Twoja wyszukiwarka

KRZYSZTOF SZYMBORSKI
Z VIAGRĄ NA SZCZYTY
Wiedza i Życie nr 7/1998
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 7/1998

NAMIĘTNOŚĆ RODZI SIĘ W GŁOWIE. GDY ZABRAKNIE MOTYWACJI, NAWET VIAGRA NIE POMOŻE.

W dobrym towarzystwie nie dyskutuje się na temat polityki i religii. Seks, jako zakazany przedmiot konwersacji, nie znalazł się na tej krótkiej liście charakteryzującej amerykańską obyczajowość zapewne z racji jego oczywistej niestosowności. Rozmawiać można natomiast do woli na tematy medyczne.

Od czasu kiedy na początku kwietnia tego roku firma Pfizer wprowadziła na amerykański rynek świeżo zatwierdzony przez Food and Drug Administration lek na męską impotencję o nazwie Viagra, odnieść można wrażenie, że w dobrym (i nie tylko dobrym) towarzystwie nie mówi się tu o niczym innym jak o "erekcyjnej dysfunkcjonalności". Do przełamania pokutującej jeszcze wśród Amerykanów purytańskiej pruderii przyczyniła się zresztą walnie polityka. Tak się złożyło, że drobiazgowa analiza intymnego życia urzędującego prezydenta poprzedziła pojawienie się Viagry, co mogłoby budzić podejrzenie, że cała "afera rozporkowa" była częścią kampanii reklamowej Pfizera.

KULT FALLUSA

Viagra jest czymś więcej niż tylko nowym lekarstwem. Jej pojawienie się na półkach aptek jest oczywiście świadectwem niebywałego postępu w dziedzinie farmakologii, ale oprócz naukowego znaczenia tego wydarzenia nie mniej doniosłe są jego ekonomiczne, obyczajowe i polityczne implikacje. Przyszli historycy uznają być może wiosnę 1998 roku za przełomową datę w historii zachodniej kultury i cywilizacji. Supozycja taka wzbudzić może odruch sprzeciwu, postaram się więc ją uprawdopodobnić, odwołując się na wstępie do przykładów historycznych.

Zdaniem badaczy dawnych kultur, nasi przodkowie dość powszechnie przypisywali zarówno męskim, jak żeńskim organom płciowym moc magiczną, a zdolność reprodukcji uważali za jedną z podstawowych sił przyrody. Kult płodności zajmował poczesne miejsce w wierzeniach religijnych a symbol falliczny obecny był w wielu kulturach, inspirując artystów. Do dziś zachowały się na przykład podobizny dwunożnych fallusów, obdarzonych jeszcze własnymi fallusami, wykonane przez Etrusków w czasie rozkwitu ich kultury w IV i III wieku p.n.e.

Licznych aluzji seksualnych doszukać się także można w Starym Testamencie. W kulturze chrześcijańskiej nastąpiła jednak stopniowa sublimacja wszelkich dosadnie jednoznacznych odniesień do biologicznej prokreacji, zaś podniesieniu seksualnej wstrzemięźliwości do rangi najwyższej cnoty towarzyszyła degradacja seksu.

Wzór chemiczny składnika aktywnego Viagry

W efekcie kultura europejska uległa polaryzacji. "Wysoka Kultura," ze swą skłonnością do ascezy i wzniosłego uduchowienia, gardziła niskimi, ziemskimi uciechami, które stały się domeną plebejskiej kultury masowej, uznawanej za wulgarną i prymitywną. Sfera życia seksualnego była też niemal całkowicie ignorowana przez oficjalną naukę i medycynę. Nie wszędzie jednak ta stygmatyzacja seksu jako jednej z "sił nieczystych" była równie radykalna i w wielu kulturach pozaeuropejskich przetrwał kult męskiej potencji.

Na przykład w Azji medycyna zawsze traktowała poprawę męskiej sprawności seksualnej jako ważne zadanie i jeszcze dziś powszechne jest w wielu krajach tego kontynentu przekonanie o cudownej skuteczności ludowych leków, takich jak słynny korzeń żeń-szeń, zmielony róg nosorożca (42 dolary za g), kamienie żółciowe niedźwiedzia, zupa z tygrysich genitaliów czy też szczególnie poszukiwane przez japońskich i chińskich mężczyzn jaja australijskiego strusia emu (ich skorupy, starte na proszek, sprzedawane są turystom z Azji po 35 dolarów za 5 g). Zapotrzebowanie na te produkty, których medyczna skuteczność jest, mówiąc eufemistycznie, wielce problematyczna, przyczyniło się w istotnej mierze do zagrożenia biologicznego przetrwania niektórych gatunków dzikich zwierząt.

