Twoja wyszukiwarka

BARBARA PRATZER
ZIARNO I PLEWY
Wiedza i Życie nr 8/1998
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 8/1998

LEKARZ ZAWSZE UPRZEDZA O MOŻLIWYCH POWIKŁANIACH, UZDRAWIACZ PRZECIWNIE - OBIECUJE ŁATWE ROZWIĄZANIE NAJTRUDNIEJSZYCH PROBLEMÓW. DLACZEGO TAK WIELE OSÓB TAK ŁATWO AKCEPTUJE TE ZŁUDNE OBIETNICE? - "WIEDZA I ŻYCIE" PYTA PROF. WIESŁAWA W. JĘDRZEJCZAKA, KIEROWNIKA KLINIKI HEMATOLOGII AM W WARSZAWIE, KTÓRY PODCZAS WRZEŚNIOWEGO FESTIWALU NAUKI POPROWADZI DYSKUSJĘ PT. RENESANS ZABOBONU.

- Panie Profesorze, czy może Pan z czystym sumieniem powiedzieć, że wszystko, co proponuje medycyna niekonwencjonalna, jest zwyczajną bzdurą?

- Nie mogę odpowiedzieć na pytanie, czy wszystko, każda konkretna propozycja wymaga odrębnej oceny. Mogę natomiast powiedzieć, że nie zetknąłem się z tym, aby prawdziwie skuteczna metoda była poza medycyną. Ponadto nie zgadzam się na określenie medycyna niekonwencjonalna. Dawno temu, jeszcze w czasach starożytnych, spośród różnych osób zajmujących się chorymi - szamanów, czarnoksiężników itp. - wyodrębniła się grupa, która oparła swoje działania na podstawach racjonalnych, na empirii. Właśnie z tego nurtu rozwinęła się medycyna - nauka o zdrowiu i chorobie człowieka, umiejętność zapobiegania chorobom i leczenia chorych. Oczywiście, i przedtem, i potem istniały inne sposoby postępowania, które medycyną nie są.

- Czy mają jednak jakąś wartość?

- Odpowiem pytaniem: Czy kapłan ma prawo zajmować się chorym? Czy może mu pomóc? Oczywiście tak, ale przecież nie zastępuje lekarza. Oferuje posługę religijną, nie usługę medyczną, z czego i on sam, i chory doskonale zdają sobie sprawę. Dobrze by było, gdyby wszyscy, którzy chcą zajmować się ludźmi cierpiącymi, także stawiali sprawę jasno. Nie mam nic przeciwko temu, żeby ktoś powiedział: medycyna mnie nie interesuje, to jest bzdura, mam cudowne zdolności, jestem uzdrowicielem. Wtedy nie ma niedomówień, kto chce - niech wierzy. Medycyna zbudowana jest na dwóch fundamentach - nauce i etyce. I każde podejście do chorego powinno uwzględniać aspekt etyczny.

- A tzw. medycyna niekonwencjonalna, Pana zdaniem, go nie uwzględnia...

- Nie muszę chyba szerzej mówić o sukcesie medycyny. Dość powszechna wydaje się świadomość, że coraz dłuższe życie i jednocześnie coraz lepszą jego jakość w dużej mierze zawdzięczamy właśnie medycynie. Nazywanie tych wszystkich niekonwencjonalnych czy, jak kto woli, alternatywnych działań medycyną jest podszywaniem się pod jej sukces, wprowadza ludzi w błąd, jest zwykłym nadużyciem.

- Trudno się z tym nie zgodzić, zastanawiam się jednak, dlaczego tak wiele osób tak łatwo to akceptuje. Co tworzy ten podatny grunt?

- Nie jest to tylko polska specjalność, a samo zjawisko wydaje się bardzo skomplikowane. Pohukiwanie lekarzy, że my tu, mądrzy, chcemy was leczyć, a wy, głupi, idziecie do znachorów, z pewnością niczego nie załatwi. Jeśli prześledzić rozwój medycyny, widać wyraźnie stały proces oddzielania ziarna od plewy. Wciąż pojawiają się nowe odkrycia, ale nim przekształcą się w nowy sposób leczenia lub diagnozowania, zanim pozwolą wyjaśnić jakiś brakujący element mechanizmu opisującego powstawanie choroby, konieczny jest długi, żmudny proces weryfikacji, na końcu którego pojawia się konkluzja: przyjąć lub odrzucić. Oczywiście, zdarzało się w historii, że nie wszystkich przekonywało uznanie jakiejś hipotezy za błędną. Pewna grupa, wbrew faktom, pozostawała jej wierna, tworząc sektę na obrzeżu medycyny. Dziś jest to jednak o wiele groźniejsze, bowiem grupy proponujące działania niekonwencjonalne przekształciły się w przedsiębiorstwa. Cechuje je zorganizowany system walki o klienta, w którym bez skrupułów wykorzystuje się najnowocześniejsze techniki marketingowe.

