Twoja wyszukiwarka

STEFAN BRATKOWSKI
WŁASNYMI SZLAKAMI
Wiedza i Życie nr 7/1998
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 7/1998

AMERYKA NIGDY NIE BYŁA EUROPĄ PRZENIESIONĄ ZA OCEAN. NAPISAŁEM KIEDYŚ KSIĄŻKĘ PT. ODDALAJĄCY SIĘ KONTYNENT, DOWODZĄC, ŻE AMERYKA JEST NIE TYLE 15 LAT PRZED EUROPĄ, CO 150 LAT W BOK. Z DZISIEJSZEJ OPOWIEŚCI WYNIKNIE, ŻE NIE 150, A BLISKO 200 LAT. AMERYKA BOWIEM WSZYSTKO WYMYŚLAŁA NA NOWO I SAMA. TAKŻE I W DZIEDZINIE BANKOWOŚCI.

Pierwsze kilkadziesiąt lat niepodległej Ameryki przeniósł do legendy Alexis de Tocqueville słynnym dziełem O demokracji w Ameryce, świadectwem pełnym i obiektywnym. Jednakże autor, wnikliwie śledząc wszelkie niebezpieczeństwa demokracji, nie dostrzegł nawet, jaką rolę w życiu politycznym zarówno społeczności lokalnych, jak stanów i całego państwa odgrywał - pieniądz. Z kolei Charles i Mary Beardowie, autorzy wspaniałego Rozwoju cywilizacji amerykańskiej, prawie pomijają wpływ pieniądza na rozwój Ameryki owych czasów.

Początki Ameryki opromienia wielkość postaci, które się na te początki złożyły. Tak naprawdę byli to w większości amatorzy, których przed niepowodzeniami i katastrofami chronił anglosaski zdrowy rozsądek. Też nie zawsze. Tomasz Jefferson, fanatyczny fizjokrata, nienawidził banków i np. obrotu bezgotówkowego po prostu nie rozumiał (jakież nonsensy wypisywał w listach do Waszyngtona jako prezydenta!). Długie upłynęły lata, zanim, sam już będąc prezydentem, odkrył, że przemysł i banki są niezbędne dla rozwoju kraju. I to on, Jefferson, do końca szczery amator, nieopatrznym embargiem w roku 1807 doprowadził Stany do załamania gospodarczego, chwilowego na szczęście.

Następcom też nie brakowało talentu robienia głupstw, choć nie byli umysłami tak wybitnymi. A życie polityczne młodej demokracji zżerały dziesiątki wściekłych konfliktów i zawiści, partykularyzm, korupcja i ambicje własne - zabójca Hamiltona, wiceprezydent Jeffersona, Aaron Burr, próbował sobie wykroić własne państwo na Florydzie, kiedy miały ją przejąć Stany Zjednoczone... Jak w każdej młodej demokracji, dostęp władzy do pieniędzy demoralizował elitę polityczną, z czasem proklamowano wręcz hasło, upoważniające do obsadzania stanowisk "swoimi" ludźmi: spoils belong to the winner, łupy należą do tego, kto wygrał.

Całą tę amatorszczyznę i choroby młodości zabezpieczył przed klęską wyjątkowy układ stosunków międzynarodowych: największe zaborcze potęgi Europy paraliżowała nie kończąca się przez ponad 20 lat wojna. Wymagała pieniędzy - i Napoleon sprzedał Stanom Zjednoczonym za 15 mln dolarów olbrzymie terytorium tzw. Luizjany, na wschód od trzynastu stanów aż po Missisipi! Anglii też na Ameryce nie zależało; kiedy następca Jeffersona wplątał Amerykę w wojnę z Anglią, rozeszło się po kościach - choć jeden korpus brytyjskich zawodowców starczył, by zająć Waszyngton i demonstracyjnie spalić budynki władz federalnych.

Sami Amerykanie tych władz federalnych nie lubili i przeszkadzali im, jak mogli; atakowaniem ich przez pół wieku (jak i dzisiaj) najłatwiej zdobywało się poparcie wyborców. Państwo rozdzierały sprzeczne interesy - Północ chciała chronić cłami swój młody przemysł, Południe chciało za swoje łatwe pieniądze z pracy czarnych niewolników taniej kupować za granicą.

