo jeszcze funkcjonować ku szkodzie społeczeństw niezdolnych go zneutralizować.