Twoja wyszukiwarka

STEFAN BRATKOWSKI
PRAWDZIWE NARODZINY AMERYKI
Wiedza i Życie nr 6/1998
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 6/1998

ZA OJCA DUCHOWEGO AMERYKI UCHODZI, I SŁUSZNIE, BENIAMIN FRANKLIN. ZA OJCA JEJ DEMOKRACJI - TOMASZ JEFFERSON. ALE OJCEM TEJ AMERYKI, Z KTÓRĄ MAMY DO CZYNIENIA, AMERYKI PRZEDSIĘBIORCZOŚCI I ROZWOJU, AMERYKI PRZEMYSŁU I BANKÓW, BYŁ MAŁO ZNANY EUROPIE I NIEZBYT KOCHANY PRZEZ HISTORYKÓW ALEKSANDER HAMILTON.

Franklin uważał swoją Amerykę za swoisty cud świata; wedle samego Hamiltona Deklaracja Niepodległości stworzyła "nową rasę Amerykanów". Ale ta "nowa rasa Amerykanów" niewiele miała jeszcze wspólnego z Ameryką, którą obmyśli sam Hamilton.

Po pierwsze, wcale nie żywiła aż takiego entuzjazmu dla swojej "rewolucji". Vice versa, powiedzmy szczerze, Anglii ówczesnej też nie za bardzo chciało się z Ameryką walczyć. Anglia była już mocarstwem światowym, królowała na morzach globu, licząc zaledwie 7.5 mln mieszkańców; Robert Clive podbijał właśnie dla niej Indie, więc wojny amerykańskiej nie traktowała zbyt serio. Ówczesna Ameryka miała, razem z 700 tys. niewolników, 3.9 mln mieszkańców i gdyby naprawdę wszyscy zdolni do walki chwycili za broń, przykryliby doborowe, ale skromne liczebnie oddziały brytyjskie przysłowiowymi czapkami.

Po drugie, to nie była jeszcze Ameryka pracowitych wyznawców Franklina. Sam Hamilton pisał w roku 1790: Pracujemy teraz mniej niż jakikolwiek cywilizowany naród europejski (tłum. I. Rusinowa).

Oczywiście, za cywilizowane wtedy narody europejskie miał ówczesnych Flamandów, Holendrów i Anglików. Bo reszta Europy też nie umiała pracować. Jeśli za coś się należy ówczesnym Amerykanom pełne uznanie, to za ich zdolność słuchania ludzi mądrych i zarazem szlachetnych, którzy stanęli na czele ich Rewolucji. Ale nawet i ci mądrzy ludzie wcale nie marzyli o Ameryce, którą wymyślił Hamilton. Wielki Tomasz Jefferson, właściciel plantacji i setek niewolników, jeszcze w roku 1782, kiedy niedobór broni i amunicji mógł nauczyć go większego zrozumienia dla techniki i przemysłu, marzył o Ameryce rolniczej. Pisał w swoich Notes on the state of Virginia: Stosunek zdrowych elementów w każdym państwie do niezdrowych określa proporcja liczbowa klasy rolników do innych jego klas, to znakomity barometr mierzący jego zepsucie. Mając zatem ziemię do uprawy, dbajmy, by nasi obywatele nigdy nie stanęli przy warsztatach, nie siedli do kołowrotków (...) Niechaj nasze warsztaty ze swymi procesami produkcji pozostaną w Europie. Lepiej wozić ich robotnikom surowce i żywność, niż ich samych przywozić do surowców i żywności, a z nimi importować ich obyczaje i poglądy.

Jefferson, bogaty pan z Monticello, zostanie ideowym i politycznym, a i mocno zawistnym przeciwnikiem Hamiltona. Ale to Jeffersona historia ma za ideał, zaś winą Hamiltona było, że nigdy nie umiał nikogo skokietować. Nawet historyków.

Hamilton wierzył, że słuszność sama wygrywa. I co zaskakujące, w tamtej Ameryce nie raz tak właśnie było... Inaczej Ameryka zostałaby Wirginią Jeffersona.

