Twoja wyszukiwarka

STEFAN BRATKOWSKI
BARDZO DRODZY NIEOBECNI
Wiedza i Życie nr 8/1998
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 8/1998

W DZIEJACH RODZĄCEJ SIĘ AMERYKI NIE MA TYCH LUDZI ANI ICH INTERESÓW; ALE TEŻ TE DZIEJE PISZĄ PO EUROPEJSKU, CZYLI BEZ NICH, NAWET HISTORYCY AMERYKAŃSCY, JAKO ŻE PRZESZŁOŚĆ TO SPECJALNOŚĆ EUROPY. DLATEGO TAK TRUDNO DZIŚ REKONSTRUOWAĆ LOSY I PRZYGODY TYCH NIEOBECNYCH. DROGICH, BO Z DUŻYMI PIENIĘDZMI.

W słynnym, cytowanym tu nieraz dziele Beardów (Rozwój cywilizacji amerykańskiej) jest ledwie kilka wierszy o najbogatszym człowieku Ameryki pierwszych dekad XIX wieku. A i to z wiadomościami bardzo mylącymi. W swojej Kulturze amerykańskiej polski socjolog, Józef Chałasiński, poświęcił Jacobowi Astorowi czytankową niemal opowieść, pasującą idealnie do stereotypu amerykańskich karier. Na pewno jej nie wymyślił. Ale i on nie wiedział, że Astor coś zrobił dla Ameryki. Oto - w skrócie - ta opowieść.

Do Ameryki rusza z Niemiec 16-letni syn rzeźnika. W 1784 roku zaczyna w Nowym Jorku jako chłopiec na posyłki w firmie futrzanej za dwa dolary tygodniowo, zanim uzbiera na sklep z... instrumentami muzycznymi. Szkół nie zrobił (gramatyki angielskiej nie opanował nigdy); w 1790 roku założył firmę handlu futrami. W roku 1800 miał już swój statek, w dziesięć lat później - pięć statków. Lokował swoje faktorie po całym kontynencie, w 1811 roku - aż nad Pacyfikiem; tę nazwał - Astorią.

Około roku 1820 trzy flotylle jego statków pływały między Nowym Jorkiem, Europą i Chinami; podobno jeden z pierwszych sprowadzał do Chin opium z Turcji... W roku 1830 całkowicie już zmonopolizował handel futrami w Ameryce. Spekulował też gruntami w Nowym Jorku. Kiedy umierał w roku 1848, zostawił synowi 20 mln dolarów. Najbogatsi po nim ludzie Ameryki mieli nie więcej niż milion.

Jak było naprawdę?

Hans-Jakob Astor, syn rzeźnika-piwosza z Waldorf koło Heidelbergu, opuścił Badenię, umiejąc już czytać, pisać i rachować. Jeden z jego starszych braci, który osiadł w Londynie, sprzedawał tam lub być może nawet produkował instrumenty muzyczne; drugi prowadził firmę w Nowym Jorku. Jakob, po trzech latach w Londynie, już 21-letni, popłynął do wymarzonej Ameryki w roku 1784, z siedmioma fletami od brata do sprzedania.

Na statku ponoć poznał wcześniejszego imigranta, który kupował od Indian futra. Czy rzeczywiście Astor praktykował u poczciwego kwakra, Roberta Browne'a, w jego sklepie z futrami za dwa dolary tygodniowo i stół, nie jest pewne, bo na pewno tego jeszcze roku popłynął z ładunkiem futer do Londynu. Rok czy dwa później ożenił się z kuzynką dobrze osadzonej w Nowym Jorku rodziny holenderskiej Brevoortów, Sarah Todd, panną z 300 dolarami, głową do interesów i głębokim znawstwem... futer.

Wędrował kupować futra daleko na północ, aż na pogranicze z Kanadą; kiedy traktat z Anglią otworzył w 1796 roku handel z Kanadą, Astor był już jednym z czołowych kupców branży - pomysłowym i niezmordowanym. Do roku 1800 miał już ćwierć mln dolarów.

