Twoja wyszukiwarka

BOGDAN MIŚ
TROCHĘ MATEMATYKI, TROCHĘ CZARÓW
Wiedza i Życie nr 4/1998
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 4/1998

1. PI

Oto wierszyk; proponuję przeczytać go uważnie i nawet policzyć litery w każdym ze słów.

Kto i bada i liczy,/Myśliciel to wielki./Mylić się zwykł jednakże /Matematyk wszelki.

Już wiedzą Państwo, o co chodzi? Nie? W takim razie odczytajmy ten ciąg liczb wspólnie tak: 3 - przecinek albo kropka - 14 15 92 65... Oczywiście: są to kolejne cyfry liczby pi, jednej z najważniejszych i najdawniej znanych stałych matematycznych. Wyraża ona stosunek obwodu koła do jego średnicy.

http://www.facade.com./Fun/amiinpi/

Już budowniczowie świątyni Salomona - około 950 roku p.n.e. - wiedzieli, że ów stosunek jest stały; przyjmowali jednak, iż wynosi on po prostu 3. Ale świadczy to tylko o tym, że ludzkość potrafiła zapominać zdobytą wiedzę, bowiem siedem wieków wcześniej Egipcjanie wiedzieli, że pi to około 3.16, co było już dokładnością całkiem niezłą. Słynny Archimedes przyjmował, iż ta stała jest liczbą zawartą między 223/71 a 22/7, co daje przybliżenie jeszcze lepsze. Obecnie za pomocą komputerów potrafimy obliczyć pi z dowolną dokładnością i znamy grubo ponad milion jej kolejnych cyfr. Niektórzy z nas znają wiele tych cyfr... na pamięć, choć doprawdy nie wiadomo po co. Niedawno pewien Japończyk wyrecytował z pamięci bezbłędnie ponad czterdzieści dwa tysiące cyfr pi, co jest nowym rekordem Guinnessa; stary wynosił 31 811 cyfr. Też nieźle!

Nic dziwnego, że pi ma w Internecie sporo poświęconych sobie witryn; kto nie wierzy, niech wpisze "pi" w pole poszukiwań dowolnej szukarki sieciowej. Zdziwi się wynikiem. Trafi m.in. na dość dziwną witrynę "Czy jestem w pi?", odpowiadającą na pytanie, na którym miejscu w rozwinięciu dziesiętnym liczby znajduje się... nasza data urodzenia. Jest to weryfikacja pewnego szczególnego przypadku hipotezy - o ile wiem, do dziś nie udowodnionej - mówiącej, iż dowolny ciąg cyfr musi gdzieś tam wśród cyfr pi wystąpić. Na innej witrynie znajdziemy z kolei wiadomość, że święto pi - jest takie! - przypada czternastego marca (pisząc datę po angielsku, otrzymamy 3.14...), a jest to też dzień urodzin Alberta Einsteina...

To w ogóle jest niesłychanie ciekawa liczba i mógłbym o niej Państwu opowiadać godzinami; zainteresowanym z pewnym żalem proponuję jednak samodzielne pobuszowanie w poszukiwaniu tej wiedzy w Internecie.

2. MAKABRA

Oto coś, co z pewnością wielu czytelników uzna za nieco makabryczne; tak w każdym razie zareagowały koleżanki redakcyjne, gdy ową rzecz obejrzały na ekranie mojego komputera...

Jest taka witryna, która - gdy wpiszemy datę urodzenia - wyznaczy nam momentalnie i wypisze na ekranie... datę śmierci. Nie dość tego, na ekranie pokaże się wówczas okienko z szybko malejącą - na szczęście na ogół dość sporą - liczbą całkowitą; ta liczba to pozostałe sekundy życia...