Południe tej swojej "peculiar institution" nie raczyło się wstydzić. Okręty wojenne Anglii ścigały już handel "żywym towarem" (co podnosiło jego cenę), ale kwitł przemyt z niewolniczych wysp Antyli, zaś na samym Południu - "hodowle niewolników"(!). Na Antylach wolno było niewolnika wyzwolić (!), tu nie; zbiegów stany Północy wydawały w ręce "właścicieli". Bo czarnych ludzi nie lubiła i Północ. Tylko w Nowym Jorku, który wstydził się torturowania ich, wieszania i palenia na stosach w roku 1741, nigdy więcej ludzi o czarnej skórze nie bito i nie linczowano; Rewolucja dała im formalne prawo głosowania, a w roku 1827 wydawali już swoją pierwszą własną gazetę.

Dzielni pionierzy z północnego wschodu Stanów zasiedlali coraz dalsze rejony za Appalachami, by w imię później głoszonego "manifest destiny" (przeznaczenia oczywistego raczej niż "objawionego") dojść w kilkadziesiąt lat aż do Pacyfiku. Historię ich ekspansji plami jej własna hańba: wypędzali bowiem i mordowali Indian, także tych, którzy przyjęli cywilizację białych. Choć całe plemiona, jak Czirokezi, dopracowały się własnej oświaty, rolnictwa i gazet!, nic to nie pomogło. Dobrym Indianinem był martwy Indianin.

Kupiecka przyzwoitość, która według Tocqueville'a stworzyła Amerykę, nie dotyczyła czarnych i czerwonoskórych; sam Jefferson, niby wróg niewolnictwa, kiedy popadł w tarapaty finansowe, po prostu sprzedał kilku swoich niewolników...

Tocqueville zwiedzał Amerykę w latach 1831-1832. Dziwił się, że nie karze ona oszukańczego bankructwa. Ale właściwie sam sobie wytłumaczył, dlaczego: Amerykanie lubią porządek, bez którego interesy nie mogłyby prosperować, i szczególnie cenią sobie stałość obyczajów, która stanowi o dobrej firmie (tłum. M. Król). Bankructwa oszukańcze prawie się nie zdarzały. Jednakże sam zmysł przyzwoitości nie stworzyłby Ameryki, którą obmyślił Hamilton, ani, tym bardziej, Bank Stanów Zjednoczonych. Konieczny był do tego duch przedsiębiorczości, płynący z handlu.

Tym duchem nie obdarzył Ameryki stateczny Boston ani rozrzutna, wpół południowa Filadelfia. Charles Beard, nowojorczyk, przez skromność milczy o tym, wiedząc, jak Ameryka nie lubi Nowego Jorku, "wielkiego jabłka", Big Apple. Ale to Nowy Jork był - już wtedy - stolicą handlu. To Nowy Jork był matką Ameryki Hamiltona. Tu, inaczej niż w Bostonie czy Filadelfii, nie liczyły się koneksje rodzinne, wyznanie ani przynależność do warstwy wyższej, tu łatwiej schodziło się z utartych ścieżek, w złym i w dobrym, tu mógł zaczynać każdy, kto potrafił, i akceptowano każdego, komu się udało, nie uznając poczucia wyższości wobec nowobogackich.

Po ulicach Manhattanu przez długie lata pierwszej połowy XIX wieku biegały jeszcze swobodnie prosięta, w wielkich oborach wzdłuż brzegu East River trzymano zagruźliczone krowy, ich niebieskie mleko bielono kredą i mąką, wzbogacano melasą, by sprzedawać je tanio robotnikom pobliskich fabryk, garbarni i tartaków. Maklerzy zaś tu byli, zanim narodziła się giełda - skoro był port, handel i weksle.