Musiał konkurować z potężnymi spółkami angielskimi, w tym ze słynną Hudson Bay Company, Spółką Zatoki Hudsońskiej. Nigdy handlu futrami nie zmonopolizował, nawet w samych Stanach. Nie dostał się np. na Środkowy Zachód, gdzie królowała Spółka Futrzana Gór Skalistych, kupcy i traperzy znacznie bardziej doświadczeni; ludzi Astora nie tępili sami, zostawiali to Indianom.

Umiał zdobywać sympatię ludzką, rzecz bardzo ważna w interesach. Dzięki jego przyjaźni z urzędnikiem Kompanii Wschodnio-Indyjskiej w Londynie jego statki mogły pływać do portów Kompanii na całym świecie, stąd jego udział w handlu z Chinami, przez nią zmonopolizowanym. Później inny jego przyjaciel, Jefferson, jako prezydent pozwolił mu w 1807 roku, mimo embarga, żeglować do Kantonu.

Według amerykańskich biografów Astor woził do Chin - futra. Ale to jak wozić sery do Holandii; ówczesne Chiny same eksportowały futra, ba, najbardziej luksusowe! Astor nie szczepił też w Chinach narkomanii, zrobili to Anglicy kilkadziesiąt lat wcześniej; Kompa-nia Wschodnio-Indyjska produkowała opium w Indiach i skrupulatnie kontrolowała ten handel. Nikt nie zbadał w papierach Kompanii, czy Astora do niego dopuszczono, ale jeśli naprawdę zarobił w owym roku 1807 na rejsie do Kantonu 200 tys. dolarów, to raczej nie na futrach.

Nie wszystko mu się udawało. W porozumieniu z Jeffersonem założył stanicę na "bezpańskim" Północnym Zachodzie, przy ujściu Columbii do Pacyfiku, ową Astorię; rozkręcił tam skup futer, ale po kolejnej wojnie z Anglią tereny te zajęli Anglicy i przemianowali Astorię na Fort George. U Beardów czytamy, że w 1818 roku uzgodniono wspólne przez 10 lat z Anglikami zarządzanie spornym terytorium, tylko że Astor dawno już wtedy cały swój tam interes pół darmo sprzedał najgroźniejszemu konkurentowi, brytyjskiej Northwest Company. Kongres Stanów Zjednoczonych umiał być jednak wdzięczny (zaraz dowiemy się, za co) i wykluczył obcokrajowców z handlu futrami na terytorium Stanów; od tej pory mogli być tylko pracownikami. American Fur Company Astora przejęła darmo całe interesy Northwest Company w rejonie Missisippi.

Nieruchomości kupował od początku; to była dobra lokata i w Nowym Jorku bardzo łatwa do upłynnienia. W roku 1811 Nowy Jork wytyczył podział pustek na Manhattanie wedle sławnego dziś systemu numerowanych, krzyżujących się pod kątem prostym ulic. Działki były tanie, prawie za bezcen, i doprawdy każdego w mieście stać było na nie; Astor tylko umiał rozpoznać przyszłość Nowego Jorku - setki jego parcel niezadługo miały być warte tysiąc razy więcej! Może dlatego w roku 1834 sprzedał swoje interesy futrzane i wycofał się z nich całkowicie...

Mówił zawsze z niemieckim akcentem, z gramatyką angielską rzeczywiście zawsze miał kłopoty. I nie pisał, a bazgrał. Ale mówił z przekonaniem i werwą, zaś słów, także pisanych, nie rzucał na wiatr. Nowemu Jorkowi zapisał 400 tys. dolarów - na biblioteki.

Co Ameryka mu zawdzięcza?

Zawdzięcza jemu i dwóm jego partnerom niemało. Historia o nich milczy - żaden nie był rodowitym Amerykaninem. Stephen Girard, Francuz rodem z Bor-deaux, ma przynajmniej swój biogram w słowniku biograficznym Ameryki; drugi, David Parish, też z Filadelfii, urodzony w Anglii, nawet tego nie.