Autor biografii Waszyngtona i - obok niej - młodego Hamiltona, James T. Flexner, nie nazywa tego drugiego "synem Szkota i Angielki", lecz pogardliwie - "imigrantem z Antyli" i wypomina mu... nieprawe pochodzenie, które Hamilton ukrywał "za wyzywającą dumą". Ojcem Hamiltona był młody awanturnik z dobrej, starej rodziny szkockiej, od dawna osiadłej na Antylach; czy naprawdę nigdy nie ożenił się z młodą Angielką, która uciekła była wcześniej od swego męża, plantatora z duńskiej wyspy archipelagu, St. Croix, nawet nie wiemy. Tragedią dzieciństwa Aleksandra Hamiltona była raczej po prostu bieda, konflikty w domu i opuszczenie rodziny przez ojca. Ale matka, pożyczywszy pieniądze, sama zajęła się kupiectwem; uprawiała je wzorowo, a przy niej chłopiec nauczył się rachunków i prowadzenia księgowości.

Hamilton nie chwalił się swoim dzieciństwem, ale też nigdy nie ukrywał, że było trudne. Za to na pewno, wbrew opinii biografów, nie wszystkie czternastolatki wykazują tak ogromne ambicje i snują tak wielkie plany, jak 14-letni Hamilton, którego temperament i energię odsłania zachowany cudem list z 1769 roku. Miał lat 17, kiedy podczas choroby swego pryncypała, nowojorsko-antylskiego kupca, prowadził z sukcesem jego interesy na ogromną już skalę. Hamilton, podobnie jak Robert Morris, a inaczej niż Jefferson czy Waszyngton, będzie zawdzięczał wszystko sobie samemu - sam zarobi w przyszłości na swe studia prawnicze, sam dzięki lekturom zostanie specjalistą od finansów. Specjalistą wyprzedzającym epokę. A już z pewnością - ówczesną Amerykę.

Długi czas był podczas wojny ulubionym adiutantem Waszyngtona. Dzielnym i nieocenionym. Odszedł, kiedy szef niesłusznie go skarcił. Po latach, kiedy Waszyngton, wybrany pierwszym prezydentem Stanów Zjednoczonych, kompletował w roku 1789 swój pierwszy rząd, "wielki Morris" wskazał mu jako sekretarza skarbu - właśnie dawnego adiutanta. Tylko Hamilton, wedle Morrisa, wiedział, co zrobić z długiem państwa.

W roku 1789 miał lat 34. To znaczy, możemy przypuszczać, że tyle miał, bo z dwóch jego dat urodzenia, 1755 i 1757, druga w świetle owego listu i pracy młodego menedżera jest mało prawdopodobna. Balcerowicz z kolegami byli od niego tylko trochę starsi. Ale już w roku 1780, kiedy liczył sobie lat 25 (!), Hamilton wyłożył w liście do nowojorskiego członka Kongresu Kontynentalnego, James'a Duane'a, plan stworzenia publicznego systemu kredytowego, z bankiem państwa na wzór Banku Anglii i z myślą o rozwoju przemysłu, wzmocnieniu gospodarki tudzież uporządkowaniu finansów publicznych. I już w roku 1781, kiedy powołano Morrisa na "superintendenta" finansów, zresztą za sugestią Hamiltona, Hamilton przedstawił mu listownie plan rekonstrukcji finansów Stanów Zjednoczonych, który potem - przy niewielkich zmianach - przedstawi Kongresowi "federalnemu" w roku 1790 jako sekretarz skarbu.

Wcześnie wiedział dużo o finansach i wcześnie wiedział dużo o ludziach. Izabela Rusinowa, autorka świetnej, polskiej jego biografii, cytuje opinie młodego człowieka, w których nie było nic z młodzieńczego "weltschmerzu", a tylko dramatyczne, ludzkie doświadczenie. Kiedy kilkuset żołnierzy Waszyngtona zmarło zimą w dolinie Valley Forge z głodu i braku leków, Hamilton pisał: Jeśli system zaopatrzenia się nie zmieni, armia się bez wątpienia rozpadnie. To zbieranina, nie armia, bez mundurów, bez żołdu, bez zaopatrzenia, bez morale i dyscypliny. Zaczynamy nienawidzić własnego kraju, który o nas nie dba, a kraj nas nienawidzi, bo mu jesteśmy ciężarem (cyt. za I. Rusinową).