Pierwsza giełda w Ameryce ruszyła w Filadelfii, ale nikt jej dziś nie pamięta. Liczy się to, że 17 maja 1792 roku grupa 24 nowojorskich maklerów spotkała się pod platanem na Broad Street przy Wall Street, ulicy Wałowej (biegnącej wzdłuż dawnej holenderskiej palisady obronnej), i zawiązała swoje stowarzyszenie; przyrzekli sobie wzajem nie kupować i nie sprzedawać nikomu niczego, żadnego rodzaju papierów publicznych, przy stawce prowizji poniżej ćwierci centa od ich wartości w gotówce. To był zalążek przyszłej giełdy nowojorskiej, słynnej New York Stock Exchange (formalnie powstała, gdy legislatywa stanowa nadała jej statut w roku 1817).

Wśród owych "papierów publicznych" (czyli przeznaczonych do obrotu, inaczej niż udziały w "prywatnych" domach handlowych) były już i udziały w bankach. Bank tym się różnił od zwykłego domu handlowego, że na podstawie nadanego przez władze stanowe statutu emitował banknoty, a więc papierowy ekwiwalent swej gotówki.

Pierwsze wiarygodne banknoty dał Stanom Zjednoczonym, jak być może Czytelnicy pamiętają, Robert Morris - sygnując własnym podpisem banknoty Banku Ameryki Północnej, który założył w stołecznej wtedy Filadelfii w roku 1781 (bank ruszył w styczniu 1782 roku; to dzisiejszy First Pennsylvania Bank).

W dwa lata później ruszył Bank of New York; choć statut nadano mu dopiero w 1791 roku, jego udziałami obracano od pierwszych jego dni. W Bostonie powstał Massachusetts Bank, przyszły "First of Boston". Ale kredytem operowały niemal wszystkie domy handlowe, które właśnie dlatego nie weszły ze swoimi środkami do Banku Ameryki Północnej.

Kredytu potrzebował handel; krótkoterminowego, góra do pół roku. Na nim się opierał. I to handlem Nowy Jork jeszcze przed końcem XVIII stulecia przegonił zarówno Boston, jak Filadelfię - choć, jak narzekali wydawcy bostońscy w roku 1796, Boston czyta nie książki, a stawki frachtów. Filadelfia nawet kupców miała od Nowego Jorku mniej. Natura sama uprzywilejowała Nowy Jork - port był bezpieczny, nie zamarzał, nie docierały doń tajfuny. Handel razem z żeglugą musiał więc rodzić bogactwo. Stocznie pracowały bez przerwy. Flota rosła dosłownie z tygodnia na tydzień.

Hamiltonowski Bank Stanów Zjednoczonych dzięki przyjmowanym depozytom i pieniądzom uciekającym z Europy dysponował potężnymi już zasobami, milionami dolarów w mocnych, twardych walutach. Mógł emitować banknoty na skalę znacznie przekraczającą potrzeby rynku Ameryki w ostatniej dekadzie XVIII wieku. Czy szło to w przemysł, jak w Anglii? Prześledźmy losy kilku ówczesnych wielkich innowacji technicznych Ameryki.

W Pawtucket w stanie Rhode Island dwaj miejscowi kwakrzy bezskutecznie próbowali montować części, przemycane z Anglii, w przędzarki mechaniczne o napędzie wodnym. Anglia nie pozwalała wywozić maszyn, ba, nawet - wyjeżdżać ludziom, którzy się na nich znali. Aliści w roku 1789 wsiadł w Anglii na statek do Nowego Jorku biedny, nieporadny, mówiący gwarą wieśniak, faktycznie - 21-letni mechanik z praktyką przędzalniczą, o fotograficznej pamięci, doświadczeniu kreślarskim i wielkich ambicjach. Onże Samuel Slater w dwa lata zrekonstruował u braci Brownów znaną sobie przędzarkę i dostał połowę udziałów wspólnej teraz firmy. Po trzech latach plantatorzy nie mogli nastarczyć z dostawami bawełny! Slater dorobił się wielkiego majątku - bez czyichkolwiek kredytów.