- To spojrzenie od strony tych, którzy sprzedają, a więc i zarabiają. Jak to wygląda od strony kupujących, którzy mogą na "transakcji" dużo stracić? Czy brak im instynktu samozachowawczego, czy może rozeznania w mechanizmach działania współczesnego świata? A może są rozczarowani medycyną, nieufni wobec lekarzy?

- Siła medycyny wynika nie tylko z tego, że opiera się ona na podstawach naukowych, ale również z tego, iż decyzja co do postępowania z chorym spoczywa na osobie emocjonalnie nie zaangażowanej. Znajduje to odzwierciedlenie w powiedzeniu: nikt nie jest lekarzem we własnym domu, i daje szansę, że decyzje będą oparte na racjonalnych przesłankach. Kłóci się jednak trochę z prawami pacjenta, o których ostatnio tak dużo się mówi, a które są do pewnego stopnia oszustwem. Walka o te prawa to próba przeniesienia decyzji z lekarza na chorego, często przerażonego sytuacją, któremu właśnie dlatego, iż jest emocjonalnie zaangażowany, można wiele wmówić za pomocą sprytnej reklamy.

- Myślę, że chodzi raczej o to, żeby lekarz wyjaśniał choremu, co się z nim dzieje i dlaczego dzieje się właśnie to, a nie coś innego. Zaniedbanie tego obowiązku zrównuje pod pewnymi względami medycynę ze znachorstwem - znachor każe wierzyć w swoją moc i lekarz też każe przyjąć swoje działania na wiarę. Dlaczego wierzyć wam, a nie im?

- Jeśli mielibyśmy konkurować wiarą, to nie byłoby na to pytanie odpowiedzi.

- To Pan powiedział przed chwilą, że decyzję podejmuje sam lekarz, a prawa pacjenta są do pewnego stopnia oszustwem.

- Jeśli spojrzeć z bliska na te wszystkie usługi niekonwencjonalne, to ich idiotyzm widać gołym okiem, ale agresywne działania marketingowe utrudniają racjonalny wybór. Z drugiej strony, medycyna, oferując naprawdę bardzo wiele, musi mówić prawdę: o możliwych powikłaniach, o skutkach ubocznych leków, o niebezpieczeństwie nawrotu choroby. Życie to choroba w stu procentach śmiertelna. Dziś, dzięki medycynie, żyjemy wyraźnie dłużej niż kiedyś, ale przecież cudów nie ma. I my, lekarze, musimy to wyraźnie mówić. Tymczasem niemało jest osób, które, będąc w trudnej sytuacji, wybiorą strategię strusia. Schowają głowę w piasek, dając posłuch tym, którzy oferują łatwe, proste rozwiązania i niczym nie uzasadnioną nadzieję.

- Czy naprawdę sądzi Pan, że powszechna jest chęć i zdolność lekarzy do przekazywania pełnej informacji o zdrowiu pacjenta, dopasowanej do jego zdolności percepcyjnych? Od strony nas, pacjentów, często wygląda to raczej tak, jakbyśmy byli kawałkiem drewna poddawanym niezrozumiałej obróbce. I wydaje mi się to bardziej stresujące niż odpowiednio podana prawda.

- Zgadzam się z tym, że zbyt wielu lekarzy nie umie rozmawiać z chorymi. A jest to nie tylko umiejętność wyjaśniania, ale także umiejętność przekazania złej nowiny. Ale chyba jest tu jeszcze inne zagadnienie. Chodzi o zdolności, którymi ci niekonwencjonalni uzdrawiacze przewyższają lekarzy, polegające na sprawniejszym operowaniu socjotechniką. Lekarz musi podejmować decyzje racjonalnie, a nie emocjonalnie, z drugiej jednak strony powinien zaspokoić potrzeby pacjenta często oczekującego współczucia, pocieszenia. Jeśli więc mamy działać skutecznie, potrzebna nam pewna doza socjotechniki, żebyśmy zachowując trzeźwy umysł, sprawiali wrażenie głębokiego współodczuwania z chorym.

- Czy Panu osobiście bliski jest "współczujący" rodzaj medycyny?

- Ja nie mam trudności w nawiązywaniu emocjonalnych kontaktów z moimi pacjentami, taką mam osobowość. Człowiek, który nie lubi innych ludzi, nigdy nie będzie dobrym lekarzem.

- Panie Profesorze, czy mimo fundamentalnych zastrzeżeń do wszelkiego typu uzdrawiaczy potrafi Pan zrozumieć osoby, które u kresu swych dni u nich właśnie poszukują swej nadziei?

