Twoja wyszukiwarka

STEFAN BRATKOWSKI
ILE KOSZTOWAŁA NIEPODLEGŁOŚĆ
Wiedza i Życie nr 5/1998
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 5/1998

PRZENIESIEMY SIĘ TERAZ ZA OCEAN PO INNE PRZYGODY PIENIĄDZA. ALE TEŻ SAME STANY ZJEDNOCZONE RODZIŁY SIĘ NIETYPOWO - Z BOHATERSTWA TYCH, CO JE WYWALCZYLI, Z MĄDROŚCI TYCH, CO JE OBMYŚLILI, I TYLKO NIE BARDZO WIADOMO, Z JAKICH PIENIĘDZY; BO WIELU HISTORYKÓW SĄDZI, ŻE AMERYKA POWSTAŁA Z NICZEGO I ZA NIC.

Ameryka Północna czasów kolonialnych nie miała swoich kopalni srebra ani złota. Nie miała też swoich pieniędzy. John Kenneth Galbraith w swojej nieraz tu cytowanej, znakomitej książce Pieniądz. Pochodzenie i losy opisywał, za kolegami historykami, jak sobie z tym niedoborem pieniądza próbowali radzić tamtejsi anglosascy koloniści. I pokpiwał z Franklina, który przepraszał za opóźnienia w druku swojej gazety, bo akurat musiał drukować... pieniądze. I dziwił się Galbraith, że Franklin, ten apostoł oszczędności i gospodarności, bronił papierowego pieniądza.

W okresie wojny o niepodległość Franklin wręcz żartował z galopującej inflacji - Kongres Kontynentalny, władza zbuntowanych stanów, mógł dzięki niej wykręcać się od długów, płacił bowiem za żywność, odzież i amunicję tracącymi wartość banknotami, które emitował (w sensie dosłownym nie były to nawet "bank-noty", bo emitował je przecież nie bank, lecz Kongres określony szumnie Kontynentalnym; stąd zwano je "continentalami"; przeszły do amerykańskiego porzekadła o czymś bez wartości - niewarte nawet kontynentala).

Jednakże Franklin bronił banknotów w czasie pokoju, bo znał doświadczenia matki-Anglii, która umiała już prawidłowo operować papierowym substytutem pieniądza kruszcowego. Gorzkie żarty na temat opłacania dostaw dla armii bezwartościowymi kontynentalami miały swój podtekst: Amerykanie owego czasu w ogóle nie lubili płacić podatków. Nie tylko Anglii. Nawet swoim władzom federalnym na swoją niepodległość. Tak więc półfikcyjne pieniądze za dostawy dla armii były swoistą formą opodatkowania... Dlatego wolność Stanów Zjednoczonych zaczęła się od hiperinflacji.

Jedno tylko: za amunicję, wbrew opinii samego Franklina, takimi "papierkami" płacić się nie dało. Amunicji w samej Ameryce nikt na skalę przemysłową nie produkował, proch miejscowy był kiepski i drogi, dopiero po roku 1800 pierwszą produkcję prochu z prawdziwego zdarzenia w Ameryce uruchomi przybyły z Francji Irènée Du Pont, ojciec rodziny i przyszłego koncernu Du Pontów. Proch dla potrzeb wojny kupowano za granicą; dostawami, via Nowy Orlean, zajmował się znajomy naszemu Kościuszce tamtejszy agent Rewolucji Amerykańskiej, Oliver Pollock - sam kiedyś opisywałem, jak przed wybuchem Wojny Rewolucyjnej pomógł emisariuszowi Kongresu Kontynentalnego wycyganić od hiszpańskiego wtedy gubernatora Luizjany, Unzagi, dziesięć tysięcy funtów prochu!

Wedle Galbraitha Rewolucję Amerykańską sfinansowano w przeważającej mierze papierowym pieniądzem. Czyli niczym. To jednak, przepraszam, nieporozumienie: wszystkie zakupy o decydującym znaczeniu wojskowym opłacano pieniędzmi z pomocy francuskiej, hiszpańskiej i z holenderskich kredytów; Oliver Pollock nie dorobiłby się fortuny na handlu z trzynastoma stanami, gdyby za swoje dostawy brał fikcyjne pieniądze.

