Twoja wyszukiwarka

X.RUT
BO SILNĄ MAMY DŁOŃ
Wiedza i Życie nr 8/1998
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 8/1998

Pewien znany fizyk z pasją i polotem wyjaśnia, dlaczego w gotowaniu parówki pękają wzdłuż, a nie w poprzek. Bardzo ładna to teoria. A mnie dręczy pytanie, dlaczego nie widziałem pękniętej parówki poza granicami Rzeczypospolitej? Dlaczego nie pękają pyszne czeskie teple parki, dlaczego nie pęka żaden z kilkunastu gatunków niemieckich kiełbasek na gorąco, dlaczego nie pękają nawet rosyjskie sosiski ani amerykańskie frankfurtery z masy mięsopodobnej? W czym tkwi tajemnicza differentia specifica polskiej parówki, umożliwiająca taki rozkwit fizyki teoretycznej? I czy inne narody, tracąc możliwość rozwoju nauki, znajdują dostateczną rekompensatę w jednolicie gładkich, doskonale obłych, napiętych do glancu kształtach gorących parówek?

Skarżą się turyści, że karty kredytowe wydane przez ojczyste banki często nie są honorowane w odległych krajach. Zastanawiam się, czy przypadkiem nie ma to związku z zabytkowym systemem weryfikacji stosowanym przez konsorcjum polskich kartodawców? Kiedy w warszawskiej stacji płacę kartą za benzynę, zdarza się, że sprzedawca cierpliwie czeka kilka minut na potwierdzenie (diabli wiedzą czego!), a przez cały ten czas stacyjne urządzenie do weryfikacji jest połączone z komputerami systemu zwykłą linią telefoniczną. Licznik bije, TP SA zarabia, dysponent stacji traci. Pewno właściciele punktów sprzedaży w odległych krajach są mniej rozrzutni albo nie tak bardzo kochają lokalne towarzystwa telekomunikacyjne: nie ma potwierdzenia przez 30 sekund, automat przerywa połączenie, sapienti sat, brak potwierdzenia, karta do luftu, następny proszę.

Skarżą się rodzimi producenci mleka, że masońscy inspektorzy chronią zaodrzańskie rynki przed mlekiem od brudnych krów, konfekcjonowanym przez zakażony personel mleczarni. Zupełnie nie rozumieją (ci głupi inspektorzy), że to jest właśnie naturalne, ekologiczne, najpyszniejsze mleczko prosto od krówki, wzbogacone zapachem dorodnej dojarki i potem strudzonego mleczarza. A jak się świetnie zsiada! Nawet już w kartonie potrafi skwaśnieć! A to ichnie w najlepszej kamionce będzie stało i stało, zepsuje się na amen, a nie zsiądzie!

No i co z tego? Nie będziem się tym przejmować. Mamy wszak swoje zasady, swój honor i swój rozum!

Rys. Grzegorz Szumowski

Kilka tygodni temu odwiedził mnie znajomy nowojorczyk, pierwszy raz w Warszawie. Zaimponował mu stopień zakorkowania miasta przez niewielką - jego zdaniem - liczbę samochodów (było to jeszcze przed aferą mostową). Najpierw myślał, że kierowcy urządzają jakąś demonstrację, nawet pytał, o co właściwie chodzi. (Na tę myśl naprowadziło go ostentacyjne nieużywanie prawego pasa jezdni). Potem zaś, gdy zorientował się, że my wcale nie udajemy, że taki tłok sam nam wychodzi, zaczął wydziwiać. A to, że za dużo dozwolonych skrętów w lewo, a to, że sygnalizacja świetlna nie uwzględnia różnic intensywności ruchu w krzyżujących się pasmach, a to, że kierowcy mają spowolnione reakcje, kto im wydał prawo jazdy (w większości stanów prawo jazdy może dostać człowiek z dowolną prawie ułomnością, ale nie z nienormalnie wydłużonym czasem reakcji). Strasznie gderał, a mnie przypominało się jego żeglowanie po szczelnie, od krawężnika do krawężnika, wypełnionych samochodami ulicach Nowego Jorku. Ilekroć mnie wiózł, byłem przekonany, że zaraz zginiemy starci między napierającymi zewsząd autami, a jeśli jakimś cudem unikniemy anihilacji, to za nic w świecie nie dotrzemy do celu. O dziwo, żywi i cali zawsze zdążyliśmy na czas, choć, moim zdaniem, wyruszaliśmy za późno.