Nie miał złudzeń, wiedział, że ludzie kierują się "namiętnościami i uprzedzeniami", a nie "światłym zrozumieniem interesów", nawet własnych, że kierują się cudzymi opiniami, ulegając w tym samym stopniu pozorom, co rzeczywistości. W znakomitym, podręcznikowym Przeglądzie historii amerykańskiej z 1959 roku Currenta, Williamsa i Freidela, którzy też Hamiltona nie lubili, czytamy, że Hamilton reprezentował zarówno arystokratyczne gusty, jak arystokratyczną filozofię polityczną, że w "zwykłych ludzi" nie wierzył. Ale, jak słusznie podkreśla Izabela Rusinowa, żaden ze współczesnych mu polityków Ameryki nie odwoływał się tak bardzo i tak systematycznie "do inteligencji, wiedzy i cnót zwykłych obywateli". Był wyjątkowo utalentowanym publicystą i przy swoim braku złudzeń robił, co potrafił, dla przekształcenia tych zwykłych obywateli w świadomych partnerów rządu i polityków.

Nie dziwmy się, że go nie rozumiano. Planował cud - tak, jak w pół wieku później nasz Drucki-Lubecki. Bezwartościowe papierki, "dolary" Kongresu Kontynentalnego i władz stanowych, miały zamienić się w pieniądz. Trudno było w to uwierzyć.

Długo trwało, zanim Hamiltonowi udało się zebrać, zidentyfikować i przerachować na jakąś określoną wartość wszystkie zobowiązania Kongresu i stanów. Miały ulec konsolidacji, czyli obróceniu w jednolite, łączne papiery wartościowe, z których część korzystałaby z oprocentowania na 4 i 5% od razu, a reszta po 10 latach. Zróżnicowanie ich proponował Hamilton dlatego, że tylko 13% obligacji i bonów dolarowych pozostało w rękach pierwotnych wierzycieli, zwłaszcza żołnierzy armii Waszyngtona. Resztę skupili kupcy z Filadelfii oraz północnych stanów, z Nowego Jorku, Bostonu, Providence - bo to oni byli tymi "spekulantami", cwaniakami, którzy zwąchali szansę i rozsyłali po kraju, zwłaszcza po stanach plantatorskiego Południa, swoich ludzi z workami monet, by skupywali "papierki". W ich jednak rękach, rękach ludzi interesu, obrotnych, gotowych inwestować, pieniądz służyłby przedsiębiorczości. Z rąk ludzi stanów Południa szedłby głównie na konsumpcję. Tak czy inaczej, papiery wartościowe, zabezpieczone dochodami rządu, stając się wartością pewną i gwarantowaną, mogły wyręczać pieniądz, którego tak brakowało, pieniądz do obsługi handlu i rozwoju przemysłowego - a Hamilton nie wyobrażał sobie przyszłości Stanów Zjednoczonych bez handlu i przemysłu.

W swoim raporcie dla Kongresu z 14 stycznia 1790 roku tłumaczył, że dług narodowy, jeśli nie jest zbyt wielki, będzie błogosławieństwem dla naszego kraju. Nie dodawał, że, jego zdaniem, im wyżej przeszacuje się konsolidowane zadłużenie, tym więcej będzie tego
quasi-pieniądza do obrotu...