Choć dla światłych Europejczyków jawna i ostentacyjna fascynacja seksualną potencją była czymś w rodzaju testu barbarzyństwa, także w Europie produkcja i handel afrodyzjakami, odbywające się za fasadą oficjalnej sztuki medycznej, były i są kwitnącą dziedziną gospodarki. Temat kulinarnych środków podniecających - od ostryg, poprzez miód, czekoladę i kwiaty jaśminu, do ostrych przypraw i czosnku - obrósł bogatym folklorem. Jednak spośród wszystkich tajemniczych "eliksirów miłości" największą sławę zyskała w Europie tzw. mucha hiszpańska, a także johimbina.

W istocie obie te substancje są truciznami i w kronikach sądowych zanotowano nawet przypadki udanych morderstw popełnionych za ich pomocą. Nie znaczy to jednak, że jako afrodyzjaki są całkowicie nieskuteczne. "Mucha hiszpańska" (która zresztą nie jest muchą, lecz chrząszczem) wytwarza substancję o nazwie kantarydyna służącą do obrony. Dawniej ten silnie alkaliczny związek używany był w lecznictwie, na przykład do wypalania brodawek. W niewielkich stężeniach powoduje ona stan zapalny cewki moczowej, której podrażnienie wywołuje wzwód - niekiedy długotrwały i bolesny. W 1861 roku przekonał się o tym cały oddział Legii Cudzoziemskiej stacjonujący w Afryce Północnej. Żołnierze po spożyciu żab, które wcześniej najadły się wspomnianych chrząszczy, trafili do szpitala polowego z ostrymi objawami priapizmu (kulturalnie, bo w języku francuskim objawy tej dolegliwości opisane zostały jako "erections douloureuses et prolongées").

Mówiąc krótko, nieufność medycyny wobec tradycyjnych środków poprawy "jakości życia seksualnego" - nieufność, dodajmy, traktowana przez wielu libertynów jako dowód purytańskiego spisku mającego zniechęcić prostych ludzi do korzystania ze zmysłowych uciech - była całkowicie uzasadniona.

Gdy wreszcie w konsekwencji ogólnego złagodzenia obyczajów medycyna zainteresowała się afrodyzjakami, werdykt co do ich skuteczności był, delikatnie mówiąc, sceptyczny. Najlepszym środkiem poprawiającym seksualną sprawność, głosiły zgodnie medyczne au-torytety, jest zdrowy i pożywny posiłek. Do czasu Viagry na rynek farmakologiczny nie został formalnie dopuszczony żaden doustny specyfik mający wzmóc potencję.

SZTYWNY DOWÓD DR. BRINDLEYA

Symboliczne otwarcie nowej epoki w dziedzinie leczenia impotencji nastąpiło w okolicznościach dość spektakularnych. W roku 1983, w Las Vegas podczas konferencji medycznej, 57-letni brytyjski lekarz Giles Brindley, wygłaszając referat, wyszedł nagle spoza mównicy, ściągnął spodnie i setkom zgromadzonych na sali kolegów przedstawił sztywny dowód skuteczności opracowanej przez siebie terapii. Do życzliwego przyjęcia jego niekonwencjonalnej demonstracji przyczynić się mógł fakt, że Las Vegas trudno uważać za centrum amerykańskiego purytanizmu. Poza tym, w konferencji uczestniczyli w końcu lekarze, a nie jakaś niewinna młódź. Bez wątpienia jednak jeszcze kilka lat wcześniej podobne zachowanie wywołałoby skandal.

Rewolucje obyczajowe nie następują oczywiście z dnia na dzień. Tolerancja, a nawet żywe zainteresowanie, z jakim przyjęto to medyczne osiągnięcie, były z pewnością produktem długiego okresu inkubacji. Do zmiany stosunku medycyny do problemów seksualnych przyczynili się i Zygmunt Freud, i "seksualni rewolucjoniści" z lat sześćdziesiątych. Ci ostatni, członkowie pokolenia "Baby Boom", po krótkim i burzliwym okresie buntu osiągnęli wiek dojrzały i stali się żarłocznymi konsumentami produktów przemysłu medycznego - w szczególności tych, które obiecywały poprawę "jakości życia" oraz opóźnienie nadchodzącej starości. Dla Gilesa Brindleya i innych badaczy zajmujących się impotencją 79 mln "Baby Boomersów" stanowiło naprawdę chłonny rynek.