Ameryka nie lubiła tej europejskiej pomocy ani wtedy, ani później, pisząc swą historię. Dla Galbraitha była to pomoc "symboliczna", a nawet we wspaniałym dziele Charlesa i Mary Beardów Rozwój cywilizacji amerykańskiej odczytujemy lekceważenie dla niej - tymczasem pomoc Francji dla walczącej o niepodległość Ameryki sięgnęła takich sum, że korona francuska opłaciła ją potem Rewolucją Francuską, czyli swoim istnieniem.

Niejaki Aleksander Hamilton, jeden z Ojców-Założycieli Stanów Zjednoczonych, którego następna tu opowieść przedstawi w roli ojca tej Ameryki, którą znamy, otóż tenże Hamilton jako minister skarbu w pierwszym rządzie Waszyngtona gromadził z trudem przez kilka miesięcy dokumentację udzielonych przez zagranicę pożyczek. Ich wartość obliczył w roku 1790 - łącznie z odsetkami - na 11.7 mln dolarów.

To przynajmniej dało się obliczyć. Gorzej szło z długiem wewnętrznym. Drugi Kongres Kontynentalny, wybrany w maju 1775 roku, w ciągu tylko czterech i pół roku, od czerwca 1775 do listopada roku 1779, wyemitował banknotów, obligacji i innych zobowiązań na sumę 241.5 mln dolarów, zaś władze stanowe na dalsze 209.5 mln. Czy dokładnie tyle, nie jest pewne, to zależy od historyka; suma, 450 mln, powtarza się i u Galbraitha, i u Beardów, ale pewne jest wyłącznie to, że Hamilton łączny dług wewnętrzny państwa i składających je stanów - razem z dalszymi emisjami z lat osiemdziesiątych i olbrzymimi odsetkami - obrachował na 67.4 mln dolarów. Dolarów?

Dolar został oficjalnie monetą urzędową Stanów Zjednoczonych dopiero z dniem 2 kwietnia 1792 roku, kiedy Kongres uchwalił swój Coinage Act, ustawę o systemie monetarnym. Jak Kongres mógł wcześniej wypuścić te swoje papiery na paręset milionów akurat dolarów?

Dla dokładności: Kongres już wcześniej, 6 lipca 1785 roku, zadecydował, że jednostką monetarną Stanów Zjednoczonych Ameryki będzie jeden dolar, i to podzielony wedle systemu dziesiętnego. A już w roku 1780 Kongres wycenił swe dolary kontynentalne na... 40 razy mniej, niż opiewały ich nominały. Co to więc były za dolary?

Cóż, i o tym Ameryka wspominać nie lubi. Dolar to w ogóle nie był pieniądz anglosaski. Anglia miała swoje funty szterlingi, szylingi i pensy, które zresztą pozwalała bić poza metropolią tylko w wyjątkowych przypadkach, a i to jedynie bilon, monetę zdawkową. Te amerykańskie dolary to były dolary hiszpańskie, bite ze srebra wydobywanego w należących do Hiszpanii południowoamerykańskich kopalniach. Z pierwotną swoją, hiszpańską nazwą dalero, którą amerykańscy Anglosasi przerobili na dollar.

Ten hiszpański dalero był potomkiem, a nawet bliskim kuzynem przez Habsburgów, znanego dobrze i u nas, bo tłoczonego potem i w Polsce talara. Srebrnego austriackiego talara zaczęto bić w XVI wieku w zagłębiu Joachimsthal, czyli "dolinie Joachima", w dzisiejszym, czeskim już Jachymowie. Zwano go "Joachimsthaler", z czego po skrótach został sam thaler, czyli po naszemu właściwie "doliniec", Habsburgowie zaś przenieśli go do Hiszpanii, gdzie stwardniał na daler (potem przez hiszpańskie Niderlandy trafi na północ Europy, aż po Danię i Norwegię, gdzie w XIX wieku bito duńskie dalery).