Nie poszło mu wcale łatwo. Stany Południa zgadzały się na skonsolidowanie długów całego państwa, ale protestowały zaciekle przeciwko "assumption", przejęciu, czyli objęciu konsolidacją długów stanowych. W pierwszym głosowaniu, w izbie niższej Kongresu, którą nie wiedzieć czemu Beardowie, autorzy słynnego Rozwoju cywilizacji amerykańskiej, uważali za "ludowe skrzydło Kongresu", odrzucono projekt Hamiltona w tej kwestii. Białe Południe w rzeczywistości głosowało przeciw perspektywie akcyzy, czyli opodatkowania jego importu, i przeciwko wszelkim podatkom jako dochodom państwa, gwarantującym pokrycie dla nowych papierów wartościowych. Beardowie cytowali dowcipny list senatora Maclaya z Pensylwanii do przyjaciół w Wirginii:

W ubiegły poniedziałek Mr Sedgwick (z Massachusetts) wygłosił mowę pogrzebową na grobem panny Assumption... Jej śmierć opłakiwali z wielkim bólem rodzice pochodzący z Nowej Anglii. Pan Sedgwick, cieszący się sławą najlepszego kaznodziei, został poproszony o wygłoszenie tej mowy. Uczynił to z iście purytańskim namaszczeniem (...). Główną płaczką była pani Spekulacja i trzeba przyznać, że wywiązała się z tej roli znakomicie, ponieważ była matką panny Assumption - nadziei jej rodziny (tłum. T. Święcka).

Radość była przedwczesna: jak to w młodej demokracji, temat wrócił znowu pod obrady. Jedyny raz wtedy Jefferson pomógł Hamiltonowi, bo wówczas jeszcze interesy kraju przeważały nad osobistymi niechęciami. Wynegocjował zgodę stanów Południa - ulokowano za to na 10 lat stolicę Stanów Zjednoczonych w Filadelfii, zaś ostateczną, przyszłą stolicę - nad Potomakiem w stanie Maryland.

Morris przekonał Pensylwańczyków. Postulatom Hamiltona stało się zadość. Problem długu publicznego został rozwiązany. Dług publiczny z klęski zamienił się w narzędzie rozwoju - choć nie wszystkie wyemitowane przed laty papiery wróciły do wykupu, bo większość ich właściciele po prostu wyrzucili...

Obligacje rządu federalnego, oprocentowane na 6%, wzbudziły niemałe zainteresowanie - w Europie. Europejskie pieniądze, przerażone wojnami, chciały uciec i schronić się w jakieś bezpieczne papiery wartościowe. Tylko w pierwszym okresie, do roku 1795, statki przewiozły do Ameryki złoto i srebro wartości 20 mln dolarów. Do roku 1801 - dalsze 13 mln, i pewnie dlatego tylko tyle, że transport zrobił się ryzykowny. Nie koniec na tym: zanim Napoleon zdążył zająć Niderlandy, bankierzy amsterdamscy zdążyli udzielić Stanom Zjednoczonym 14 mln dolarów pożyczki. Wszystko sprzyjało planom Hamiltona. Nawet wojny Europy.

Hamilton jednak obmyślił, jak pamiętamy, i Bank Stanów Zjednoczonych. Ten projekt spotkał się ze wściekłą wręcz opozycją Jeffersona, który argumentował, że władze federalne nie mają prawa takiego banku powołać; doszło do zasadniczego sporu ustrojowego. Ale Jefferson nie zdołał przekonać ani Izby Reprezentantów, ani Senatu, a Waszyngton podpisał 25 lutego 1791 roku uchwaloną przez nie ustawę.

Nie był to jeszcze bank centralny, jaki uformuje ostatecznie w Anglii Robert Peel; miał to być potężny bank handlowy, udzielający normalnych kredytów handlowych farmerom, kupcom i przemysłowcom, wspierający zarazem państwo. Do niego miały spływać podatki, rząd lokowałby w nim swoje fundusze, a prywatni deponenci swoje wkłady.

Projekt ustalał wysokość kapitału zakładowego na dziesięć milionów dolarów, czyli więcej niż miały istniejące już trzy amerykańskie banki prywatne razem. Dwa miliony wnieść miał rząd; resztę akcji, o 6-procentowej dywidendzie, rozprowadzono by za brzęczącą monetę, za złoto i srebro, ale bez prawa głosu dla akcjonariuszy z zagranicy. I bank miałby prawo emitować swoje własne obligacje, ściągać więc znowu tym sposobem twardą walutę do swoich sejfów.