Eli Whitney, bajecznie utalentowany majsterkowicz z Westborough w stanie Massachusetts, w podręcznym warsztacie ojca-farmera produkował, mając lat kilkanaście, gwoździe, a potem szpilki (sam obmyśliwszy technikę wyciągania cienkiego drutu ze stali). Skończył studia, ale na karierę prawniczą zabrakło mu pieniędzy. Jako nauczyciel domowy w "bawełnianej" Georgii wynalazł odziarniarkę do bawełny. Wszedł w spółkę z zarządcą majątku, uruchomili w roku 1793 warsztaty - na Północy, w New Haven, które handlowało z Indiami, krajem bawełny. W ciągu roku dzięki jego ginom, "pułapkom na ziarna", amerykańskie zbiory bawełny wzrosły o 60%, po dalszych pięciu latach - siedmiokrotnie. Zdobył sławę i - niewiele więcej: wynalazek był zbyt prosty, zbyt łatwy do skopiowania, amerykańskie prawo patentowe zbyt dziurawe, plantatorzy gwizdali na pretensje Whitneya. Na domiar po czterech latach warsztaty spłonęły - z całą dokumentacją.

I teraz Whitney... zrewolucjonizuje światowy przemysł. Do tej pory maszyny, zegary czy strzelby produkowano każdy egzemplarz indywidualnie; Whitney obmyślił montaż znormalizowanych części wymiennych. Wystąpił do rządu z ofertą, że w dwa lata wyprodukuje 10 tys. muszkietów, z wyciorami, stemplami i bagnetami - choć jeden muszkiet wymagał co najmniej kilku dni pracy! Uwierzono mu: Whitney powiedział, że zrobi, więc zrobi. Ale zawodziły dostawy materiałów i gdy przyszedł termin oddania 4 tys. muszkietów, Whitney miał ich ledwie 500. Pojechał do Waszyngtonu, tam na oczach sekretarza skarbu i wojskowych w niecałą godzinę złożył kolejno z przywiezionych w skrzynkach części dziesięć muszkietów. Zwyciężył. Miał zarabiać teraz dziesiątki tysięcy dolarów. Znowu - bez kredytów.

Irènèe Du Pont de Nemours, uczeń Lavoisiera, uruchomił w Ameryce produkcję prochu dzięki pieniądzom przyjaciół ojca, czcigodnych masonów francuskich, którzy zainwestowali weń równowartość kilkunastu tysięcy dolarów; w Ameryce pozyskał jako partnerów kupca z Filadelfii i bogatego Francuza, byłego oficera, naturalizowanego już w Stanach. Ameryka potrzebowała dobrego prochu, po roku produkcji obroty firmy sięgały już kilkudziesięciu tysięcy dolarów. Tak narodził się przyszły koncern Du Pontów. Też bez udziału banków.

I taka też tradycja ułoży się w Stanach Zjednoczonych. Po stu latach zrodzi ona wręcz niechęć kapitału przemysłowego do kapitału finansowego...

Nie ma żadnej porządnej listy starszeństwa co do wieku banków amerykańskich. Trudno ją ustalić: późniejsze fuzje często zmieniały ich nazwy - jak owego Massachusetts Bank, który połączył się w roku 1903 z First National Bank of Boston, też pierwotnie założonym jako Safety Fund Bank.

Jako jeden z najstarszych banków Ameryki wymienia się nowojorski Chase Manhattan. Ale to "Chase" jest znacznie późniejsze - od Chase National Bank, nazwanego tak w roku 1877 dla uczczenia zmarłego, a zasłużonego sekretarza skarbu, Salmona Chase'a. To, co naprawdę powstało 2 kwietnia 1799 roku, Manhattan Company, w ogóle nie było bankiem - Aaron Burr, wtedy jeszcze razem z Hamiltonem, przeprowadzili w legislatywie stanu Nowy Jork statut dla spółki, mającej zbudować wodociągi dla miasta. Chętni subskrybowali dla niej kapitału na 2 mln dolarów, znacznie ponad koszty robót, i rada nadzorcza spółki przegłosowała utworzenie z nadwyżki funduszy - "biura dyskontowo-depozytowego". Na tej podstawie 1 września 1799 roku na Wall Street 40 otworzył podwoje Bank of the Manhattan Company. Spółka zresztą w roku 1808 sprzedała wodociągi miastu i zajęła się wyłącznie interesami bankowymi.