http://www.deathclock.com./index2.htm

Faktycznie, wrażenie jest trochę nieprzyjemne - nawet gdy się przeczyta, że jest to tylko pewna zabawa statystyczna, oparta na wykorzystaniu bardzo zgrubnej wersji znanych wszystkim towarzystwom ubezpieczeniowym tzw. tablic wymieralności. Oczywiście, bez znajomości statystyk długości życia nie byłoby mowy o robieniu jakiegokolwiek interesu na ubezpieczeniach na życie; zresztą statystyka wywodzi się wprost z ubezpieczeń (i z gier hazardowych, ten jej rodowód ze względów wychowawczych jednak delikatnie przemilczmy). W tym wypadku bierze się pod uwagę tylko datę urodzenia, abstrahując od tak istotnych danych, jak miejsce życia delikwenta (rewelacyjna pod tym względem jest Szwecja), płeć (kobiety - rzecz to znana - żyją o kilka lat dłużej od mężczyzn), środowisko społeczne i zawód itd. Nawiasem mówiąc, pewien mój znajomy uczony stwierdził niegdyś, że jeśli chcielibyśmy zapewnić sobie najdłuższe życie ze statystycznego punktu widzenia, to najlepiej być kobietą z wyższym wykształceniem, żyjącą w Szwecji, będącą księdzem i mającą wojskowy stopień generała; nie jest to jednak, niestety, dla każdego wykonalne...

Powróćmy jednak do naszej makabrycznej witryny i ludzkiej na nią reakcji. Otóż chociaż każdy doskonale wie, że długość życia zależy od masy czynników - nie tylko od daty urodzenia - ludzie z reguły zadają komputerowi pytanie o datę zgonu... kogoś innego. Reagujemy zatem irracjonalnie, z lękiem: a nuż się sprawdzi? Dlaczego?

Pewno dlatego, że mamy niesłychane zaufanie do naukowej aparatury, jaką jest komputer. Wierzymy tej maszynie zapewne bardziej niż słowu drukowanemu (swoją drogą, warto by to zbadać socjologicznie). I otóż chcę Państwu powiedzieć obrazoburczo: nie ma to sensu. Tak jak może nas okłamać polityk, prasa, a nawet książka - tak samo może nas oszukać komputer. Zawsze.

I jeszcze jedno: jaki jest sens robienia w Internecie takich witryn, jak ta, o której mówię? A taki choćby, że jednak pomyśleliśmy wspólnie o takich dziwnych sprawach, jak statystyka czy wiarygodność nowoczesnych mediów, prawda?

3. AWATARY

Chyba nie ma człowieka, który nie chciałby kiedyś zostać posiadaczem "czapki niewidki". Być wśród innych, zupełnie anonimowo, wpływać na ich zachowania... cóż za frajda, jaka szkoda, że rodem z bajek.

Ta zabawna "rozmównica" jest częścią składową przeglądarki MS Internet Explorer 4.0

Otóż nie, w każdym razie niezupełnie. Istnieją miejsca w Internecie - a jest ich zresztą coraz więcej - w których możemy się w coś takiego całkiem serio pobawić. Wyobraźmy sobie witrynę, po wejściu do której możemy wybrać jedną z dostępnych tu postaci: może to być bohater jednej z "dobranocek", na przykład Kaczor Donald, może to być Superman albo piękna blondynka. Postać ta zostaje oddana w nasze całkowite i zupełne władanie: możemy nią sterować, wydając polecenia wykonywania dowolnych ruchów, lub wypowiadać "jej ustami" dowolne kwestie (oczywiście, robimy to, pisząc odpowiedni tekst, który ukazuje się na ekranie w postaci komiksowego "dymku"). Mówimy, że owa postać staje się naszym "awatarem". Wszystko dzieje się w scenerii "wirtualnego baru", gdzie "wirtualny barman" (zapewne sterowany przez innego uczestnika zabawy) serwuje nam "wirtualne drinki", a "wirtualna Claudia Schiffer" (być może reprezentująca w istocie łysego starszego pana...) bez oporu umówi się z nami na "wirtualną randkę"...

Nawiasem mówiąc, powstaje tu ciekawy problem teologiczny: czy można "wirtualnie zgrzeszyć"? Czy, na przykład, zawarcie w tej zabawie przez dwa różnopłciowe awatary - reprezentujące osoby jednej płci - wirtualnego małżeństwa jest naruszeniem zasad, czy nie?

W zeszłym roku ukazała się u nas świetna książka Douglasa Couplanda Poddani Microsoftu, w której opisano przypadek zakochania się w sobie nawzajem dwóch osób, znających się jedynie dzięki poczcie elektronicznej - i nie mających o sobie żadnych informacji, ani o zawodzie, ani o wieku, ani o płci. Na razie jest to fikcja literacka, ale jak długo jeszcze?

Warto chyba myśleć o takich problemach. Może się mylę, ale już niebawem będą bardzo istotne.