Impotencją Brindley zainteresował się właściwie przez przypadek. W roku 1982 zaintrygowało go stwierdzenie jednego z jego kolegów, przekonanego, że niektóre leki obniżające ciśnienia krwi mogą powodować trudności z erekcją. Brindley podejrzewał coś dokładnie przeciwnego i aby swą hipotezę potwierdzić, zaczął eksperymentować na własnym członku, wstrzykując w to czułe miejsce rozmaite leki przeciwko nadciśnieniu. Jednym z nich była papaweryna i to ona właśnie doprowadziła do efektu, który później Brindley dumnie zaprezentował w Las Vegas.

Od czasu jego pionierskich prac metoda ta, z pewnymi farmakologicznymi modyfikacjami, stała się rutynową procedurą stosowaną przez około 25% spośród mniej więcej 2 mln ofiar męskiej impotencji w Stanach Zjednoczonych. Ci, którzy wzdragają się na samą myśl o zrobieniu sobie zastrzyku w intymną cześć ciała (i w intymnych okolicznościach), mają do dyspozycji podręczne pompki próżniowe (oraz gumkę recepturkę zapobiegającą natychmiastowemu zakończeniu erekcji), chirurgicznie wszczepiane elastyczne lub nadmuchiwane protezy, a także kurację hormonalną i psychoterapię. Radykalny przełom w leczeniu erekcyjnej dysfunkcji wymagał jednak czegoś więcej niż prób po omacku. A przecież jeszcze w końcu lat osiemdziesiątych niewiele było wiadomo na temat szczegółów fizjologicznego procesu prowadzącego do erekcji.

Wyjaśnienie, które bez wątpienia zaliczyć można do ważnych naukowych sukcesów ostatniego dziesięciolecia, jest częścią znacznie większej historii o wielu fascynujących wątkach - historii tlenku azotu. Warto ją w wielkim skrócie przypomnieć, zanim przejdziemy do opisu szczególnej roli tego związku w procesie wzwodu.

Tlenek azotu jest jednym z najprostszych związków chemicznych - składa się z dwu atomów dwu najpospolitszych na ziemi gazów, czyli tlenu i azotu. Sam też jest gazem, o którym do niedawna wiadomo było właściwie tyle, że znajduje się w spalinach samochodowych i jako wolny rodnik wchodzi w reakcje z innymi składnikami atmosfery, przyczyniając się do powstawania trującego smogu. W 1980 roku w całej literaturze chemicznej znaleźć można było zaledwie 12 artykułów naukowych na jego temat. O fizjologicznej funkcji tlenku azotu nie było właściwie nic wiadomo aż do roku 1987, kiedy kilku uczonych doszło niezależnie od siebie do wniosku, że to właśnie NO jest tajemniczą substancją regulującą ciśnienie krwi przez rozluźnienie mięśni gładkich otaczających naczynia krwionośne.

Dalszy rozwój wydarzeń związanych z tlenkiem azotu okazał się wręcz sensacyjny. W ciągu krótkiego czasu uczeni wykryli, że odgrywa on także ważną rolę w regulacji pracy płuc, wątroby, nerek, żołądka i jelit, zaś w mózgu pełni funkcję ważnego neuroprzekaźnika. I oczywiście, jako czynnik kontrolujący ciśnienie krwi, jest chemicznym kluczem do erekcji. Dzięki tej nowej wiedzy udało się go wykorzystać w leczeniu.

Kuracja tlenkiem azotu pomaga przeżyć noworodkom, u których wystąpiły problemy z oddychaniem. Nagle stało się też jasne, dlaczego stosowane z powodzeniem od lat leki, na przykład nitrogliceryna, która rozkłada się do tlenku azotu, są skuteczne w leczeniu chorób układu krążenia.W 1992 roku czasopismo "Science" uznało NO za "cząsteczkę roku", a cztery lata później liczba prac naukowych na jego temat przekroczyła 5 tys.

MILIARD DOLARÓW I SZEŚĆ OFIAR

Viagra, której proerekcyjne własności dostrzeżone zostały w 1992 roku, w czasie gdy sildenafil (patrz ramka Tajemnica męskości) testowany był jako potencjalny lek na chorobę naczyń wieńcowych, wyraźnie przewyższa wszystkie dotychczas stosowane środki zapobiegające impotencji. Przede wszystkim jest pierwszym lekiem doustnym, choć zapewne nie ostatnim, ponieważ co najmniej siedem innych znajduje się w rozmaitych stadiach badań i prób. Może być zażywana dyskretnie i nie wymaga to skomplikowanych, a niekiedy bolesnych manipulacji, jak w przypadku innych środków wspomagających potencję.