Zastanawiając się nad tą tajemnicą, doszedłem do wniosku, że to, czym najbardziej różni się ruch uliczny w Nowym Jorku od warszawskiego, to pełna prawie przewidywalność ruchu nowojorskiego. Tymczasem w Warszawie, regularnie jeżdżąc tą samą trasą, nigdy nie umiem oszacować, ile czasu zajmie konkretny przejazd. Za każdym razem napotykam inne warunki jazdy, za każdym razem muszę do nich ad hoc dostosowywać swoją taktykę. Może to i ciekawiej tak jeździć, ale znacznie mniej efektywnie. No a kiedy różni zarządcy różnych kawałków sieci dróg naszej Rzeczypospolitej, w pełni autonomiczni i tak zdecentralizowani, że za osobistą zniewagę poczytują sobie najdelikatniejsze sugestie o możliwości jakiejkolwiek koordynacji swych samorządnych poczynań, dziwnym zrządzeniem losu prawie jednocześnie zamknęli wszystkie przeprawy mostowe przez Wisłę sto kilkadziesiąt kilometrów poniżej i powyżej Warszawy, stołeczny ruch samochodowy mógł służyć za świetną ilustrację zasad dialektyki: nadmiar wolności podejmowania decyzji przekształcił się w niewolę setek tysięcy kierowców uwięzionych razem z pojazdami na ulicach miasta.

Oczywiście, nieletnie dziecko mogło przewidzieć taki obrót sprawy, gdyby tylko zechciało się nad tym zastanowić. Rzecz w tym, że nikt nie czuł się w obowiązku pomyśleć o globalnych skutkach pozornie li tylko lokalnych decyzji. Martwienie się na zapas nie leży w naszej, wolność kochającej, naturze, ufamy, że nigdy tak nie będzie, żeby nie dało się wybrnąć z tarapatów. Zamartwianie się zostawiamy innym, mniejszego niż my ducha.

Cały cywilizowany świat martwi się tym, co stanie się po północy 31 grudnia 1999 roku. Jak wiadomo, spora część komputerów i czort jeden wie, ile najróżniejszych urządzeń od nich zależnych, na zmianę daty z 31 grudnia 1999 na 1 stycznia 2000 zareaguje tak, jakby czas cofnął się o sto lat. Na rachunkach bankowych, zamiast dodatnich odsetek od depozytów, pojawią się ujemne, zamiast żądań spłaty kredytu pojawią się polecenia wypłat "nie pobranych" sum. Programy pilnujące, by urządzenia techniczne nie pracowały bez przeglądu dłużej niż tyle to a tyle godzin, wyłączą te urządzenia z ruchu, gdyż 100 lat bez konserwacji to na pewno za długo. Mogą stanąć windy, turbiny nowoczesnych elektrowni, reaktory atomowe, mogą zostać uziemione samoloty, inne zaś - zmuszone do awaryjnego lądowania - mogą nie znaleźć wolnych lotnisk, gdyż te będą zapchane samolotami zatrzymanymi na ziemi, żeby przeczekały fatalną noc.

Podobnie koszmarne nieporozumienia mają szansę wystąpić w układach automatyki medycznej (nawet w tych z sal intensywnej terapii), urządzeniach kontroli ruchu, cyfrowych systemach łączności. Oby nie wystąpiły w skomputeryzowanych systemach wojskowych, oby zainstalowane w nich programy nie uznały, że "stuletnia" przerwa w otrzymywaniu poleceń jest wystarczającym powodem odpalenia rakiet w odwecie na "atak", który najwidoczniej pozbawił życia lub przynajmniej swobody komunikacji ludzkich zwierzchników.

W wielu krajach powołano specjalne sztaby antykryzysowe, których zadaniem jest przewidzieć możliwie dokładnie, które aspekty życia społecznego są zagrożone wskutek owego drobnego feleru komputerów i jak przeciwdziałać katastrofom, które mogą z tego powodu wystąpić. (Na przykład jeśli w obawie przed gigantycznymi stratami banki zawieszą działalność na kilka dni, ustanie obrót pieniężny; trzeba więc wymyślić jakąś protezę, gdyż bez obrotu pieniężnego zamrze życie społeczne). Na czele tych komitetów, dla podkreślenia powagi sytuacji, stanęli prezydenci państw i premierzy rządów.

Komitety takie powołano niezależnie od tego, że setki firm informatycznych gorączkowo i za sowitym wynagrodzeniem sprawdzają zainstalowane systemy, starając się uodpornić je na "problem roku 2000". I choć wydatki poniesione już na ten cel sięgają astronomicznych kwot (w samych Stanach Zjednoczonych szacuje się je na kilkaset miliardów dolarów!), nikt poważny nie wierzy, by immunizacja systemów informatycznych okazała się wystarczająco pełna.

Oczywiście, prawdą jest, że im wyższy stopień zinformatyzowania danego społeczeństwa, tym większe spustoszenie spowoduje interpretacja roku 00 jako roku 1900 zamiast 2000. Ale świat stał się już globalną wioską, nie tylko giełdy kichają chórem, gdy jedna z nich się przeziębi. Jeśli sprawdzą się pesymistyczne prognozy, że "problem 2000" spowoduje spadek produktu narodowego USA o kilkanaście procent (niektórzy mówią nawet o kilkudziesięciu!), to nie będzie gospodarki na tym świecie, która by nie poniosła krociowych strat.

I co z tego? Ano nic. W szczęśliwej krainie między Odrą i Bugiem nikt się tym nie przejmuje. Choć burza huczy wkoło nas...