Twoja wyszukiwarka

X.RUT
W CELACH LECZNICZYCH
Wiedza i Życie nr 6/1998
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 6/1998

Zdawało mi się, że wiem wszystko o aberracjach egipskiego klimatu. Zwłaszcza po tym, jak nieopatrznie wybrałem się w nocną podróż nie ogrzewanym jeepem z Kairu do Asuanu i po przybyciu do celu podróży przez kilka godzin nie mogłem rozprostować zesztywniałych z zimna stawów. Ale ten zimowy wieczór w Kairze nauczył mnie czegoś nowego, że pod palmami może być tak zimno i wilgotno, jak między sosenkami na Helu.

Miałem złożyć wizytę doktorowi Y, młodemu wówczas uczonemu w dostojnym uniwersytecie Al Azhar (rok założenia 972). Mrocznymi zaułkami, krużgankami i przejściami między wewnętrznymi ogrodami dotarłem mniej więcej na wyznaczone miejsce, dalej musiałem już pytać o drogę. Zapukałem wreszcie do pięknie zdobionych i mocno zniszczonych drzwi. Y popatrzył na mnie, ujął pod ramię, posadził na najwygodniejszym meblu i bez słowa wyciągnął z przepastnej szuflady flaszkę, której nigdy bym się w tym centrum muzułmańskiej nauki nie spodziewał. Nalał po sporej miarce do cudownych szafirowych czarek na srebrnych, filigranowych nóżkach. Widząc w mych oczach zdumienie (i nadzieję, że przezroczysty płyn odpowiada etykietce na butelce), innymi słowy: czytając w moich myślach, Y powiedział krótko: Przemarzłeś, to lekarstwo, żebyś bardziej nie zachorował. Zapobiegawcza terapia wymagała kilku (a może kilkunastu, wspomnienia nie są zbyt dokładne) dodatkowych czarek, gospodarz dzielnie mi sekundował, naturalnie też w celach medyczno-prewencyjnych, w końcu mogłem go zarazić. Terapia okazała się nad wyraz skuteczna: nie przeziębiłem się, a w powrotnej drodze do hotelu nie czułem nawet chłodu, choć było jeszcze przed wschodem słońca.

Rys. Grzegorz Szumowski

Zdarzenie to przypomniało mi się niedawno, gdy wyczytałem w prasie ("Le Monde" z 13 stycznia 1998 roku), że słoneczny stan Kalifornia zalegalizował palenie marihuany "w celach leczniczych". Wnet posypały się świadectwa chorych i lekarzy o dobroczynnym wpływie marihuany na liczne schorzenia: od epilepsji i zaburzeń słuchu do jaskry i zarażenie HIV. Francuskie stowarzyszenie MLC, orędujące za sprzedażą narkotyków pod państwowym nadzorem, skierowało do ministerstwa zdrowia podanie o zezwolenie na import 10 kg trawki w celach terapeutycznych.

Po początkowym wrogim przyjęciu, kiedy to za palenie trującego zielska można było nawet stracić głowę, palenie tytoniu zaczęto uważać za zabieg leczniczy. Teraz, jak każdy może łatwo się przekonać, panują wręcz przeciwne poglądy. Minister zdrowia RP z wielkich plakatów oświadcza nawet, że palenie tytoniu powoduje kilka przykrych schorzeń, choć na poparcie tych słów ma najwyżej dane statystyczne, i to nader tendencyjnie interpretowane.

Nowsze badania wykazują, że nikotyna, do niedawna uważana za główną truciznę w dymie tytoniowym, nie jest rakotwórcza, ma natomiast niewielki pozytywny wpływ na niektóre schorzenia (np. opóźnia rozwój choroby Alzheimera). Kolejnym głównym oskarżonym stają się różne paskudne związki występujące w smołach, powstających w procesie spalania tytoniu, nie bardzo jednak widać, dlaczego nie miałyby również tworzyć się przy paleniu leczniczego skręta z marihuany. A w samym dymie tytoniowym jest ich pewnie nie więcej niż w innych dymach, których nikt jakoś nie każe unikać, np. w kadzidlanym. Jest też wielce prawdopodobne, że substancje smoliste nie tyle powodują raka, ile sprzyjają jego rozwojowi u osobników z pewnym (niestety, dość częstym) defektem genetycznym. Zapewne podobnie będzie z marihuaną: jednym palenie tego zioła będzie po prostu sprawiać przyjemność, innym w jakimś stopniu pomoże, jeszcze innym - zaszkodzi, może nawet bardzo poważnie.

Bawi mnie jednak myśl, że niebawem w gęsto zasnutych dymem z leczniczych skrętów barach pięknej i zwariowanej Kalifornii rozlegać się będzie donośny protest "dbających o zdrowie", gdy tylko ktoś wyciągnie z kieszeni paczkę cameli.

O przyczynach i powodach wprowadzenia w swoim czasie prohibicji w Stanach Zjednoczonych napisano tomy. Nikt dziś jednak nawet nie próbuje bronić tego pomysłu, którego jedynym trwałym skutkiem było powstanie i okrzepnięcie wysoce zorganizowanej przestępczości oraz fortun kilku dziś bardzo znanych rodzin.

Fascynuje mnie zyskująca coraz większą popularność socjologiczna hipoteza, że histeryczna kampania antynikotynowa w USA jest reakcją (zemstą) pokolenia dzieci-kwiatów na jedyną klęskę, jaką poniosło: tradycyjne społeczeństwo uniemożliwiło legalizację narkotyków, do czego owo pokolenie całym sercem dążyło. Dziś, kiedy dzieci-kwiaty dorosły do objęcia decydenckich ról społecznych i objęły je, łącznie z najwyższymi urzędami, z lubością zwalczają palenie tytoniu, co przed trzydziestu laty uważały (i do dziś uważają) za przejaw konserwatyzmu i symbol tego wszystkiego, przeciw czemu się zbuntowały. Legalizacja palenia trawki jawi się wtedy jako druga strona tego samego medalu.

A skoro już poruszyłem temat statystyk używanych jako uzasadnienie wprowadzanych zakazów i nakazów, nie mogę oprzeć się chęci podzielenia się z czytelnikami zabawny-mi spostrzeżeniami autora listu do redakcji brytyjskiego "Guardiana". Owego gentlemana zirytował nakaz noszenia kasków ochronnych przez rowerzystów. Argumentuje zaś mniej więcej tak: wskaźnik śmiertelności motocyklistów, którzy od lat jeżdżą w kaskach, wynosi 104 na miliard przejechanych kilometrów. Skoro więc uznano za celowe, aby nosili kaski rowerzyści, wśród których - bez noszenia kasków! - wskaźnik ów wynosi tylko 50, to dlaczego nie nakazać noszenia kasków pieszym, dla których wskaźnik śmiertelności wynosi aż 70 na miliard przechodzonych kilometrów? A ponadto, jeśli zważyć, że zdecydowana większość śmiertelnych ofiar pijanych kierowców była w chwili wypadku trzeźwa, to czemu nie wprowadzić ustawowego minimum poziomu alkoholu we krwi, który byłby wymagany od wszystkich użytkowników dróg? Liczba trzeźwych ofiar niewątpliwie by się wtedy zmniejszyła!