Dziś w dykcjonarzach języka angielskiego znaleźć można informację, że słowo bit, "kawałeczek", w Ameryce znaczy również... dwanaście i pół centa, choć takiej monety przecież nie ma. Nie ma, ale - była. "Kawałeczkiem" był real, jedna ósma hiszpańskiego dolara, a dwanaście i pół centa to akurat jedna ósma dolara. Cały ów hiszpański dolar był dla kolonistów amerykańskich "kawałkiem ośmiu", piece of eight - choć we współczesnych słownikach angielszczyzny podaje się tylko, że piece of eight oznacza "starą srebrną monetę hiszpańską", bez słowa o tym, że ta "stara hiszpańska moneta" zwała się dolarem.

Hiszpanie bili owe reale, monetę zdawkową, w trzech wersjach - jednego reala, czyli dla Anglosasów bit, "kawałeczek", dwa reale - two bits, "dwa kawałeczki", i cztery reale, four bits, "cztery kawałeczki". Ale handel kolonii angielskich w Ameryce Północnej potrzebował monety zdawkowej jeszcze drobniejszej; nie przypadkiem pierwszy projektant nowego systemu monetarnego, specjalnie wyznaczony przez Kongres w 1781 roku "dyktator finansowy", bankier Robert Morris, zamyślał jako najmniejszą monetę Stanów Zjednoczonych 1/1440 dolara, czyli minikawałeczek w takiej relacji do wartości dolara, jak półpensówka do funta szterlinga. Kongres oczekiwał potem od Morrisa szczegółowego planu i Morris w kwietniu 1783 roku przedłożył Kongresowi wzorcowe egzemplarze trzech monet - bit, kawałeczek, wartości stu jednostek podstawowych, obok niej quint, kwintę, wartości pięciuset takich jednostek, i mark, tysiąc jednostek, czyli markę (odpowiednik dawnej polskiej "grzywny"). Sprawę odesłano jednak do komisji i tam umarła. Pomógł jej umrzeć Tomasz Jefferson, uznawszy projekt Morrisa za nazbyt kłopotliwy i złożony. Jefferson opowiadał się za systemem dziesiętnym i - jednak - za hiszpańskim, znanym dobrze dolarem jako podstawą systemu monetarnego. Przekonał Kongres i stąd owa decyzja Kongresu z roku 1785.

Dodajmy, że ów dolar hiszpański kursował w Ameryce Północnej nie tylko w czasach kolonialnych i w czasach Rewolucji Amerykańskiej. Dominował w obrocie handlowym Ameryki przez długi czas początków XIX wieku, a zanikł ostatecznie dopiero po roku 1857(!), gdy z obrotu wewnętrznego w Stanach Zjednoczonych wykluczono wszelkie obce waluty.

Rzecz w tym, że Ameryce Północnej brakowało monet już wcześniej, nie zaś dopiero podczas Wojny Rewolucyjnej. Używała nawet zastępczo indiańskich wampum - nanizanych na sznurki muszelek! Dlatego właśnie Beniamin Franklin opowiadał się za emisją banknotów, papierowych substytutów pieniądza. Niestety, Ameryka i bankierów miała na lekarstwo.

Ile mogła mieć pieniędzy? Kiedy uwolniła się od podatków na rzecz Korony Brytyjskiej, oszacowano je na 100 tys. dolarów rocznie. Zarabiać więc mogła na czysto od miliona do paru milionów rocznie; później, przy prosperity połowy lat osiemdziesiątych, sam stan Nowy Jork zbierał podatków na paręset tysięcy dolarów, ale wcześniej, tuż po wojnie, nie mógł zebrać nawet stu tysięcy... Sęk jedynie w tym, że od początku Wojny Rewolucyjnej do Ameryki nie wpływały żadne pieniądze z zagranicy, bo nie miała przecie jak wywozić swych produktów.