Biografie Hamiltona nie odnotowują, że to on przyczynił się do powstania i trzeciego w kolejności banku Nowego Jorku - był nim założony w 1803 roku Merchants' National Bank of the City of New York, Ogólnokrajowy Bank Kupiecki Miasta Nowy Jork (przymiotnik "national" w tych wszystkich nazwach nie oznaczał "narodowy", lecz właśnie ogólnokrajowy zasięg interesów).

Poszczególne stany, jak i Jefferson, negowały prawo władz federalnych do powołania banku ogólnokrajowego; mogły niby same obdarzyć statutami tyle banków, ile chciały, ale ustawa o Banku Stanów Zjednoczonych nakładała na nie pewne przykre ograniczenie - miał on prawo przedstawić każdemu z nich ich banknoty do natychmiastowej wypłaty w monecie. Co, oczywiście, zmuszało do ostrożności w emisji banknotów.

Wedle dzisiejszych opinii osadnicy przemieszczający się na zachód chętnie brali kredyty, ponieważ wskutek inflacji banknoty traciły na wartości i wobec tego spłacali mniej, niż wzięli. Nie znalazłem wszelako żadnych wtedy śladów inflacji papierowego pieniądza bankowego - Bank Stanów Zjednoczonych przez 20 lat swej koncesji wyemitował banknotów na sumę około 5 mln dolarów, a wszystkich banknotów krążyło na sumę około 25 mln dolarów. Łączne zasoby gotówki samego Banku Stanów Zjednoczonych były większe, a przecie wpływały do niego i środki rządu federalnego. To same stany emitowały papiery, zwane, zresztą bezpodstawnie, "banknotami", i te właśnie "banknoty" traciły na wartości; nimi płacono państwu za kupowaną ziemię.

Z pieniądzem Ameryka nie miała kłopotów. Kłopoty z nim są dopiero dziś. Według jednych autorytetów dolar amerykański zawierał więcej srebra niż "daler" bity w Meksyku i Limie, wywożono go więc do przetopienia, by tłoczyć z zyskiem "dalery". Wedle innych - było na odwrót, przetapiano właśnie (tylko gdzie?) monetę hiszpańską. Ja zaś wiem ze źródła najkompetentniejszego, z roku 1831, od byłego sekretarza skarbu, Alberta Gallatina, że różnice były rzędu 2 tysięcznych, czyli że to w ogóle była propaganda - po to, by Jefferson mógł w roku 1804 wstrzymać wybijanie hamiltonowskich dolarów. Wznowiono ich tłoczenie dopiero w roku 1840, w czym dowód mamy najlepszy, że gotówki Ameryce nie brakowało.

Już w roku 1793 handel zagraniczny Stanów Zjednoczonych ustępował skalą jedynie handlowi zagranicznemu Anglii. A po dalszych kilkunastu latach flota handlowa Ameryki przejmie gros przewozów w jej imporcie i eksporcie. Będzie wygrywała szybkością i sprawnością.

Stronnicy Jeffersona, "republikanie" (w przyszłości zostaną "demokratami"), oskarżali "federalistów", że wielu ich kongresmenom kontakty z Bankiem Stanów Zjednoczonych przynosiły spore profity. Nie umieli tego udowodnić, nawet gdy Jefferson objął prezydenturę; dziwnym trafem pożar zniszczył dokumenty Departamentu (czyli ministerstwa) Skarbu, nim dobrał się do nich ów Albert Gallatin, sekretarz, czyli minister skarbu w rządzie Jeffersona. Ten Sabaudczyk przybył notabene do Ameryki w roku 1780 nie żeby jej bronić, lecz żeby sprzedać tu przywiezioną herbatę (stanął do szeregów na wieść o zbliżaniu się Anglików, ale sam powiadał, że nawet ich nie oglądał).

Dopiero po stu latach okazało się, że podejrzenia były zasadne. Ale do nienawiści wobec bankierów jako "darmozjadów" nie trzeba było dowodów. Kiedy więc w roku 1811 wygasła dwudziestoletnia koncesja Banku Stanów Zjednoczonych, zwanego dziś przez historyków "pierwszym", nie przedłużono jej - wbrew opinii samego Gallatina. Choć, jak się przekonamy, wcale nie bankierzy robili największe w Ameryce fortuny...

Ryc. Julian Bohdanowicz