Bank z siedzibą w Filadelfii mógł wedle uznania otwierać filie w innych miastach; co najważniejsze jednak - dano mu prawo emisji banknotów, prawdziwych już "not bankowych", wymienialnych na złoto; oznaczało to instalację waluty papierowej, ale solidnej, której przyjmowanie we wszelkich płatnościach na terenie Stanów Zjednoczonych byłoby obowiązkowe. Tym samym weszłoby do obrotu, ile trzeba, środków pobudzających przedsiębiorczość, a Hamilton w 1792 roku przekonał Kongres i do ochrony celnej młodego przemysłu Ameryki. Sam Waszyngton uznał, że trzeba uczynić kraj niezależnym od innych w najważniejszych sprawach, szczególnie zaś w sprawach związanych z zaopatrzeniem armii (tłum. T. Święcka).

Tak Ameryka zaczynała od protekcjonizmu, który do Niemiec przewiózł w pół wieku później Fryderyk List; to Hamilton rodzącą się amerykańską gospodarkę nauczył protekcjonizmu jako wyznania wiary. Na długo. Ameryka lat dziewięćdziesiątych XVIII wieku rozkwitła koniunkturą. Powstawały nowe zakłady przemysłowe, budowano kanały dla transportu, a bogaci ludzie Filadelfii, leżącej na pograniczu rozrzutności Południa i gospodarności Północy, robili interesy i pławili się w luksusie: nigdy w tym mieście bogobojnych kwakrów nie było tylu pięknych kobiet i nie wypito podobno tyle hiszpańskiej madery, co wtedy. Początkowo rej wodzili spekulanci, zagrozili nawet chwilowo stabilności Banku Federalnego, ale Hamilton czuwał i środkami z funduszu amortyzacyjnego uspokoił rynek. Prosperity rosła nieprzerwanie.

W 1789 roku Kongres polecił również Hamiltonowi przygotowanie raportu w kwestii waluty narodowej. Dzięki ustawie o systemie monetarnym z 1792 roku ruszyła - mennica. Ciekawe, że nie zaczęła od dolarów, lecz od monety zdawkowej, od najdrobniejszego bilonu: od 1793 roku bito najpierw z miedzi centy i półcentówki. Co świadczy, ile warte były dolary "kontynentalne"... Dopiero w roku 1794 ukazał się pierwszy srebrny dolar i srebrne "dime'y", dziesięciocentówki; dolar solidny - wagę jego ustalono wedle miary anglosaskiej, w granach (od "grain", ziarno), czyli siedmiotysięcznych częściach funta, na 371.25 granów czystego srebra.

Czy w stosunku do swego ojca, hiszpańskiego "dalero", był lżejszy, nie jest dziś jasne; dość, że Jefferson w roku 1804, już jako prezydent Stanów Zjednoczonych, zawiesi tłoczenie własnych dolarów (zaczęto je bić znowu dopiero w roku 1840). Nawet mennica drażniła przeciwników Hamiltona. Przez jej pierwsze dziesięć lat co rusz zgłaszano wnioski o jej zamknięcie, ale Kongres stale przedłużał jej pięcioletnie upoważnienie do bicia monety. Wampumy definitywnie znikły z obrotu.

Tak czy inaczej, to Hamilton stworzył amerykański pieniądz, bank, monetę i warunki dla rozwoju gospodarczego. Wymyślił Amerykę. Kiedy zrobił, co zaplanował, pozbyli go się wszyscy, tak zwolennicy, jak przeciwnicy. Zbyt łatwo ponoć zrażał sobie ludzi.

Myślę, że nie potrafili mu darować wszystkiego, co zdziałał. Przejmowali jego idee, programy i rozwiązania bez słowa o tym, że zmienili poglądy. Historycy mieli mu za złe, że się nie dorobił na swoich reformach. A nawet i śmierć: zginął rzeczywiście "arystokratycznie" - w pojedynku. Wyzwał go wiceprezydent przy Jeffersonie, Aaron Burr, którego miał za oczajduszę. Burr po sygnale strzelił pierwszy - z odległości 10 jardów. Ojciec Ameryki zmarł po 31 godzinach, 12 sierpnia 1804 roku.

Ryc. Julian Bohdanowicz