Sekretarzem skarbu przy Jeffersonie był znany już nam Sabaudczyk, uważany w Ameryce za Szwajcara, mówiący z francuskim akcentem Albert Gallatin, fachowiec nieoceniony. Stopniowo i planowo zmniejszał zadłużenie państwowe Stanów Zjednoczonych; potrafił sfinansować bez większego uszczerbku dla budżetu zakup Luizjany. I to on zainicjował w roku 1806 (kiedy jego prezydent dla ochrony neutralności Ameryki wprowadził nieszczęsne embargo na handel z Europą) budowę drogi bitej z Pensylwanii na zachód, na razie - do Ohio, za pieniądze ze sprzedaży gruntów w tym nowo przyjętym stanie. Gallatin zresztą proponował cały, szeroki i perspektywiczny plan rozwoju, kosztem 20 mln dolarów, ale Jefferson miał wątpliwości, czy to byłoby zgodne z konstytucją, zaś embargo skreśliło niemałe dochody z budżetu Gallatina. Budowa drogi ruszyła dopiero w roku 1811, już za prezydentury Madisona, kiedy znów się trochę rezerw uzbierało.

Niestety, wygasała tego roku koncesja Banku Stanów Zjednoczonych. Gallatin był oczywiście za jej odnowieniem - gdzieś przecie należało lokować środki federalne i należało utrzymać w ręku bat, powstrzymujący nieostrożną emisję banknotów przez banki oparte na statutach uzyskanych od legislatur stanowych. Miał za sobą Gallatin autorytet starszego od siebie o pół roku, 60-letniego Girarda. Ten doświadczony człowiek interesu, armator, właściciel flotylli statków z imionami "Montesquieu", "Rousseau" i "Voltaire", znalazł się w roku 1810 w "komitecie pięciu", który miał dla Kongresu przygotować wnioski w sprawie Banku. Komitet przedłożył memoriał - oczywiście "za"; Gallatina popierał i jego przyjaciel Jacob Astor.

Jednakże widzimisię stanów przeważyło nad interesem ogólnym. "Ich" banki nie chciały żadnej kontroli nad swoimi banknotami i pokryciem dla nich. Wpływy banków przeważyły nad rozsądkiem, wiedzą i dobrą wolą Gallatina i jego przyjaciół. Bank Stanów Zjednoczonych był przy tym instytucją federalną i już za to go nienawidzono. Kongres nie odnowił koncesji.

Girard gotów był zainwestować w ten Bank. Rozczarowany, kupił budynek w Filadelfii i uruchomił własny "Bank of Stephen Girard" z kapitałem 1.2 mln dolarów. Udzielał kredytów w kraju i za granicą, głównie na Antylach, dokąd pływały jego statki, został solidnym partnerem zarówno małych banków, jak i największej potęgi finansowej w londyńskiej City, czyli największej potęgi światowej, banku Baringów. Ale nie na długo. Prezydent Madison wplątał Stany Zjednoczone w wojnę z Anglią.

Blokada brytyjska omal nie wykończyła Ameryki. Eksport Ameryki z wartości 61 mln dolarów w roku 1811 spadł do 7 mln w roku 1814; tonaż floty amerykańskiej z 950 tys. ton do... 60 tys. Anglicy skonfiskowali łącznie około 1300 statków!

Na domiar Nowa Anglia nie chciała płacić na "wojnę pana Madisona". Kiedy Gallatin w grudniu 1812 roku wyemitował obligacje rządowe na sumę 16 mln dolarów, banki Nowej Anglii ich nie wzięły, Boston subskrybował wszystkiego 75 tys.! I wtedy wkroczyli Astor, Girard i Parish.

Oskarża się ich, że kupili obligacje po kursie 80-82 centy (raczej po sześć i pół "kawałka", czyli reala). Powiada się, że Astor płacił banknotami już z nowych, nie kontrolowanych emisji, więc niższej wartości - ale prawdą jest, że ci trzej zaangażowali swój autorytet w sprzedaż papierów rządowych, których nikt nie chciał, i że dzięki ich wiarygodności w interesach udało się te papiery sprzedać: Filadelfia wzięła ich za 6.858 mln dolarów, Nowy Jork za 5.72 mln. Co więcej, wszyscy trzej pożyczali władzom federalnym i własne pieniądze.

Mogliby oszukiwać. Ale Gallatina oszukać by nie mogli. Co więcej, przypuszczam, że nawet nie chcieli...

Na pewno nie był Astor amatorem, co to przyjmował od swoich partnerów banknoty o niepełnym pokryciu. Tym bardziej nie przyjąłby ich od niego Gallatin. To byli fachowcy.