- Ależ to nie te osoby stanowią klientelę znachorów! Chorzy w okresie terminalnym nie daliby sobie rady bez właściwej opieki medycznej, są zdani na lekarzy. Prawdziwym problemem są ci wszyscy, którzy oddają się w ręce uzdrawiaczy wtedy, kiedy lekarz mógłby im pomóc, kiedy jest szansa na opanowanie choroby. Niestety, bardzo wielu chorych nie udaje się uratować tylko dlatego, że zbyt późno dotarła do nich prawda o rzeczywistej wartości niekonwencjonalnej kuracji.

- Nie znam badań socjologicznych odpowiadających na pytanie, kim oni są, jakie mają cechy, co ich wyróżnia spośród innych. Jaką odpowiedź podsuwają Pana osobiste obserwacje?

- Dużym uproszczeniem byłoby poszukiwanie korelacji między niedostatecznym wykształceniem a skłonnością do irracjonalnych zachowań. Nierzadko pomocy uzdrawiacza poszukują osoby z wyższym wykształceniem i wysoką pozycją w hierarchii społecznej. Łączy ich jednak to, że nie rozumieją żelaznych reguł rządzących obserwacjami przyrodniczymi ani systemu ich weryfikacji. Często podręcznik medycyny traktują tak samo jak Pana Tadeusza, a więc jak fikcję literacką, do tego kompletną i zamkniętą całość. Z nieufnością przyjmują doniesienia korygujące jakiś element wcześniejszych ustaleń, bo, nie rozumiejąc reguł obowiązujących w naukach przyrodniczych, traktują to jak dowód, że oni tam sami nic nie wiedzą. Niestety, jakże często media wzmacniają czy wręcz promują takie postawy umysłowe, prezentując nie sprawdzone lub jawnie bezwartościowe metody postępowania z chorym jako najnowsze zdobycze naukowe.

Odrębnym problemem jest niemała i wciąż rosnąca grupa zupełnie nie przystosowanych do korzystania z najnowszych osiągnięć medycyny. Nie jest to tylko polski problem, choć w ostatnich latach przemian ustrojowych u nas dostrzegamy go coraz wyraźniej. Myślę o osobach żyjących na marginesie społeczeństwa, powiedziałbym: nie wśród ludzi, lecz przy ludziach. Nie wyobrażam sobie, żebym mógł przeszczepić szpik człowiekowi bezdomnemu, ponieważ sukces tego postępowania zależy od ścisłej współpracy z chorym, a taki człowiek nie jest zdolny poddać się odpowiednim rygorom.

- Wspomniał Pan o dwuznacznej roli mediów w renesansie zabobonu, trudno jednak nie zauważyć tu roli samych naukowców, również lekarzy. Bywa że wygłaszają zdecydowane opinie, prezentując się jako niezależni eksperci, podczas gdy naprawdę są głosem firmy finansowo zainteresowanej podtrzymaniem lub obaleniem jakiejś tezy. To podważa zaufanie do medycyny jako nauki i lekarzy jako bezstronnych ekspertów, a dodatkowo każe powątpiewać w etyczny fundament medycyny, skoro wykorzystuje takie same działania marketingowe jak grupy alternatywne.

- Powiem jasno - występowanie lekarza w reklamie jest sprzeczne z kodeksem etyki lekarskiej. Jeśli chodzi o inne wypowiedzi, zawsze obowiązuje zasada jasnego określenia, w jakiej występuje się roli. Nawet zgłaszając referat na kongres naukowy, trzeba wyraźnie napisać, czy jest się finansowo zainteresowanym prowadzonymi badaniami. Cała etyczna koncepcja konfliktu interesów powstała właśnie po to, żeby wiadomo było, kto jest kim.

- Uwzględniając wszystkie czynniki wspomagające renesans zabobonu, jak Pan ocenia szanse odwrócenia tej groźnej przecież tendencji?

- Na pewno przez większą promocję nauki i zasad racjonalnego postępowania. Z drugiej strony, historia ludzkości poucza, że człowiek zawsze lubił wierzyć w cuda. Na to, obawiam się, rady nie ma: z wiarą nie można dyskutować. Jednak wiele osób zachowuje odrobinę sceptycyzmu i po uzyskania rzetelnych informacji zmienia zdanie. Te informacje powinny do nich dotrzeć różnymi drogami, również za pośrednictwem kompetentnego i życzliwego lekarza. W tej ostatniej dziedzinie świat lekarski ma co nieco do zrobienia i jestem przekonany, że to zrobi. Poza tym musi się skończyć nieograniczona promocja interesów różnych uzdrawiaczy przez środki masowej komunikacji. Ludzie mają prawo oczekiwać weryfikacji prawdziwości przekazywanych informacji albo równoległego komentarza rzetelnego specjalisty.