Zimą na przełomie lat 1780 i 1781 Rewolucja Amerykańska stała u progu klęski. Nie było szans na dopływ nowych środków. Autor biogramu Morrisa w Amerykańskim Słowniku Biograficznym przesadził nieco, pisząc, że waluta papierowa nie była warta papieru, na którym ją wydrukowano, ale nie był daleki od prawdy. Skarb świecił pustką, kredyt został ostatecznie wyczerpany, na dalsze pożyczki z Europy trudno było liczyć. Wtedy właśnie skarb Stanów Zjednoczonych powierzono "finansiście Rewolucji", Robertowi Morrisowi.

Morris musiał mieć wielkie serce dla tej Rewolucji, bo nie zraziły go ciągle ponawiające się oskarżenia, że ciągnie zyski, łącząc różne stanowiska we władzach Stanów Zjednoczonych z własnymi interesami. Zażądał, by zbadano księgi jego firmy, domu handlowego i bankowego Willing i Morris, którym kierował. Wedle raportu Komisji Kongresu, powołanej do tego celu, rzeczony Robert Morris... działał z wiernością i rzetelnością oraz godną szacunku ofiarnością dla szczęścia swego kraju. Ale co biedniejsi jego oponenci nie umieli strawić jego bogactwa i chociaż następna komisja oczyściła go z kolejnych zarzutów, stracił popularność i miejsce w Zgromadzeniu Ogólnym stanu Pensylwania. Tyle że wrócił po roku - w glorii jedynego kandydata na zbawcę kraju.

Wytłumaczył Kongresowi, że dla opłacenia koniecznych dostaw trzeba będzie zaciągnąć ogromny dług. Podkreślał przy tym, że najmniejsze nadużycie zaufania zrujnuje nas na zawsze i że nie da się odbudować kredytu publicznego bez właściwych metod, gospodarności i punktualnego wykonywania umów. Chciał mieć prawo do podtrzymania swoich handlowych powiązań - a zaraz wyjdzie, po co. Pisał Kongresowi: Stany Zjednoczone mogą żądać ode mnie wszystkiego, co mam, poza rezygnacją z mojej rzetelności, której utrata odebrałaby mi zdolność służenia im. Przez tę rzetelność rozumiał zaś szacunek publiczny dla swego podpisu, swoją pozycję handlową. Ale też sprawił swoisty cud: banknoty Stanów Zjednoczonych z jego podpisem, czyli z jego osobistą gwarancją wypłacalności, "banknoty Morrisa", krążyły od tej pory jako pierwszy uczciwy własny pieniądz Ameryki.

Czy te pieniądze zapewniły Rewolucji sukces w oblężeniu Yorktown w roku 1781, po tym, jak Morris objął swój urząd?

Przy całym podziwie dla determinacji Waszyngtona i jego ludzi trudno przeoczyć, że prawie połowę z 18.5 tys. ludzi, oblegających zamkniętą w Yorktown armię angielską, stanowili francuscy zawodowcy wojny z korpusu hrabiego Rochambeau i dalsze trzy z górą tysiące zawodowych żołnierzy, przybyłych z flotą admirała de Grasse'a. Pracami oblężniczymi kierowali francuscy inżynierowie. A co więcej, flota francuska przywiozła 200 tys. dolarów w brzęczącej monecie (nie udało mi się ustalić, czy były to hiszpańskie dolary, czy milion francuskich liwrów) i dzięki temu Robert Morris mógł w styczniu 1782 roku utworzyć Bank Ameryki Północnej z kapitałem zakładowym 400 tys. dolarów.

Wniósł doń i swoje środki, wraz ze swoim kredytem publicznym. Ile? Jeśli zastrzyk 200 tys. dolarów starczył dla uruchomienia banku, żaden z partnerów miejscowych nie mógł dysponować większą gotówką niż kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Liczono ponoć na trzy miliony dolarów, ale inni posiadacze gotówki woleli użyć ich na bieżące interesy, na krótkoterminowe, szybko zwracające się, wysoko oprocentowane kredyty... A czy mieli wtedy razem aż trzy miliony gotówki, śmiem wątpić.