Kiedy wygasła koncesja Banku Stanów Zjednoczonych, banki na stanowych statutach mnożyły się jak przysłowiowe króliki. Wprawdzie wedle konstytucji wyłącznie Kongres mógł regulować sprawy walutowe, a same stany nie miały już prawa emitować własnego papierowego pieniądza, jednakże nikt nie miał teraz żadnego sposobu na mnożące się banknoty. Na domiar Gallatin pojechał do Europy jako dyplomata i w kręgach rządowych zabrakło obrońców idei porządku. Skąd się wziął "drugi" Bank Stanów Zjednoczonych, historia też milczy.

Girarda Beardowie znają tylko jako filantropa, który z końcem życia zapisał 2 mln dolarów na szkołę średnią, college, dla chłopców w Filadelfii. U cytowanych tu już Currenta i kolegów nie ma Girarda w ogóle. A wedle mojej wiedzy to on był ojcem "drugiego" Banku Stanów Zjednoczonych, powołanego do życia przez Kongres 10 kwietnia 1816 roku.

Miał nie tylko w Filadelfii, ale i w nowej stolicy, Waszyngtonie, pozycję szczególną. Pamiętano go jako dzielnego, pełnego poświęcenia człowieka - podczas epidemii żółtej febry w Filadelfii przez pięć tygodni 1793 roku zmarło ponad 4 tys. osób i wtedy Girard, odłożywszy swoje interesy, spędził dwa miesiące w szpitalu miejskim, dyrygując akcją ratunku i pomocy. Teraz był człowiekiem sędziwym, bogatym i szanowanym, znanym z tego, że jego religią była praca. Madison go znał, zapewne dzięki Gallatinowi, i liczył się z nim. Poruczył mu funkcję jednego z pięciu rządowych "dyrektorów", czyli - w naszym języ-ku - członków 25-osobowej rady nadzorczej Banku.

I to pieniądze Girarda pozwoliły uruchomić Bank. Rząd wyłożył na Bank 7 mln dolarów z przewidzianych dlań 35 mln. Kiedy zabrakło nabywców na resztę akcji o łącznej wartości 3 mln dolarów, przyszedł Girard i - wziął wszystko. Co więcej, pierwsze zgromadzenie akcjonariuszy Banku obradowało 28 października 1816 roku nie gdzie indziej, a w - banku Girarda...

W pięciotomowej, PWN-owskiej historii Stanów Zjednoczonych Robert V. Rimini napisał, że w roku 1819 restrykcyjne działania monetarno-kredytowe Banku załamały gospodarkę amerykańską. W rzeczywistości ten pierwszy "kryzys" był refleksem przesilenia roku 1818 w Anglii. Padały banki, padały firmy przemysłowe, ale doprawdy nie było to żadną zasługą Banku Stanów Zjednoczonych. Jeden z największych dzisiejszych autorytetów bankowości amerykańskiej, autor dzieła Money, banking and economic analysis, Thomas D. Simpson, napisał (w 1876 roku), że przez pierwsze lata Bank, nieudolnie zarządzany, akurat nie umiał wymusić na bankach "stanowych" solidnego pokrycia dla ich banknotów. A tegoż zdania, jak sprawdziłem, był i sam Girard - zdegustowany tym partactwem, zrezygnował ze stanowiska i stopniowo wyprzedał swoje udziały.

Girard zejdzie z tego świata w roku 1831, ze swych 14 mln dolarów tylko nieznaczne zapisy przekaże rodzinie, resztę odziedziczy jego ukochana Filadelfia, w tym i owe 2 mln na college dla 500 biednych dzieci. Nim jednak umarł, jego wpływ przesądził o powołaniu w roku 1822 na miejsce dotychczasowego prezesa Banku, niejakiego Cheevesa, 37-letniego Nicholasa Biddle'a, znanego Girardowi członka rady nadzorczej (ten Biddle będzie jednym z dwóch głównych bohaterów następnej tu opowieści, o fabule awantury z Dzikiego Zachodu).

Kryzys roku 1819 raczej oczyścił rynek amerykański z hochsztaplerów. Kiedy w roku 1818 solidne amerykańskie pieniądze urodziły największą ówczesną inwestycję komunikacyjną Ameryki - kanał Erie, kryzys jej nie dotknął.

