Twoja wyszukiwarka

JAN MIODEK
DWIE PACZKI "FEMINÓW" PROSZĘ
Wiedza i Życie nr 8/1998
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 8/1998

W jednym z ubiegłorocznych odcinków cyklu Rozmyślajcie nad mową pisałem: Od momentu pojawienia się w sprzedaży papierosów marki Jan III Sobieski można zaobserwować bardzo ciekawe zjawisko fleksyjne: oto kupujący zwracają się z prośbą o ten produkt za pomocą formuły Sobieskie proszę. Dochodzi tu więc do zamiany formy liczby pojedynczej na mnogą, podciągniętą do przymiotnikowej papierosowej serii: sobieskie - jak klubowe, ekstramocne, mentolowe, popularne, wczasowe, płaskie, damskie (wygłos -ski dodatkowo prowokuje do zabiegu uprzymiotnikowienia). Bo wszystkie marki funkcjonują w powszechnym obiegu w postaci pluralnej: wawele, silesie, sporty, giewonty itp., nawet gdy oficjalnie są tworami singularnymi (wawel, silesia, sport, giewont). I nieważne jest w tym momencie, że "w życiu" mamy tylko jeden Wawel, jedną Silesię (Śląsk) czy jeden Giewont ["Wiedza i Życie" nr 9/97].

Dziś chciałbym szerzej skomentować kolejną podsłuchaną przy kiosku papierosową prośbę klienta: Dwie paczki feminów proszę. Jak widać, kupujący posłużył się w dopełniaczu liczby mnogiej formą feminów - z końcówką -ów.

Przyjmując za normalne zjawisko pluralizacji nazwy marki (por. wyżej sobieskie, wawele, sporty itd.), trudno jednak przejść obojętnie obok samej końcówki -ów. Wszak przyjmują ją w drugim przypadku liczby mnogiej rzeczowniki rodzaju męskiego: domów, stołów, wozów, psów, kotów, inżynierów, redaktorów, chłopów, chłopców, ojców, wujów, stryjów, zająców (albo zajęcy), stróżów, meczów, słuchaczów (albo słuchaczy), królów (ale Trzech Króli), nabojów (albo naboi), tramwajów (albo tramwai), bólów itp.

Łacińska femina to przecież postać rodzaju żeńskiego, znacząca tyle co "kobieta", w polszczyźnie zatem można zaaprobować poprawnościowo jedynie wariant pluralny femin (dwie paczki femin proszę), przylegający do serii - nomen omen - feminatywnej: dziewczyn, panien, kobiet, sióstr, żon, lwic, panter, cytryn, dyń, cebul, świń, krów. I tylko jego zawsze będę polecał użytkownikom polszczyzny, a szczególnie tym, którzy palą papierosy femina.

A jakie ogólne prawdy wypowiedzieć można przy okazji niefortunnych gramatycznie feminów? - Pierwsza z nich niech przyjmie formę ubolewania nad pogłębiającym się kryzysem tradycji klasycznej w naszym społeczeństwie. Coraz powszechniejsza zupełna nieznajomość greki i łaciny musi rodzić stan braku jakiejkolwiek samoświadomości językowej w tym zakresie. Tymczasem najprzeciętniejszy uczeń dawnej szkoły z łaciną musiał wiedzieć, co znaczy femina! On nie mógłby powiedzieć dwie paczki feminów, bo wyczuwałby, że ma do czynienia z rzeczownikiem rodzaju żeńskiego.

Czemu jednak, zapytajmy sine ira et studio, tak wiele osób ma jednak ochotę na niezgodne z normą postacie liściów, gościów, koniów, a nawet pannów, dziewczynów czy sukniów? Dlaczego poeci i pisarze XIX-wieczni też próbowali żeńskim rzeczownikom typu postać, kość, logiczność, gramatyczność narzucić w dopełniaczu liczby mnogiej końcówkę -ów, taką jaką mają formy męskie (postaciów, kościów, logicznościów, gramatycznościów - jak stołów, wozów, kotów, psów, ojców, wujów)?

Zanim odpowiemy na te pytania, zechciejmy sobie uświadomić ważną prawdę o końcówkach fleksyjnych poszczególnych przypadków gramatycznych: najlepsze, najatrakcyjniejsze są te spośród nich, które "obsługują" jedną tylko kategorię, są jej wyłącznym znakiem. Dzieje języka pokazują, że ewolucja systemu deklinacyjnego na ogół zmierza ku takiemu spolaryzowanemu stanowi.

Oto np. rzeczownik postać miał pierwotnie w mianowniku liczby mnogiej tylko końcówkę -i, wyglądał więc tak jak dopełniacz, celownik i miejscownik liczby pojedynczej oraz jak dopełniacz liczby mnogiej. Jakież to było obciążenie funkcjonalne! Czyż niedobrze się stało, że pojawiła się nowa forma postacie - ze spolaryzowaną, wyrazistą końcówką -e? I czyż nie jest korzystne, że absolutna większość Polaków woli się posługiwać nią, a nie starszą konstrukcją postaci?

Służę jeszcze jednym przykładem. Proszę sobie wyobrazić, że w czasach prasłowiańskich zaledwie kilkanaście rzeczowników rodzaju męskiego miało w celowniku liczby pojedynczej końcówkę -owi (synowi, domowi, miodowi, czynowi). Większość związana była z końcówką -u. Dziś w polszczyźnie prawie wszystkie formy mają w trzecim przypadku wygłosowe -owi, a grupę kilkunastu wyjątków tworzą słowa z tak dawniej produktywną celownikową końcówką -u (ojcu, bratu, psu, kotu, lwu, księdzu, Bogu, chłopcu).

Dlaczego aż tyle wyrazów dosłownie rzuciło się na to -owi? Bo nie powtarza się ono w żadnym innym przypadku, -u natomiast funkcjonuje i w dopełniaczu (teatru, uniwersytetu, radaru), i w miejscowniku (o Janku, o Bogu, o słoniu, w liściu), i w wołaczu (człowieku!, Stachu!, byku!, koniu!), i w reliktowo się utrzymujących postaciach dawnej liczby podwójnej (oczu, uszu, w ręku).

Zachowując odpowiednie proporcje, mogę teraz powiedzieć, że taką samą karierę fleksyjną jak -owi zrobiła w naszym języku dopełniaczowa pluralna końcówka -ów. Na początku też miało ją zaledwie tych kilkanaście słów, które w trzecim przypadku przyjmowały wygłosowe -owi (synów, domów, miodów, czynów). Dziś obejmuje ona swym zasięgiem wszystkie rzeczowniki twardotematowe (wozów, stołów, profesorów, Polaków, Szwedów), wyrazy kończące się spółgłoskami kiedyś miękkimi - obecnie twardymi (chłopców, palców, meczów, stróżów), a nawet niektóre spośród słów rodzaju męskiego, które kończą się głoskami miękkimi (uczniów, krajów, tramwajów). Jak wiemy, są i tacy, którzy stworzą postacie feminów, pannów, kobietów. Ale też nietrudno zauważyć, że -ów jest fleksyjnym znakiem tylko dopełniacza liczby mnogiej, bezdyskusyjnie należy więc do najatrakcyjniejszych i najfunkcjonalniejszych końcówek polskiego systemu deklinacyjnego.