Morris wycofał się ze swojej funkcji "superintendenta finansów" we wrześniu 1784 roku - bez uszczerbku na fortunie i honorze (przynajmniej wtedy; bo historycy mu tego nie wybaczą). Namawiano go później, by przyjął urząd sekretarza ds. skarbu, czyli ministra w pierwszym rządzie Stanów Zjednoczonych przy boku Waszyngtona, ale Morris sam wskazał Hamiltona jako jedynego człowieka, który ma sposób na zadłużenie Stanów Zjednoczonych.

Wtrącę tu tyl- ko, że "wielki Morris" zakończy życie w smutku i w biedzie, zapomniany przez wszystkich poza swoim dawnym asystentem i partnerem interesów, Gouverneurem Morrisem (którego europejscy tłumacze nagminnie robią "gubernatorem" Morrisem, choć to Gouverneur było jego imieniem, po nazwisku matki z francuskiej rodziny). Morris, licząc na wielki dopływ imigracji do niepodległej Ameryki, zaangażował ogromne pieniądze w kupno wielkich areałów ziemi na zachodzie ówczesnych Stanów, podobnie zresztą jak wcześniej sam Waszyngton; wojny napoleońskie zablokowały emigrację europejską i Morris nie mógł sprzedać niczego, a jakiś mały, niespłacony wierzyciel osadził go na Prune Street w Filadelfii, w więzieniu za długi. Morris wyszedł zeń już siedemdziesięcioletni, złamany fizycznie i psychicznie, po trzech i pół latach i dziesięciu dniach, by spędzić resztę życia w małym domku opiekującej się nim żony, której zapewnił rentę ów drugi Morris, nawet nie krewny. Los "wielkiego Morrisa" nikogo nie obchodził. Zainteresowali się nim dopiero po wieku historycy; ale jeden z nich, Davis R. Dewey, pytał z przekąsem, jak Morris mógł nie wykorzystać dla swoich interesów informacji, które miał jako szef finansów państwa. Niestety, przed historykami Robert Morris nie mógł się już bronić.

Beardowie napisali w swym dziele, że spekulanci na wieść o planowanej przez Hamiltona konsolidacji długów skupywali papiery "kontynentalne" po kursie dziesięć, piętnaście projektowanych centów za dolara. Ale Hamilton w roku 1790 wyszacował wartość jednego dolara w papierze na zaledwie 1 centa. Historycy dziwią się, że spekulantów to wcale nie pohamowało, ale, wedle mego szacunku, jeden cent za dolara to było i tak o wiele za dużo. Jeśli w Wirginii za parę butów, wartą dolara, płacono 5 tys. dolarów w miejscowych papierach stanowych, a milion za strój męski wart kilku dolarów, to przy łącznym oszacowaniu długów na 67 mln dolarów ci spekulanci zarobili naprawdę sporo. Jedyne, czemu się można dziwić i co podziwiać, to fakt, że Hamilton nie zarobił na tym przesadnym szacunku nic. Ale też Hamilton, ku niesmakowi historyków, był po prostu człowiekiem uczciwym. Nigdy jako polityk na swoim państwie nie zarobił złamanego dolara. Dziwne, ale prawdziwe.

Tak naprawdę, wedle mego rachunku, Ameryka sama wydała na swoją niepodległość zaledwie parę milionów dolarów. To znaczy wydałaby - gdyby je miała. Chcę przez to powiedzieć, że tyle były warte dostawy Ameryki dla swej armii. Inaczej armia Waszyngtona nie głodowałaby zimą z 1777 na 1778 w dolinie Valley Forge i potem zimą z 1779 na 1780. Wojnę Rewolucyjną patrioci Ameryki wygrali w rzeczywistości nie tylko dzięki europejskiej pomocy zbrojnej, ale i za europejskie pieniądze.

Jak to ukaże następna opowieść z tego cyklu, Hamilton był zainteresowany w przeszacowaniu, czyli zawyżeniu wartości kontynentali - w imię tej przyszłości Ameryki, którą obmyślił, i w imię przyzwoitości wobec swoich nigdy nie zapłaconych kolegów z armii Waszyngtona, którzy swoje kontynentale zachowali aż do momentu ich wymiany.

Ryc. Julian Bohdanowicz