Pasjonujące dzieło Beardów nie opowiada, jak powstał ten pierwszy wielki kanał żeglowny Ameryki, łączący, dla spławu zboża, basen Atlantyku z Wielkimi Jeziorami i przyszłym Środkowym Zachodem.

Budowa drogi bitej na zachód ciągnęła się całymi latami, nie tylko dlatego, że pierwsze roboty przerwała wojna. Szła ślamazarnie, bo nie miał do niej serca biznes Ameryki. Woda była grubo tańszym szlakiem transportu; Anglia przeżyła niedawno wręcz "gorączkę kanałową", teraz w nurt Missisippi spłynął w 1807 roku pierwszy parowiec świata, z czego wynikało, że portem zdobywanego Zachodu stanie się - Nowy Orlean.

Budowie kanału apostołował gubernator stanu Nowy Jork, DeWitt Clinton (nie - Witt Clinton; imię "DeWitt" pochodzi od nazwiska jego matki). Głosił, że trzeba Zachód, tę "pustynię", uczynić "kwitnącą jak róża". Madison - nie bez wpływu, jak sądzę, Girarda i jego przyjaciół, w roku 1815 przekonywał Kongres, że warto uchwalić poprawkę do konstytucji, która by umożliwiła budowę dróg i kanałów ze środków federalnych. Nie przekonał. Ale Clinton przekonał za to legislatywę stanową, w kwietniu 1816 roku zleciła ona Stephenowi van Rensselaerowi i jemu wytyczenie kanału. Zrobili to szybko i dobrze, zrzekłszy się wynagrodzenia(!). W roku 1817 zaczęto od środkowego odcinka, najłatwiejszego technicznie, od 94 mil (151 km) między Utica a Montezuma. Sukces tych robót dał podstawę rozpisania dalszych subskrypcji.

Nie projekty jednak i entuzjazm Clintona zadecydowały. Ani jego pozycja w masonerii. To Nowy Jork chciał być portem Zachodu i to jego ludzie interesów, z Astorem na czele, postanowili zrobić wszystko, by wyprzedzić w konkurencji Nowy Orlean. Nie dla ambicji. Dla pieniędzy.

Pierwsze środki zainwestowali sami. Dalsze ściągnęli, poprzez banki, z Europy. W sumie poszło na wszystko - 7 mln dolarów. Rewelacyjnie mało. Inżynierowie James Geddes i Beniamin Wright, śmiali i pomysłowi, zbudowali 363 mile, 584 kilometry, kanału od Hudsonu do Buffalo nad jeziorem Erie, 40 stóp (12.2 m) szerokiego i głębokiego na 1.2 m - w lat 7; średnio to wypada ćwierć km na jeden dzień pracy! W roku 1825 otwarto cały szlak.

Dziś nikt nie podziwia tego przedsięwzięcia, a było znacznie trudniejsze od kanałów Anglii; przypominało skalą trudności roboty Szkotów. Jedną z 83 śluz, przy Lockport, przyszło wykuć w granicie! Nad poprzecznymi ciekami i dolinami przerzucono - jak w Szkocji - akwedukty, 18 akweduktów na kamiennych łukach, jeden z nich, nad doliną Genesee River długości - ni mniej, ni więcej - 245 metrów!

Kanał Erie to pomnik tych pomijanych kupców i bankierów Nowego Jorku. I świetny ich interes: nakłady zwróciły się szybko, a rosnące nadwyżki dochodów złożyły się na Canal Fund, Fundusz Kanałowy, swoisty bank rozwoju dla całego stanu, źródło tanich kredytów. Z roku na rok przewozy barkami, ciągniętymi przez konie, będą rosły. "Róża Clintona" rozkwitnie: w ciągu 10 lat Rochester (nad Ontario), Utica i Syracuse potroją liczbę ludności!

Kanał Erie wywołał w Ameryce istną "gorączkę kanałową". A w tym samym czasie, bo w roku 1817, armatorzy nowojorscy pierwsi uruchomili regularne kursy statków przez Atlantyk, bijąc na głowę tym pomysłem konkurencję europejską.

Tak rodziła się Ameryka, kraina niepohamowanego rozmachu i odwagi. Za sprawą tych Nieobecnych w historii.

Rys. Julian Bohdanowicz