Co więcej, podczas gdy inne metody "wymuszania" erekcji dają właściwie mechaniczny efekt, powodując nie kontrolowany wzwód niezależnie od okoliczności, nazwijmy to, towarzyskich, Viagra bynajmniej nie działa automatycznie. Mała niebieska pastylka może pomóc w utrzymaniu seksualnej sprawności, ale nie powoduje sama przez się wzwodu. Osiągnięcie stanu "seksualnej gotowości" wymaga erotycznej podniety, a zatem współżycie seksualne zachowuje swój naturalny charakter.

Wśród powodzi publikacji prasowych po wprowadzeniu Viagry do sprzedaży tylko nieliczne artykuły wgłębiają się w fizjologiczne tajniki jej działania. Największe zainteresowanie budzi jej fenomenalny sukces rynkowy. Liczba wypełnionych recept już dawno przekroczyła milion i co tydzień lekarze wypisują ponad 300 tys. nowych. Prognozy przewidują, że sprzedaż leku osiągnie wkrótce w samych Stanach Zjednoczonych poziom miliarda dolarów rocznie. Zapanowała tu zresztą nagle epidemia impotencji. Z zastrzyków, chirurgicznych implantów i pompek próżniowych przywracających sprawność seksualną korzystało około 2 mln Amerykanów, dziś natomiast, sądząc z popularności Viagry, na niemoc cierpi około 30 mln przedstawicieli płci męskiej. Zresztą chętnie spróbowałoby Viagry także wielu mężczyzn, którzy nie mają kłopotów z potencją, w nadziei, że jakość ich życia intymnego wyraźnie się poprawi.

Firmy ubezpieczeniowe, które dotąd przynajmniej częściowo pokrywały koszty leczenia impotencji, dziś, gdy decyzja o podjęciu kuracji nie wymaga tyle samozaparcia co dawniej, muszą podjąć trudne decyzje. Niektóre odmawiają zwrotu kosztów Viagry (około 10 dolarów za pastylkę) i narażają się na sądowe dochodzenie przez pacjentów swych praw - pierwsze pozwy trafiły już do sądów. Inne wprowadzają "reglamentację seksualną", zgadzając się na częściowy zwrot kosztów czterech bądź sześciu pastylek miesięcznie. Dodatkowym problemem zapalnym o politycznym (czy może raczej klasowym) charakterze jest fakt, że w jedenastu stanach bezrobotni i biedni obywatele korzystający z państwowego systemu ubezpieczeń mają prawo do otrzymania miesięcznie kilku pastylek Viagry bezpłatnie - od czterech na Florydzie do dziesięciu w stanie Utah miesięcznie. Siły prawicowe zapytują, rzecz jasna, czy kuracja ta jest "medyczną koniecznością".

W debatę o przyszłości Viagry i całej "medycyny rozrodczej" włączyły się oczywiście kobiety. Wiele z nich uznało za przejaw dyskryminacji fakt, że mężczyzni pragnący Viagrą poprawić swe życie seksualne są subwencjonowani przez towarzystwa ubezpieczeniowe, które jednocześnie odmawiają kobietom prawa do darmowych pigułek antykoncepcyjnych. Ponadto chciałyby się dowiedzieć, kto zadecydował, że Viagra jest lekiem tylko dla mężczyzn? Wiele pań, które ją wypróbowało, twierdzi, że lek wyraźnie poprawił jakość ich erotycznych doznań. Pfizer przyspiesza więc proces testowania swego cudownego leku na kobietach z nadzieją, że wkrótce i one będą do niego miały formalne prawo. Czy trzeba będzie wymyślić nową definicję kobiecej impotencji?

Odrębny problem to globalny czarny rynek, żerujący na nieszczęśnikach żyjących w krajach, w których lek nie został jeszcze dopuszczony do legalnej dystrybucji. A, jak dotąd, poza Ameryką został on wprowadzony tylko na rynki meksykański i brazylijski. W Polsce cena jednej niebieskiej pigułki ustabilizowała się w "nieoficjalnym obiegu" na poziomie 25 dolarów, ale popyt nie jest bardzo duży. Szczególne zainteresowanie lekiem zaobserwowano natomiast w Egipcie, Korei i Chinach. W zalewie publikacji dziennikarze, jak się wydaje, przeszli do porządku dziennego nad doniesieniami o śmierci sześciu pacjentów zażywających Viagrę. Przy ponad milionie recept jest to właściwie statystycznie nieuchronne - twierdzą niektórzy. A poza tym, ma to być pastylka na potencję, nie na nieśmiertelność.