Twoja wyszukiwarka

X.RUT
MYDLANA PIANA
Wiedza i Życie nr 7/1998
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 7/1998

Dziekan jednego z najlepszych wydziałów jednej z najlepszych polskich uczelni - a trzeba Ci, miły Czytelniku, wiedzieć, że ciągle jeszcze oznacza to jedną z najlepszych placówek szkolnictwa wyższego w geograficznej Europie, a w tym konkretnym przypadku i na świecie, bo ciągle jeszcze są w Polsce wydziały, które śmiało wytrzymują porównanie ze ścisłą światową czołówką - otóż dziekan takiej dostojnej instytucji opowiedział mi, co mu się niedawno przytrafiło.

Jak wiadomo, zaczął, w naszym pięknym kraju, jak grzyby po deszczu powstają filie zagranicznych przedsiębiorstw. Z reguły stykają się z masą upadłości po socjalistycznych poprzednikach, często wykupują egzystujące fabryki swojej branży i w ich murach, z odziedziczoną załogą, podejmują nową produkcję. Dystans pomiędzy stanem zastanym a pożądanym jest zazwyczaj ogromny; wszystko, z czym styka się przyjezdna kadra kierownicza, zdaje się świadczyć o bezwzględnej wyższości przybyszów. Pewnie gdyby wśród przyjezdnych organizatorów nowych przedsiębiorstw byli subtelni intelektualiści albo chociaż ludzie wrażliwi na kulturę, dysponujący wiedzą historyczną itp., zorientowaliby się, że przybywają do kraju, w którym okrutnym zrządzeniem losu gospodarka stanowiła lokalny biegun nieudolności i zacofania, a poza jej obszarem trafiały się wcale rozległe oazy sukcesu, pod każdym prawie względem porównywalnego z europejskim - naturalnie jeśli nie mierzyć go zamożnością ludzi w nim uczestniczących. Ale cóż, na gospodarcze placówki do Polski nie przyjeżdżają subtelni intelektualiści, którzy rzadko kiedy i rzadko gdzie idą z pierwszą falą konkwisty.

Współczesna cywilizacja wymaga, by w kadrze kierowniczej przedsiębiorstw działających w kraju X było dostatecznie wielu tubylców. Przedsiębiorstwa zagraniczne działające w Polsce gwałtownie poszukują odpowiedniego narybku. Czynią to metodami średnio skutecznymi, dostosowanymi do wizji kraju, jaką sobie ukształtowali na podstawie obserwacji otoczenia, w którym działają. Mówiąc o nienadzwyczajnej skuteczności metod werbunku, nie mam na myśli wyników liczbowych, przeciwnie - kandydatów do pracy jest mnóstwo. Chodzi mi o niezwykle przewrotny skutek działania zasady similis simili gaudet (co w wolnym przekładzie znaczy tyle co ciągnie swój do swego). Krótko powiedziawszy, intelektualnych gigantów przyjęte metody werbunku raczej nie wychwytują. Na początku nie bardzo to szkodziło; tubylcza kadra kierownicza i tak była głównie do ozdoby i public relations (czyli do propagandy). Ale z czasem zaczyna doskwierać myśl, że może tych najlepszych jednak się nie zdobywa. I zaczynają się łowy na grubego zwierza.

Pewna bardzo dobrze prosperująca firma mydlarska (produkuje, zdaje mi się, także żywność - ale z takim mydlanym posmakiem) postanowiła zastawić sidła na najlepszych absolwentów najlepszych polskich uczelni. Oczywiście, nie chodzi jej o absolwentów jakichś określonych kierunków; kiedy mowa o naprawdę grubym zwierzu, kierunek ukończonych studiów ma znaczenie trzeciorzędne, liczą się kwalifikacje intelektualne, a te przejawiają się w wyraźnym przodowaniu w wymagającym środowisku, obojętnie jakim. Wymyśliła więc firma konkurs na najlepszego absolwenta. Ufundowała imponującą nagrodę, powołała jury pod przewodnictwem "prezydenta" (subtelności językowe nie leżą w zakresie zainteresowań firmy), uchwaliła regulamin.

I zwróciła się do kilku najlepszych polskich uczelni, żeby te powołały jury uczelniane, a także poleciły powołanie jury na każdym wydziale. Jury wydziałowe wybierze najlepszego absolwenta wydziału, jury uczelniane - trzech najlepszych z danej uczelni, a jury z mydlanym prezydentem na czele wybierze spośród nich laureata, który dostanie czek. Nieźle to sobie wykombinowali. Kosztem jednej nagrody, dla firmy nie stanowiącej zauważalnego wydatku, mydlarze dostaną spis kilkudziesięciu tuzów umysłowych młodego pokolenia. Całą robotę wykonają na rzecz firmy pracownicy uczelni. Oczywiście gratis, w ramach... no, właśnie w ramach czego? Od kiedy to świadczenie usług werbunkowych na rzecz firm prywatnych wchodzi w zakres służbowych obowiązków pracowników państwowych uniwersytetów?

Czy wyobrażasz sobie, pytał retorycznie mój znajomy, ten uczelniany konkurs? Jak porównać świetnego matematyka ze znakomitym archeologiem? Jak ustalić, kto lepszy: wybitny historyk czy doskonały mikrobiolog? Jak takie arbitralne rozstrzygnięcia poprzeć autorytetem szanującej się szkoły wyższej? Naturalnie, mydlanego krezusa to nie obchodzi, on może nawet rzeczywiście nie dostrzega całej niesmaczności pomysłu i nie widzi hucpy, z jaką wciąga w ten interes uczelnię i jej pracowników. Przecież mydlarni wcale nie chodzi o wynik konkursu, jej chodzi o spis kandydatów wyłonionych na poszczególnych wydziałach, na wszystkie te osoby warto będzie nasłać wytrawnych łowców głów.

Na szczęście, ciągnął mój zaprzyjaźniony dziekan, senat mojej uczelni wyśmiał cały pomysł. Nawet byłem z tego dumny, że w epoce wymuszonych umizgów do worków ze srebrnikami mydlarskie podchody zostały tak bez wahania zastopowane. Wyobraź sobie moją rozpacz, gdy w kilka dni po sesji senatu dostałem list od Oficjalnego Reprezentanta Ciała Studenckiego naszej kochanej Alma Mater, który zachęca mnie do powołania wydziałowego jury mydlanej nagrody. Wiesz, jakiego argumentu użył mały chytrusek? Stwierdził, ni mniej ni więcej, że udział w tym konkursie podniesie prestiż naszej uczelni i wydziału!

Coś bardzo złego stało się z naszą społeczną wrażliwością, jeśli komuś z prawie ukończonymi studiami wyższymi może się wydawać, że jakikolwiek krok, czyn lub gest ze strony najbogatszej nawet mydlarni może mieć wpływ na prestiż świetnej uczelni. Nawet miraż wysokiej nagrody nie powinien aż tak zaślepiać. I pomyśleć, że sto kilkanaście lat temu tymi samymi ulicami, co mój korespondent z Ciała Studenckiego, chadzał pan Wokulski!